Mariusz Kruczek

Nie zawsze do pierwszej krwi...

Pojedynek w Lasku Bulońskim ok. 1874 roku Fot. Durand/Wikimedia Commons Pojedynek w Lasku Bulońskim ok. 1874 roku
Mariusz Kruczek

Pojedynki przez stulecia były nieodłącznym elementem szlacheckiej i oficerskiej obyczajowości

Pojedynek był uniwersalną metodą rozstrzygania sporów lub obrony honoru do II wojny światowej. Choć powody, z jakich dochodziło do konfrontacji, często były błahe, to konsekwencje bardzo krwawe.

Moda na pojedynki panowała w Europie i za oceanem. W tych potyczkach trup ścielił się gęsto, na początku XVII wieku we Francji z tego powodu miało zginąć nawet 80 000 osób.

Genezy takiego radzenia sobie z konfliktami należy doszukiwać się w tzw. pojedynkach sądowych, które były jedną z form sądów bożych stosowanych od czasów antycznych. Oskarżony o coś delikwent w pojedynku miał dowieść swojej niewinności, wierzono, że jeśli jest bez winy wstawią się za nim bogowie i wygra.

Pojedynki były charakterystyczne dla arystokracji, szlachty, a nawet nowobogackiej burżuazji. Dochodziło do nich też w armiach. W etosie wojaka wyżej ceniono honor niż życie. Wielu żołnierzy wolałoby ocalić cztery litery niż pojedynkować się z kimś, kto uwłaczał ich godności, presja była jednak na tyle silna, że musieli stanąć do pojedynku. Oficer, który uchylił się od walki był postrzegany jako tchórz i tracił szacunek. Mógł być nawet wyrzucony z armii. Żołnierze nie walczyli na śmierć i życie, ich głównym celem było trwałe oszpecenie przeciwnika np. poprzez odcięcie ucha, nosa czy policzka.

Pojedynek często wyglądał podobnie. Dwaj mężczyźni stawali naprzeciw siebie z tą samą bronią, czyli mieczem, szpadą lub szablą, od XVIII wieku modne stały się pistolety. Towarzyszyła im widownia i sekundanci, te osoby nie uczestniczyły w walce. W średniowieczu pozwany do pojedynku miał prawo wystawić zastępcę. Z takiego przywileju mogli skorzystać książęta, duchowni i kobiety. Osobną odmianą pojedynku były turnieje rycerskie. Rozgrywane od XI wieku z bogatą oprawą. To dworskie widowisko było okazją do zaprezentowania kunsztu rycerskiego.

Pojedynek w Lasku Bulońskim ok. 1874 roku
Wikimedia Commons Jeden z najsłynniejszych pojedynków odbył się 11 lipca 1804 roku pomiędzy prominentnymi amerykańskimi politykami. Wiceprezydent Aaron Burr śmiertelnie postrzelił tego dnia sekretarza skarbu, Alexandra Hamiltona

W 1837 roku w pojedynku o honor żony śmiertelnie ranny został Aleksander Puszkin
(fot. Adrian Wołkow/Wikimedia Commons)

W XVI wieku w Polsce formalnie pojedynków zakazano i tylko król mógł wydać na nie zezwolenie, ale odbywały się one nadal. Jednym z powodów była moda na wysyłanie swoich synów na naukę za granicą, gdzie młodzi obserwowali "zachodnie" metody rozwiązywania sporów. Władca też nie zawsze był skory do karania za pojedynki. Znana jest historia jak na weselu Zygmunta I Starego z Boną Sforzą jakiś Szwed naśmiewał się z polskiego tańca. Kiedy usłyszał to Samuel Łączyński wyzwał go na pojedynek i szybko zabił. Sam jednak został ranny. Król, gdy dowiedział się, o co poszło, nie tylko nie ukarał Łączyńskiego, ale sam go opatrzył.

Zawsze jednak przestrzegano pewnych zwyczajów. Nie walczono w święta, sobotę i dni poświęcone Najświętszej Marii Pannie. Unikano rozlewu krwi w miejscu pobytu króla. W czasie sejmu w 1634 roku doszło do pojedynku Sapiehy z Kossobudzkim. Sapieha został ranny, a Kossobudzki za rozlanie krwi w miejscu przebywania monarchy został skazany na śmierć.

Obyczaj nie pozwalał również przyjmować pojedynku od gości. Jeden z magnatów gościł podróżującego po Polsce Włocha. W czasie uczty, mocno zakrapianej, przybysza wysmarowano miodem, a potem zaprowadzono między oswojone niedźwiedzie, które z przyjemnością zaczęły go lizać. Kiedy Włoch wytrzeźwiał i zorientował co się stało, poczuł się śmiertelnie obrażony. Wyzwał gospodarza na pojedynek. Magnat jednak odmówił, bo było to niezgodne z zasadami gościnności.

Z jakich powodów dochodziło do pojedynków? Dzisiaj powiedzielibyśmy, że błahych. Najczęściej chodziło o obrazę czci. Wystarczyło szlachcica nazwać chłopem lub mieszczaninem, żeby doszło do utarczki. Szlachcic bronił swojego honoru, kiedy ktoś obrażał cnotliwość jego matki. Czasami wystarczyło nawet powiedzieć, że ma się ładniejszy herb od drugiej osoby.

Jeden z najsłynniejszych pojedynków odbył się 11 lipca 1804 roku pomiędzy prominentnymi amerykańskimi politykami. Wiceprezydent Aaron Burr śmiertelnie postrzelił tego dnia sekretarza skarbu, Alexandra Hamiltona
(fot. Wikimedia Commons)

Zdarzało się, że przyczyną pojedynków była kobieta. Adam Tarło pojedynkował się z Kazimierzem Poniatowskim. Poszło o to, że Michałowa Czartoryska odmówiła tańca Tarle, ten się obraził i zagroził, że uzna za "szelmę" (ktoś nieuczciwy) każdego, kto z nią zatańczy. Matka namówiła Kazimierza Poniatowskiego, żeby pomimo tych zastrzeżeń poprosił Michałową. Tak doszło do utarczki. Potrzebowali aż trzech pojedynków, żeby rozstrzygnąć spór. W ostatnim zginął Tarło.

Pojedynki miały chronić honor, ale zdarzało się, że w ich trakcie wystawiano na próbę swoje dobre imię. W 1817 roku Francuz Henri d'Edville stanął do pojedynku ze szkockim kapitanem Stuartem. Mieli strzelać do siebie na dnie wykopanego grobu, z odległości dwóch kroków przez prześcieradło, które trzymali w lewych dłoniach. Do pojedynku nie doszło, bo d'Edville zemdlał zanim padła komenda do strzelania.

Co ciekawe, pojedynki rzeczywiście potrafiły sprawnie załagodzić spory. Udowadnia to przypadek z XVI wieku, kiedy Spytek Tarnowski pokłócił się z Pieniążkiem. Sporu nie rozwiązał ani król, ani senatorowie. Postanowili szukać sprawiedliwości w igraniu ze śmiercią. Walczyli najpierw na kopie, potem na miecze - bez rezultatu. W końcu pogodzili się i dalej żyli w wielkiej przyjaźni.

Obecnie pojedynki są zakazane przez prawo. Wyrządzenie krzywdy czy pozbawienie życia drugiej osoby w wyniku takiego rozstrzygania sporów traktowane jest jak przestępstwo. Pomimo tego nadal nie brakuje osób, które narażają się na utratę zębów w takich konfrontacjach. Honorowe pojedynki zostały jednak zastąpione m.in. przez ustawki kibiców, którzy bronią nie tyle swojej czci, ale - jak sami sobie to tłumaczą - barw klubowych.

MARIUSZ KRUCZEK, MM Moje Miasto

Mariusz Kruczek

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.