Dla cywilów zabrakło litości

Ewakuacja ludności niemieckiej Fot. 40 Jahre nach der Vertreibung; Bütower Heimattreff Ewakuacja ludności niemieckiej

Armia Czerwona zdobyła Bytów. Nie było litości dla niemieckiej ludności, która musiała w pośpiechu opuszczać swoje domy. Cierpieli też Kaszubi

Dokładnie Bytów został zdobyty przez Armię Czerwoną 8 marca około godziny 16. Kobiety i dzieci zostały ewakuowane z Bytowa 3 marca. Za wcześnie w myśl dyrektywy Hitlera. Za późno, bo ginęli w panice i atakach lotnictwa radzieckiego. W tym czasie w Bytowie przebywali cywilni uchodźcy z innych miast, którzy uciekali przed Armią Czerwoną. Hitlerowcy robili wszystko, aby "zdyscyplinować" ludność cywilną, nie dopuścić do jeszcze większej paniki. Przy zamku powieszono dziewię­ciu tchórzy-dezerterów - jak ich nazwano. Po kobietach i dzieciach ewakuowano pozostałych mieszkańców. Zgodnie z hitlerowskimi nakazami miała ona objąć wszystkich, też Polaków. Opornych karano.

Część polskich, kaszubskich rodzin chowała się lasach. Ewakuacja dla części ludności zakończyła się śmiercią. Część mieszkańców później była zawracana do swoich miejscowości przez Armię Czerwoną. Szacuje się, że do Bytowa po przejściu frontu wróciło około 30 procent jego niemieckich mieszkańców.
Bytowscy historycy piszą, że niemiecki plan ewakuacji zakładał trzy etapy. - W pierwszym w listopadzie 1944 roku władze administracyjne, gospodarcze i partyjne rozkazały wysiedlić w głąb Niemiec wszystkie osoby nieprzydatne do obrony i produkcji. Drugim etapem była ewakuacja fabryk i zakładów pracy i uruchomienie ich w bezpiecznych rejonach. Trzecim była tzw. ewakuacja ostateczna, czyli całkowite opuszczenie terenu przez ludność. W tym okresie oddziały SS, oprócz nadzorowania ewakuacji, miały za zadanie niszczenie wszystkiego, co nie zostało zabrane - piszą Melchert i Wilczewska-Ryżycka.

- Jednak dalsze postępy Armii Czerwonej szybko zmusiły władze hitlerowskie do zmiany swojego stanowiska w sprawie ewakuacji. Rozesłano wówczas do powiatowych i gminnych przywódców NSDAP rozkazy dotyczące planu realizacji trzeciego etapu ewakuacji oznaczonego kryptonimem "Regen" (Deszcz). Zgodnie z instrukcją na wsi gospodarze otrzymywali rozkaz pakowania się i oczekiwania na zaszyfrowany rozkaz wyjazdu oznaczony kryptonimem "Hagel" (Grad). Ewakuacja miała obejmować wszystkich mieszkańców wsi. Podobnie miało być w miastach. Tu jednak rozkaz ewakuacji miały otrzymać władze miasta. Chłopi musieli ewakuować się własnymi środkami transportu, natomiast w mieście, w miarę możliwości, podstawiano specjalne środki transportu, głównie samochody i dodatkowe wagony kolejowe. Szybkie parcie wojsk Armii Czerwonej, sroga zima (temperatura dochodziła do -30 st. C), brak dostatecznej ilości środków transportu spowodowały, że planowana ewakuacja przebiegała w niespotykanym chaosie. Tragiczną sytuację pogłębiał bałagan na drogach. Przez Pomorze w tym czasie ciągnęły już kolumny z uchodźcami z Prus Wschodnich. Przemieszczające się po drogach jednostki wojskowe, w szczególności oddziały SS, doprowadzały do wielu tragedii. Zdarzały się przypadki miażdżenia czołgami wozów z uciekinierami. Drogi zawalone były uszkodzonymi pojazdami, wszędzie leżały ludzkie ciała.

Wozy, konie, ludzie, udręka

W końcu lutego 1945 roku władze hitlerowskie usilnie próbowały jeszcze zapanować nad przybierającą monstrualne rozmiary ucieczką Niemców z zagrożonych obszarów. - Porządek w trakcie ewakuacji, wywołanej sygnałami "Regen" i "Hagel" miały poprawić liczne instrukcje ewakuacyjne zwane "Weisungen", których w sumie wydano do końca lutego blisko 300. Dotyczyły one wielu szczegółów dotyczących samej ewakuacji, od sposobu marszu do rad, co zabrać ze sobą, a co zostawić. Początkowo ewakuację przeprowadzano zgodnie z planem. Wozy szły jeden za drugim, podczas gdy mała część ludności (przede wszystkim kobiety i dzieci z Bytowa) kilka dni przed ogólną ewakuacją wyjechała pociągiem na zachód w bezpieczne miejsce.

Hrabina Marion von Doenhoff napisała wówczas w swym pamiętniku: "Pierwsi byli białoruscy chłopi z małymi końmi i malutkimi dziećmi. Potem pojawili się Litwini, mieszkańcy Kłajpedy (...). Śnieg nie pada, lecz tnie. Jak przez białą zasłonę oglądam nieszczęsnych ludzi w szarpanych wichrem płaszczach. Włączam się w ten korowód widm i dostrzegam pierwsze trupy leżące przy drodze (...). Między Bytowem a Kościerzyną jest miejsce, skąd rozpościera się widok na prostą drogę - trzy kilometry w przód i w tył. Na tych sześciu kilometrach ani kwadratowego metra pustej drogi, same wozy, konie, ludzie i udręka...“ - czytamy w "Goryczy klęski i wyzwolenia".

- Zatłoczone i zakorkowane drogi pogłębiały beznadziejne położenie mieszkańców okolicznych miejscowości wypędzanych przymusowo z własnych domów przez hitlerowców. Przykładowo w Unichowie wójt zgodnie z rozkazem zarządził ewakuację w ostatniej chwili. Naoczny świadek wspomina: "Na południu i na wschodzie jaśniały łuny pożarów. Słychać było detonacje. Drogą posuwały się kolumny wojska i cywilów. W miejscu, gdzie zbiegają się drogi ze Słupska i Bytowa, działy się sceny dantejskie. Pierwszeństwo przejazdu mieli silniejsi. Krzyki żołnierzy i oficerów mieszały się z płaczem dzieci i lamentem kobiet. W pewnym momencie kolumna hitlerowskich czołgów stratowała tabor chłopski, który spowodował zator. W akcji ewakuacyjnej najbardziej cierpiały dzieci.

Mimo wielu zarządzeń i instrukcji setki gubiły swoich rodziców. Często nie można było potem ustalić ich personaliów. Wydana 6 lutego instrukcja gauleitera Pomorza mówiła: "Dzieci w wieku do lat 10 pozbawione opieki rodzicielskiej, przybywające pociągami ewakuacyjnymi lub konwojami, należy łączyć w grupy według wieku: 1-4, 5-10, 11-14 lat, a ich liczebność zgłaszać do Gauleitung. Przewiduje się umieszczenie tych dzieci w domach opiekuńczych NSV oraz poszukiwanie rodziców lub krewnych. Gdyby dzieci poniżej dziesięciu lat przebywały z młodszym rodzeństwem, należy je umieszczać razem w jednym domu opiekuńczym aż do zakończenia poszukiwań rodziny(...)“. Niestety, nawet takie zarządzenia niewiele pomogły. Pewnego dnia pochowano w Bytowie 72 dzieci uchodźców, które były ofiarami zimna. Po pierwszym nalocie radzieckiego lotnictwa na Bytów, w nocy z 20 na 21 lutego, mieszkańców ogarnęła panika. Zaskoczenie było tak duże, że żadna z syren ostrzegawczych nie została włączona. Wszędzie leżeli zabici i ranni. Na ulicach widać było obłąkanych ludzi, płaczące dzieci i kobiety.

Zginęło prawie 100 osób. Najwięcej ofiar spowodowała bomba zrzucona na kolumnę wozów uciekinierów koło młyna niedaleko dworca. Ofiary nalotu pochowano w zbiorowej mogile na cmentarzu bez trumien, przykrywając je dopiero w dniu pogrzebu gałęziami; dodatkowo przelot samolotu nad cmentarzem podczas pogrzebu spowodował paniczną ucieczkę uczestników pochówku. Naloty powtarzały się jeszcze przez kilka dni. Często, oprócz bombardowania, sowieccy piloci ostrzeliwali miasto z broni pokładowej. Mimo że ostrzały nie powodowały więk­szych strat, to jednak miały znaczenie psychologiczne, potęgując panikę.

Droga na zachód odcięta

Jedna z uciekających kobiet z dziećmi napisała później: "Ucieczka rozpoczęła, się rano 3 marca 1945 roku w bezpośredniej bliskości frontu. Zbyt mała liczba pojazdów spowodowała, że można było zabrać ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Na rozkaz opuszczenia miasta podstawiono otwarte ciężarówki. Dopiero wieczorem tego samego dnia kolumna ciężarówek dotarła do Słupska oddalonego o 60 km, przez bardzo zatłoczone drogi. Chociaż już wiadomo było, że droga ucieczki na zachód była odcięta przez wojska sowieckie, to nie powiedziano ludziom, dokąd jadą. 10 marca dotarliśmy częściowo pieszo, częściowo samochodami wojskowymi do Gdyni, miejsca zebrania wszystkich uchodźców z północnego Pomorza. W przepełnionym przez uchodźców mieście niemożliwe wydawało się otrzymanie biletu na statek.

Na szczęście przypadkowo kierownik dzieci z sierocińca zaproponował, że weźmie 2 kobiety z dziećmi ze swoją grupą. Tylko nieliczna grupa uchodźców otrzymała bilety z Czerwonego Krzyża na statek, 3000 ludzi dopłynęło do Świnoujścia przeładowanym statkiem (...).“ W tym okresie w Bytowie pozostało ok. 8 tysięcy mieszkańców, głównie Niemców. Niestety, nie zdołali się oni ewakuować na czas, bo przez powiat bytowski i miastecki wędrowało już wówczas prawie 50 000 uciekinierów z Prus Wschodnich, których ewakuacja opóźniła ucieczkę mieszkańców Bytowa.

Z pamiętnika dziewczynki

1 marca 1945

"Wczoraj wieczorem przyszło dużo żołnierzy z Tuchomia. Dom jest znowu pełen uchodźców, jak w ostatnich tygodniach. Wieczorem przybyli uchodźcy z Ciemna. Wieś całkowicie spalona. Chcieli jechać pociągiem, ale one są stale przepełnione. Jak mogliśmy tak ich przenocowaliśmy. Już i tak się nie śpi, nie ma także spokoju. W nocy przyszło jeszcze trzech żołnierzy".

6 marca 1945 roku w Lęborku

"Już za mną te dni, których nigdy w życiu nie zapomnę. Stracić ojczyznę, chyba nie może być nic gorszego! W piątek był duży atak na naszą wieś. Otrzymaliśmy natychmiastowy rozkaz ewakuacji. Dokąd? Pędem przebiegłam przez wieś. Serce biło mi dziko. Czy to był strach?, czy ogólne podenerwowanie? Właściciele majątku uciekli traktorem ze wszystkimi dziećmi. Bezradni rolnicy, wszyscy zadawali sobie jedno pytanie: "co mamy robić?". Wiedzieliśmy, że my w tej części Pomorza jesteśmy w kotle i nikt nie widział wyjścia z tej sytuacji. Pani z poczty powiedziała po prostu : "My zostaniemy tutaj". Sam burmistrz [Bytowa - przyp. aut.] nie wiedział, co ma powiedzieć, czy organizować ewakuację. Niektóre rodziny pracujące w tym majątku też wyjechały wozami. Opowiadano, że Rosjanie z czołgami stoją przed Rekowem, to jest 9 kilometrów od nas. Na drodze do Bytowa widziałam kilka niemieckich żołnierzy z panzerfaustami. Ciągle słyszałam odgłosy bomb, daleko?, blisko? Pani R. przyszła z czwórką dzieci do nas. Nie było dla nich miejsca na traktorze. Płakała. Wszyscy byliśmy w okropnych nastrojach. W każdej chwili mogły nadjechać rosyjskie czołgi pod nasz dom. Mój Boże, czy to naprawdę zaszło tak daleko? - myślałam patrząc na opróżnione pokoje. Ile się dało, pochowaliśmy w piwnicy. Czy to wszystko ma w ogóle jakiś sens? Moje narty zaniosłam do pasieki i zadawałam sobie pytanie, czy one to wszystko przetrzymają? W ogrodzie leżał śnieg i o zgrozo za jeziorem czekali żołnierze na pierwszego T-34.

To było niesamowite... My nie mogliśmy się ruszyć. Co prawda był rozkaz o ewakuacji, ale kiedy, jak? Dopiero teraz do mnie dotarło, co powiedział jeden z żołnierzy poprzedniego wieczora do mnie i do mojej siostry: "Dziewczyny, wy musicie uciekać, wy nie możecie wpaść w ręce Ruskich. To koniec Niemiec" Bałam się straszliwie. Na szczęście stał na następnym dworcu wagon towarowy pełen uchodźców i my mogliśmy wsiąść. Wiem, że jeszcze po raz ostatni obejrzałam się na dom rodzinny i ten obraz wzięłam z sobą. Znajomi z poprzedniej stacji siedzieli już w wagonie, jak i wielu innych uchodźców. Było nam strasznie smutno. My jechaliśmy, ale to było okropne. Alarmy lotnicze, ataki, czekanie, płaczące dzieci.... W niedzielę po 28 godzinach jazdy dotarliśmy do Lęborka i telepaliśmy się z bagażem przez tory do domu krewnych. Stamtąd uciekałam dalej w kierunku Gdańska, kiedy Rosjanie przybyli ze Słupska 9 marca pod Lębork" (źródło: Bütower Heimattreffen 1985 oraz "Gorycz klęski i wyzwolenia").

Andrzej Gurba
GŁOS POMORZA

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.