Mariusz Grabowski

Agenci Piłsudskiego. "Dwójka" była dla niego ważniejsza

Marszałek Piłsudski z oficerami na Królewskiej, w drodze do Sztabu Generalnego Fot. NAC Marszałek Piłsudski z oficerami na Królewskiej, w drodze do Sztabu Generalnego
Mariusz Grabowski

Tworząc wojskowe służby, Józef Piłsudski ufał tylko ludziom, którzy sprawdzili się w okresie legionowym albo jeszcze wcześniej - w czasach PPS i Organizacji Bojowej

Stanisław Cat-Mackiewicz, monarchista, ale jednocześnie zwolennik Józefa Piłsudskiego, odpowiadając w jednej z polemik prasowych na zarzuty, że Marszałek zamienił Polskę w państwo policyjno-agenturalne, zauważył przytomnie, że w kwestii tajnych służb przybył on niejako na gotowe. Brzmi to dziś zaskakująco, ale faktycznie, w chwili gdy Piłsudski postawił nogę na peronie Dworca Wiedeńskiego, grunt pod organizację tajnych instytucji odradzającej się ojczyzny był przygotowany. Nie brakowało też kandydatów do kierowania nimi.

Pod ogólną nazwą „tajne służby" rozumiano w dwudziestoleciu zarówno policję polityczną, jak i wojskowy wywiad i kontrwywiad. O ile służbami wojskowymi Piłsudski zajął się niejako osobiście i z tytułu zwierzchnika armii, policję polityczną dostał w prezencie. Bowiem jej początki sięgają jeszcze roku 1917, kiedy władzę w Warszawie sprawowała Rada Regencyjna. To wtedy ówczesny minister spraw wewnętrznych Jan Stecki powołał do życia tzw. Oddział Korespondentów, infiltrujących przede wszystkim ugrupowania lewicowe.

Już w 1919 roku przekształcono go w Inspektorat Defensywy Politycznej. Na jego czele stanął Marian Swolkień, dość tajemnicza postać, który wytrwał na tym stanowisku, choć z kłopotami, do przewrotu majowego. Tajemnicą poliszynela jest, że Stecki, ojciec założyciel tajnej policji, który zrobił w Niepodległej godną podziwu polityczną karierę (w latach 1922-1927 i 1930-1935 był senatorem, a od 1923 roku jeden z przywódców Stronnictwa Chrześcijańsko-Narodowego), był niezbyt łubiany przez Marszałka, który - jak twierdzą świadkowie - niejednokrotnie wypowiadał się o nim lekceważąco. Podobnie było ze Swolkieniem, którego po zamachu na Gabriela Narutowicza czasowo zawieszono w czynnościach, ponoć na specjalne żądanie Piłsudskiego. Po Warszawie krążyły plotki, że Swolkień, rzekomo dawny zausznik Marszałka, zawiódł jego zaufanie - komentował tamten gorący okres Stanisław Cat-Mackiewicz.

Tajemnica Swolkienia

Zatrzymajmy się jeszcze na chwilę przy Swollkieniu, bowiem historycy II RP wciąż łamią sobie głowę nad jego błyskotliwą karierą. Nim został szefem defensywy politycznej, ukończył studia przyrodnicze w Krakowie i - co jeszcze bardziej egzotyczne - pracował jako asystent Stacji Zootechnicznej w Szamocinie. Badacze II RP wystawiają mu jednak zaskakująco dobrą opinię. Andrzej Garlicki pisze: "W czerwcu 1924 roku rozwiązano Służbę Informacyjną, powołując Policję Polityczną. Jej szefem został ceniony fachowiec, cieszący się zaufaniem piłsudczyków, wspomniany Marian Swolkień". Owo zaufanie - dodajmy - stracił on bezpowrotnie w momencie, gdy w 1926 roku pozostał lojalny wobec rządu Wincentego Witosa.

Prawda jest taka, że tajna policja nie miała dobrych relacji z Belwederem. Piłsudski zarzucał jej niekompetencję, nieudolność i brak wyników. Fakty, przynajmniej w części, potwierdzają tę opinię. Organizacje komunistyczne i lewicowe (począwszy od Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy po Syjon-Lewicę) miały się dobrze, komórki konspiracji ukraińskiej również (w czerwcu 1924 roku został zastrzelony wojewoda lwowski Krzysztof Grabowski), na Pomorzu narastał konflikt z mniejszością niemiecką. Gdańsk stał się niemal nadbałtycką stolicą szpiegów. Nic dziwnego, że po zamachu majowym defensywa polityczna, czyli wówczas Wydział V Policji Państwowej, przestała istnieć, a jej zadania i kompetencje przekazano pozostałym wydziałom. Główny ciężar troski o bezpieczeństwo państwa przesunął się w stronę armii.

Alternatywa dla „cywilbandy"

Wojskowe służby specjalne były oczkiem w głowie Józefa Piłsudskiego. Można powiedzieć, że stworzył je osobiście, przywiązując wielką wagę do kadr. Jego przeciwnicy upatrywali w tym wręcz obsesji, a Stanisław Stroński, najzdolniejszy ideolog i propagandzista endecki, kpił, że Piłsudski tak wiele uwagi poświęca agentom, bo sam był agentem, i to potrójnym - japońskim, austriackim i niemieckim. Faktem jest, że z ponad 30 tys. oficerów (stan polskiej armii w 1921 roku, wedle danych ministra spraw wojskowych Kazimierza Sosnkowskiego) do tajnych służb wybierał najbardziej zaufanych.

Czym były na początku dwudziestolecia wojskowe tajne służby? Wedle modelu przyjętego w Wojsku Polskim z armii francuskiej był to wywiad i kontrwywiad, czyli defensywa, scalone w II Oddziale Sztabu Generalnego. 12 grudnia 1918 roku jego szefem został ppłk Józef Rybak, człowiek ze ścisłego otoczenia Naczelnika. Nadawał się doskonale, bowiem wcześniej służył w wywiadzie austriackim i sprawował nadzór nad ruchem strzeleckim. Służba Rybaka u Austriaków była powodem wielu plotek o posiadaniu przezeń haków na Piłsudskiego, ale nigdy nie stało się to powodem konfliktu między nimi. Szybko, bo już w czerwcu 1921 roku, zgodnie ze ścieżką służbową Rybak został awansowany na generała, a następnie mianowany dowódcą Okręgu Korpusu nr IX w Brześciu. W wydanych zaś wspomnieniach (drukował je po wojnie PRL-owski tygodnik „Świat") również nie zająknął się o kontaktach Piłsudskiego z austriackim wywiadem.

Błogosławieństwo Marszałka mieli także oficerowie, których Rybak wyselekcjonował do nowo powstałej służby: major Ignacy Matuszewski, major Bogusław Miedziński oraz specjalista od szyfrów major Karol Bołdeskuł. Ten ostatni odszedł w 1922 roku w stan spoczynku, za to Matuszewski i Miedziński odegrali później w II Rzeczypospolitej niepoślednie role. Zwykło się powtarzać, że to właśnie o nich Józef Piłsudski mówił w grudniu 1918 roku: „potrzebuję oficerów do obsady oddziałów II-ich w sztabach D.O. Gen. Do ich zadań nie jest ważna znajomość wywiadu i kontrwywiadu; natomiast potrzebni mi są ludzie o pewnym wyrobieniu politycznym, dobrej znajomości stosunków".

Przyjrzyjmy się tym oficerom. Ignacy Matuszewski miał niecałe 30 lat. Przed wojną studiował filozofię w Krakowie, architekturę w Mediolanie, miał ambicje literackie. Miał w życiorysie miły dla Piłsudskiego epizod z 1917 roku, z o kresu pobytu w armii gen. Dowbór-Muśnickiego w Rosji - wraz z kapitanem Lisem-Kulą Matuszewski próbował pozbawić generała dowództwa I Korpusu Polskiego. Nie udało się, zagrożony wyrokiem musiał uciekać do Kijowa, gdzie objął funkcję szefa wywiadu tamtejszego Polskiej Organizacji Wojskowej. W POW działał też Bogusław Miedziński. Potem w Legionach, tworzył Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej w Lublinie, a w kwietniu 1919 roku przez moment był też szefem Sekcji Politycznej Sztabu Generalnego WP.

Już z tych pobieżnych faktów widać, że obaj cieszyli się pełnym zaufaniem Naczelnika i nieprzypadkowo zostali wybrani do pracy w „Dwójce". Jeśli wierzyć Andrzejowi Misiukowi, autorowi „Policji państwowej 1919-1939", ścisłe rozdzielenie kompetencji policji politycznej i II Oddziału nastąpiło zaraz po zakończeniu wojny z bolszewikami. 23 marca 1921 roku minister spraw wojskowych gen. Sosnkowski określił zakres poczynań wywiadu i kontrwywiadu w warunkach pokojowych, przekazując część kompetencji policji i administracji cywilnej. Z kolei 17 września 1924 roku powołany został Korpus Ochrony Pogranicza, mający za zadanie chronić kresy północno-wschodnie. W KOP szybko powstał zalążek służby wywiadowczej - na jego czele stanął major Tadeusz Skinder. Wywiad KOP ściśle współpracował II Oddziałem.

W środowisku piłsudczyków, którzy po zamachu majowym przejęli władzę w Polsce, „Dwójka" była traktowana jako kuźnia kadr. Profesor Andrzej Garlicki twierdził nawet, że nikt na przełomie lat 20. i 30. nie ukrywał, że z pomajowych premierów oficerami „Dwójki" byli Walery Sławek, Aleksander Prystor i Marian Zyndram-Kościałowski. Polityczne kariery zrobili wspomniani już Matuszewski i Miedziński (byli marszałkami Senatu i ministrami). Przez gabinety II Oddziału przewinął się też Józef Beck, późniejszy minister spraw zagranicznych. Co więcej, „w dwudziestoleciu międzywojennym służba w wywiadzie i kontrwywiadzie nie budziła żadnych wątpliwości moralnych" -pisał Garlicki. Dla zdeklarowanych piłsudczyków praca w siedzibie „Dwójki" przy pl. Piłsudskiego była powodem do dumy.

Cienie na honorze?

Czego nie można powiedzieć o ciemnych sprawach, w których jej funkcjonariusze brali udział lub którymi byli obciążani. Co prawda nikt dotąd nie udowodnił, że „dwójkarze" brali bezpośredni udział w 1927 roku w tzw. sprawie zaginięcia gen. Włodzimierza Ostoi-Zagórskiego ,ale poszlaki wskazują na ten właśnie trop. Co więcej, mieli to robić na osobiste polecenie Piłsudskiego. Marszałek czuł się zagrożony przez domniemane posiadanie przez Zagórskiego dokumentów potwierdzających współpracę przedstawicieli PPS z wywiadem austriackim. Zagórski służył przecież w latach 1911-1914 w austriackim K-Stelle i nieraz publicznie twierdził, że w każdej chwili może ujawnić kompromitujące piłsudczyków materiały.

Inna fala krytyki spadała na II Oddział w sprawach operacyjnych. Tyczyło się to głównie działań w kierunku niemieckim, prowadzonych przez referat „Zachód". Wywiad zaliczył tu jedną z najbardziej znanych historykom wpadek, związanych ze sprawą rotmistrza Jerzego Sosnowskiego. 27 lutego 1934 roku Gestapo aresztowało Sosnowskiego w jego berlińskim mieszkaniu przy Lutzowufer 36 w trakcie odbywającego się tam hucznego przyjęcia. Po kilku dniach do aresztu trafiło kilkadziesiąt osób z polskiej siatki. Dwa lata później Sosnowskiego wymieniono na siedmiu agentów Abwehry. Został awansowany do stopnia majora i osadzony w areszcie domowym, choć niebawem odżyły stare wątpliwości Oddziału II Sztabu Generalnego co do lojalności agenta. Ostatecznie tuż przed wybuchem wojny Sosnowski został skazany za zdradę i współpracę z Niemcami.

Gdy wybuchł polsko-niemiecki skandal związany ze sprawą Sosnowskiego, szefostwo II Oddziału obejmował powtórnie płk dyplomowany Tadeusz Pełczyński (wcześniej kierował nim w latach 1929-1932), oficer, który nie tylko jako najdłużej dowodzący - odcisnął piętno na podległym sobie resorcie, ale też przeszedł do historii Polski. Kiedy w maju 1927 roku rozpoczął służbę na stanowisku szefa Wydziału Ewidencyjnego, nikt nie przypuszczał, że dwa lata później zostanie mu powierzone pełnienie obowiązków szefa. Plotka mówi, że zyskał akceptację Piłsudskiego dlatego, że ten pamiętał go z Legionów (Pełczyński służył w 6. Pułku Piechoty). Miał zaimponować Naczelnikowi buńczuczną miną i służbistą postawą.

Historycy nie mają o Pełczyńskim najlepszego zdania. Dyspozycyjny, traktujący służbę w wywiadzie jako polityczną misję zwalczania opozycji, nieprzyjmujący do wiadomości niebezpieczeństwa ze strony zbrojących się na potęgę Niemców. Większość raportów na temat niebezpieczeństwa z zachodu blokował, a ich autorów oskarżał o defetyzm. Co ciekawe, skłonności do ukrywania niewygodnych informacji dla siebie pozostały mu i potem. Pułkownik Kazimierz Pluta-Czachowski twierdził na przykład, że tuż przed wybuchem powstania warszawskiego Pełczyński (już wówczas generał, szef sztabu KG AK) kilka dni ukrywał przez innymi dowódcami komunikat naczelnego wodza gen. Sosnkowskiego, że w wyniku konferencji w Teheranie Polska znajdzie się w przyszłości w sowieckiej strefie wpływów.

Najgorszy szef „Dwójki"

Ale to nie gen. Pełczyńskiemu badacze tajnych służb II RP stawiają najcięższe zarzuty. Najbardziej dostaje się ostatniemu szefowi przedwojennego II Oddziału płk. Józefowi Smoleńskiemu, pełniącemu obowiązki od lutego do września 1939 roku. Trudno dziś z całą pewnością twierdzić, czy zaniedbał zabezpieczenie archiwów, faktem jest jednak, że jako zwierzchnik powinien dopilnować ich zniszczenia. Tak się nie stało - po zajęciu Warszawy w ręce niemieckie wpadły m.in. skrzynie z archiwum wywiadu zmagazynowane w Forcie Legionów przy ul. Zakroczymskiej. W efekcie Abwehra zdemaskowała polskich agentów na terenie Niemiec. Z kolei dokumenty z referatu „Wschód" przejęło NKWD. Znaleziono je - w sumie ok. 250 kilogramów - na terenie jednego z majątków na Białostocczyźnie przyłączonej do ZSRR.

Niektórzy, choćby prof. Andrzej Pepłoński, znawca historii II Oddziału, twierdzą, że w centrali „Dwójki" ścierały się różne koncepcje wynikające nie tylko z różnego wyszkolenia kadry, ale też z oceny niebezpieczeństw grożących Polsce. Dopóki żył Józef Piłsudski, zagrożenia upatrywano głównie ze strony Rosji Sowieckiej. Stąd główny nacisk kładziono na rozbudowę referatu „Wschód". Po 1935 roku do władzy doszli wychowankowie Marszałka, którzy jego testament o niebezpieczeństwie walki na dwa fronty traktowali dość swobodnie. Dochodzi do tego przeniknięcie do II Oddziału wielu szpiegów, głównie sowieckich (w 1931 roku wykonano wyrok śmierci na majorze Demkowskim, szpiegującym dla Kremla), z którym to zjawiskiem defensywa armijna często radziła sobie z wielkim trudem.

W drugiej połowie lat 30. „dwójkarze" bardziej zajmowali się politykowaniem niż bezpieczeństwem państwa - twierdził prof. Garlicki, dowodząc, jak bardzo śmierć Marszałka wpłynęła na morale jego współpracowników. Można z tą tezą polemizować, nie sposób jednak zakwestionować tego, że wywindowani do elit władzy oficerowie tajnych służb z trudem mieścili się w strukturach demokratycznych Rzeczypospolitej. Przykład szedł z góry - Piłsudski również miał epizody agenturalne, z których nigdy się publicznie nie wyspowiadał. Nie kto inny jak on sam, jeszcze jako tow. „Ziuk", powtarzał: „W czasie kryzysów strzeżcie się agentów". Trudno odmówić racji jego słowom.

Mariusz Grabowski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.