NIEZŁOMNI – temat, który wciąż dzieli...

Materiał informacyjny ZwyciężaMY-VictorioUS
Kadr z animacji "ZwyciężaMY-VictorioUS"
Kadr z animacji "ZwyciężaMY-VictorioUS"
O żołnierzach wyklętych i kontrowersjach związanych z tą tematyką rozmawiamy z Marcinem Kaczorowskim, prezesem Stowarzyszenia Zachowania Pamięci o Armii Krajowej i konsultantem projektu „ZwyciężaMY - VictorioUS"

Pamięć o Żołnierzach Niezłomnych – temat, który w ostatnich latach budzi wiele emocji, kontrowersji, czasami kpin. Dlaczego?

Chciałoby się zapytać – a jak było z pamięcią Powstania Warszawskiego, zamazywaną pamięcią polskich ofiar niemieckich obozów, pamięcią Wołynia? Jej odzyskiwanie było i jest procesem wieloletnim. „Niezłomni”, zwani również „Wyklętymi”, to jednak temat nieco odmienny. Tylko czy na pewno jest to „temat”? Czy nie jest to może raczej nieprzepracowana część naszej narodowej podświadomości? Podświadomości kodowanej zakłamanym językiem, w której „bezpieczeństwo” jest terrorem, „demokracja”– niewolą, a „sprawiedliwość” – bezprawiem. Do tej podświadomości często nie możemy się dokopać, podobnie jak do szczątków naszych pomordowanych bohaterów. Ludzie ci zginęli nie tylko nie tylko z rąk sowieckiego NKWD, ale i z rąk Polaków spod znaku UB (Urząd Bezpieczeństwa), KBW (Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego) i MO (Milicja Obywatelska), czego przecież nie zmienia wiodąca rola osób pochodzenia żydowskiego w stalinowskim aparacie terroru. Potomkowie prześladowców i pomordowanych do dzisiaj toczą ideologiczną walkę i to dosłownie nad grobami Niezłomnych. Pamiętam, gdy pracujący nad ekshumacjami przyjaciele opowiadali mi, że w Warszawie wszystko, co zostanie odnalezione podczas tych ekshumacji musi być od razu zabezpieczane. W przeciwnym wypadku na drugi dzień wielu znalezisk nie można się już doszukać, tak jakby ktoś aktywnie śledził ich pracę i niszczył jej efekty.

Gdzie leży problem? Jaki jest klucz?

Zwróćmy uwagę na to, że pomimo różnych bzdur i przekłamań dotyczących Niemców oraz ich odpowiedzialności za drugą wojnę światową, pojawiających się od czasu do czasu w przestrzeni publicznej (czasem nawet z ust Kombatantów), Polacy nie są w tej kwestii zbytnio podzieleni. Podobnie w kwestii samej agresji ZSRR i sowieckiego ludobójstwa - Katynia, GUŁAG-u, pociągów śmierci jadących do lodowatych i upalnych piekieł Kraju Rad. Natomiast w przypadku „utrwalaczy władzy ludowej” sytuacja jest inna, gdyż wielu broni pradziadków, dziadków czy rodziców. I nie tylko zatrudnionych w zbrodniczych formacjach, ale także propagandystów, nauczycieli, dziennikarzy, sędziów i prokuratorów.

Nigdy nie zapomnę słów usłyszanych od jednego z legendarnych powstańczych dowódców – Janusza Brochwicza-Lewińskiego „Gryfa” z batalionu „Parasol”. Opowiedział mi o obrzucających go „mięsem” starszych panach, w niewybredny sposób sugerujących mu powrót do Anglii. Miało to miejsce jeszcze w pierwszych latach tego millenium. Generał Brochwicz-Lewiński mieszkał w Warszawie przy Pl. Konstytucji, gdzie mieszkania miała również liczna rzesza byłych funkcjonariuszy UB. W nowej Polsce czuli się oni nadal pewnie i bezpiecznie. Zapytajmy, ilu sądowych morderców winnych skazywania na śmierć np. żołnierzy AK pociągnięto do odpowiedzialności? Proszę mnie poprawić, ale mam wrażenie, że żadnego.

Często podnoszony jest ze strony, nazwijmy to oględnie postkomunistycznej, argument, że nowa władza musiała zwalczać Niezłomnych, gdyż inaczej doszłoby do wojny domowej na pełną skalę. Mówi się, że walka Niezłomnych nie miała sensu, od początku skazana była na porażkę, że Wyklęci mogli przeżyć głównie dzięki grabieży – itd.

Trudno mówić o wojnie domowej, jeżeli poparcie dla komunistów oscylowało wokół kilku procent. Przed wojną nawet bardzo biedni Polacy popierali raczej radykalnych socjalistów niż komunistów, gdyż było jasne, że za KPP (Komunistyczna Partia Polski) stoi Moskwa. Bez wsparcia NKWD i Armii Czerwonej władze komunistyczne nie dałyby sobie rady z drugą konspiracją, przez której zbrojne szeregi przewinęło się kilkadziesiąt tysięcy ludzi (a około trzystu tysięcy przez podziemie antykomunistyczne w ogóle).

Lista dokonań Niezłomnych jest długa. Do najważniejszych należy zaliczyć odbijanie więźniów z ubeckich katowni. Jedną z najbardziej spektakularnych akcji jest uwolnienie ludzi przetrzymywanych w więzieniu w Kielcach przez Antoniego Hedę ps. „Szary” w 1945 roku. „Szary”, na czele swojego oddziału, uwolnił kilkuset więźniów – przeważnie żołnierzy AK, wśród nich cichociemnych – łącznie, wg różnych źródeł, 700-800 osób. Takich akcji było dużo i ratowały one ludzi od tortur i śmierci. Nie da się ich przecenić. Kolejny oczywisty aspekt to bezpośrednia walka z UB i konfidentami, wzbudzającymi powszechny strach wśród zwykłych ludzi. Ale jest jeszcze jeden zapomniany nieco wymiar: wkład w zahamowanie kolektywizacji rolnictwa. Niezłomni pomogli zatrzymać, prócz dużego wysiłku samej ludności wiejskiej, najbardziej gorliwych komunistów w realizacji planu, który np. Ukraińską Socjalistyczną Republikę Sowiecką kosztował miliony ludzkich istnień.

Często zapomina się, że ci sami ludzie, którzy ramię w ramię w Sowietami zwalczali siły niemieckie, np. podczas akcji „Burza”, stają się nieprzejednanymi wrogami komunistów.

Oczywiście. Radość akowskich wyzwolicieli Wilna, Lwowa i Lubelszczyzny nie trwała długo i jest szczególnie tragiczną kartą polskiego podziemia niepodległościowego. To tzw. „drugi nóż w plecy” – bowiem po roku 1939 przychodzi rok 44 i 45. Oficerowie AK walczący w akcji „Burza” są podstępem mordowani lub wysyłani do więzień w Moskwie, a szeregowcom oferuje się wcielenie do 1. Armii Wojska Polskiego lub Gułag, ewentualnie wysyła się do świeżo przejętych byłych niemieckich obozów, jak np. Majdanek czy Gęsiówka. Podobnie sytuacja wygląda podczas Powstania Warszawskiego, gdy NKWD rozstrzeliwuje akowców na tyłach frontu, podczas gdy Armia Czerwona pozoruje współpracę. To jest oczywiście moment, w którym zmiana nastawienia AK zostaje po prostu wymuszona przez komunistów. To jest fakt zupełnie niezrozumiały dla pewnej części społeczeństwa, która uważa, że Niezłomni sami, niemal na siłę, szukali walki z komunistami. Tymczasem przywódcy polskiego podziemia antyniemieckiego, oficerowie, „z automatu” skazani byli na śmierć lub ciężkie więzienia.

Już w czerwcu 1945 roku w Moskwie odbywa się haniebny „Proces Szesnastu”, proces podstępem pojmanego dowództwa polskiego Podziemia, o którym Norman Davies napisał, że „był kluczowym wydarzeniem ukazującym kierunek sowieckiej polityki. Stanowił potwierdzenie zarówno złej woli komunistów, jak i ich determinacji w niszczeniu wszystkich przeciwników politycznych. Był wzorcowym procesem pokazowym – pełnym absurdalnych oskarżeń, podsądnych, którym wyprano mózgi, i zmuszonych do fałszywych zeznań świadków; nie miał nic wspólnego z prawdziwymi przestępstwami. Wyreżyserowano go, aby zademonstrować, że (...) „radziecka sprawiedliwość” potrafi bezkarnie wypromować nawet najbardziej oczywistą niesprawiedliwość i że zachodnie mocarstwa nie mogą zrobić nic” . Jak w tej sytuacji miało zachować się polskie podziemie niepodległościowe? Po prostu dać się wykończyć? A może zdradzić swoich dowódców, z którymi dzielili wiele lat partyzantki?

Brutalna polityka ZSRR, na którą przyzwoliły zachodnie mocarstwa zdradzając Polskę w Casablance, Teheranie, Poczdamie, Jałcie...A jaka była czysto ludzka motywacja do walki u „Niezłomnych”?

Opowieści o czerwonoarmistach z wieloma zegarkami na ręku, zabierających rower, świnie i kury, a nawet ostatnią kromkę chleba znane są chyba u większości polskich rodzin. Porażająca była powszechność gwałtów, których ofiarą wg historyków padło kilkaset tysięcy Polek (traktowanych jako wojenna „nagroda”). Do dzisiaj nie został rozliczony najstraszniejszy aspekt seksualnych przestępstw, a więc sowieckie gwałty na wyniszczonych więźniarkach (w każdym wieku) w oswobadzanych niemieckich obozach koncentracyjnych. Wiedząc o tych wszystkich zbrodniach, wiedząc o tym jak przebiegała sowietyzacja Polski, nie osądzajmy za łatwo tych, którzy mieli odwagę zgłosić swoje veto.

„Do zarzucanych mi aktem oskarżenia czynów przyznaję się częściowo, do winy jednak nie poczuwam się. Uważam raczej, że mam zasługi wobec Narodu, dla dobra którego walczyłem. W świetle obowiązujących przepisów prawnych nie uważam swoich czynów za przestępstwo. Wszystkie czyny, jeśli nie wyszły poza ramy moich rozkazów, są zgodne z moimi zasadami i sumieniem. […] W samej rzeczy, jeśli chodzi o zarzuty aktu oskarżenia, to do pierwszego zarzutu, że zmierzałem do zmiany ustroju i usunięcia organów zwierzchnich Narodu, do zagarnięcia władzy – nie przyznaję się. Przyznaję się tylko do założenia i należenia do nielegalnej organizacji, celem której było przeciwdziałanie terrorowi władz, walka z bezprawiem i prześladowaniem, czyli samoobrona, co zresztą ilustrują moje rozkazy.”

Tak odpowiedział komunistycznym oskarżycielom podczas swojego procesu bohater jednego z filmów aminowanych projektu „ZwyciężaMY - VictorioUS” - Stanisław Sojczyński „Warszyc”, legenda drugiej konspiracji, twórca Konspiracyjnego Wojska Polskiego. Warszyc nie był radykalnym narodowcem, ani nawet prawicowcem. Nie pasował do komunistycznego propagandowego modelu „faszysty”. Był w zasadzie ludowcem, zwolennikiem reform na polskiej wsi. Jego motorem działania była walka z bezprawiem, poczucie sprawiedliwości, współczucie dla ludzi. Podobnie jak „Szary”, „Zapora” „Łupaszko” i wielu innych, zapisał się w historii jako nieugięty żołnierz wolnej Polski. „Warszycowi” nie dane było zginąć z bronią w ręku. Był okrutnie maltretowany podczas trwającego około pół roku procesu, a następnie stracony.

W licznych przypadkach Urząd Bezpieczeństwa miał więcej czasu niż Gestapo, by stopniowo niszczyć ludzi w każdym tego słowa znaczeniu. W zalewanych wodą lub odchodami celach, gdzie jedynym wyposażeniem było wiadro na odchody, a na betonie spało po kilkunastu lub nawet kilkudziesięciu osadzonych. Głodzeni, koszmarnie brudni, czekali na kolejny koszmarny dzień, tydzień, miesiąc, rok. Do tego karcer o powierzchni wnęki w ścianie, jak przy Rakowieckiej, powolne zamarzanie w tzw. „Zakopanem”, łamanie rąk w szufladach, zrywanie paznokci, miażdżenie genitaliów. Dla najbardziej opornych, którzy nie chcą podpisać zeznań i wyroku na siebie i przyjaciół – krzyki i płacz gwałconej w celi obok partnerki lub widok torturowanego ojca, brata, matki, siostry. Jak mawiał o prowadzonym przez siebie obozie w Świętochłowicach Salomon Morel – „Oświęcim to było przedszkole w porównaniu z moim sanatorium”. A więc przynajmniej w kwestii warunków w komunistycznych katowniach zgodziłby się z Rotmistrzem Pileckim.

Doły śmierci znajdujemy do dziś – na przykład nieopodal zrównanego z ziemią stalinowskiego więzienia w Warszawie przy ulicy Namysłowskiej, czyli owianego złą sławą „Toledo”. Zaraz obok znajduje się podstawowa szkoła muzyczna, do której uczęszczał piszący te słowa. Piękne chwile przy dźwiękach fortepianów. W szkole zbudowanej - zapewne - na mogiłach.

„ZwyciężaMY - VictorioUS” to projekt edukacyjny realizowany jest ze środków budżetu państwa, mający na celu przybliżyć młodszym pokoleniom sylwetki Żołnierzy Wyklętych, a także ich wkład w walkę o niepodległość kraju. Zwieńczeniem przedsięwzięcia będzie premiera trzech krótkometrażowych filmów animowanych.

Oficjalne konto projektu w serwisie Facebook.com: facebook.com/zwyciezaMYvictorioUS
Oficjalne konto projektu na Instagram.com: instagram.com/zwyciezamyvictorious
Oficjalne konto projektu na YouTube.com: youtube.com/watch

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Materiał oryginalny: NIEZŁOMNI – temat, który wciąż dzieli... - Dziennik Bałtycki

Wróć na naszahistoria.pl Nasza Historia
Dodaj ogłoszenie