Pruderia i tresura, czyli perfekcyjna pani domu minionych wieków

W towarzystwie innych dam należy zachowywać się skromnie i z klasą. W przeciwnym przypadku można było stać się tematem plotek Fot. archiwum W towarzystwie innych dam należy zachowywać się skromnie i z klasą. W przeciwnym przypadku można było stać się tematem plotek

Poradniki kobiece z XIX wieku trochę dziś śmieszą, a trochę przerażają. Propagowaniem wizji kobiety podległej mężowi zajmowały się... same kobiety

Od urodzenia przypisana im była rola wzorowych chrześcijanek i posłusznych córek, w przyszłości zaś każda z nich miała się stać przede wszystkim rozsądną kobietą, wierną małżonką oraz troskliwą matką. Aby sprostać tym oczekiwaniom, już w wieku kilkunastu lat kończyły czas dziecinnych zabaw i rozpoczynały intensywne przygotowania do podjęcia najważniejszych (i zazwyczaj jedynych) ról w życiu. Wiedzę o tym, jak być XIX-wieczną perfekcyjną panią domu, kobiety czerpały głównie z różnych poradników drukowanych w powszechnie dostępnych gazetach. Ze specjalistycznych broszurek można się było dowiedzieć nie tylko jak zadbać o dom, ale też jakie lektury czytać i jaki zakres wiedzy wypada posiąść przyzwoitej damie.

Uważano wówczas, że nauka może negatywnie wpływać na kobiecą urodę, a w skrajnych przypadkach wywołać nawet chorobę umysłową. Dlatego gdy chłopcy pilnie się uczyli, kształcone w domowym zaciszu lub na pensjach dziewczynki dowiadywały się, jak pięknie kaligrafować, szyć czy grać na fortepianie. Oprócz tak istotnych umiejętności poznawały także podstawowe wagi i miary, ceny produktów i sprzętów kuchennych oraz wysokość płacy służących.
Rachunki w zakresie dodawania i odejmowania również, ale już przeliczanie miar czy najprostsze ułamki były uznawane za zbędną wiedzę. "Panna powinna znać się na matematyce tyle, by z prostej nie zboczyła linii, a na chemii tak, by surowych nie podawać potraw" - głosiły ówczesne autorytety w dziedzinie wychowania młodzieży.

Obcobrzmiący szczebiot

Oprócz czysto technicznych umiejętności związanych z prowadzeniem domu dobrze wychowana panna powinna znać podstawowe informacje na temat historii ojczystej, odrobinę historii powszechnej, historii naturalnej oraz geografii. Wypadało też, by nauczyła się szczebiotać w językach obcych i czytać. Oczywiście nie wszystko. Zagrożeniem dla ich nieukształtowanych jeszcze umysłów miały być książki o tematyce medycznej (mogły zawierać wyrażenia nieodpowiednie dla młodej damy) i romanse (które rozbudzają grzeszne namiętności). Dozwolone były głównie: bajki, przyzwoite powieści, mowy okolicznościowe i żywoty świętych.

Kiedy już nasza panna na wydaniu posiadła wszelką wiedzę niezbędną do samodzielnego prowadzenia gospodarstwa domowego, pozostawało jej już tylko... upolować męża. W XIX w. scenariusz dla każdej kobiety był w zasadzie taki sam: wyjść za mąż i urodzić dzieci. Żaden inny wybór nie był akceptowany, staropanieństwo było powodem do drwin.

Polowanie na męża

Czas przeznaczony na łowy był krótki: po przetańczeniu na balach trzech karnawałów panna, której nie udało się skutecznie zapolować na któregoś z kawalerów, stawała się... skazanym na łaskę rodziny wybrakowanym towarem. Panna na wydaniu wizytowała więc razem z matką wszystkich znajomych, przyjmowała gości w domu i brała udział w kolejnych balach. Każda z takich okazji wymagała nie lada przygotowań, ponieważ mężczyźni szukający żony zwracali uwagę niemal na wszystko: drobne stópki, białą cerę, piękny dekolt, gęste, długie włosy, drobne usta, chód miękki, zdrowe płuca, no i oczywiście na posag.

Pod czujnym okiem dorosłych młode panny zapisywały w karnecikach nazwiska panów, którzy poprosili je o taniec. Im więcej wpisów, tym wyższa ich pozycja w towarzystwie. W tańcu należało zachowywać się przyzwoicie, nie rozmawiać za dużo, nie tańczyć więcej niż trzy razy z jednym partnerem, żeby nikt nie miał pretekstu do rzucania podejrzeń o romans.

Salonowe plotki potrafiły bowiem zniszczyć życie niejednej pannie. Nie można było sobie pozwolić na żadną spontaniczność, dlatego tańce odbywały się często w atmosferze grobowej ciszy. Zachowywanie pozorów i przestrzeganie dziwacznych reguł towarzyskich paraliżowały młodych bywalców takich spędów towarzyskich. Obowiązkową lekturą dla XIX-wiecznych panien była "Pamiątka po dobrej matce, czyli ostatnie jej rady dla córki" Klementyny z Tańskich Hoffmanowej. Przez niemal całe stulecie ta babska biblia kształtowała kobiecy światopogląd, uczyła uległości wobec przyszłego (lub obecnego) męża oraz przyzwyczajała do przyjęcia służebnej pozycji w małżeństwie. Takie postrzeganie roli kobiety nie było niczym nadzwyczajnym: w XIX w. panowało powszechne przekonanie o tym, że kobiety są generalnie słabsze fizycznie, ułomne intelektualnie, niezdolne do wykonywania pracy zawodowej oraz do zadbania o własną reputację.

Hoffmanowa (sama doświadczona małżonka) zgodnie z panującym wówczas trendem doradzała więc młodym mężatkom, aby wszystkie swoje siły skupiały na odgadywaniu wszelkich mężowskich zachcianek. "Poznawaj najdrobniejsze gusta jego - pisała Hoffmanowa - dogadzaj mu, okazuj mu tysięczne względy, otaczaj go pieczołowitym staraniem. To sposób najlepszy przywiązania sobie na zawsze męża. Skoro będziesz nieustannie zajęta wygodą jego, uprzyjemnianiem każdej chwili, sprawisz, że mu nigdzie tak dobrze jak przy tobie nie będzie". To jednak nie koniec cennych rad na temat życia wiedzionego w rodzinnym stadle.

Z dalszej części wywodu dowiadujemy się także, że wszelkim rodzinnym niesnaskom zawsze winna jest damska strona: "Powszechnie [kobiety] skarżą się na mężczyzn, że związek małżeński zupełnie zmienia uczucia ich i charaktery, i że najtkliwszy kochanek wkrótce obojętnym staje się mężem. Po większej części winne temu są kobiety…". Dobra żona powinna więc nie tylko dostosowywać się do humorów współmałżonka, lecz także pamiętać, żeby nie oczekiwać od niego zbyt wiele: "Nie wymagaj nigdy od męża starań kochanka" - przypomina Hoffmanowa przyszłym i obecnym żonom. I dodaje, że w chwilach zwątpienia zmęczona kobieta zawsze może szukać pocieszenia w modlitwie.

Higiena też jest ważna

Poradnikowe wskazówki dotyczyły jednak nie tylko kwestii zamążpójścia i życia rodzinnego. Do bardziej ważkich tematów poruszanych w broszurowych kompendiach należała także... higiena. Prym w tej dziedzinie wiodła Lucyna Ćwierczakiewiczowa, niekoronowana królowa polskiej kuchni, szerzej znana jako autorka bestsellerowej książki "365 obiadów". W wydawanych przez siebie kalendarzach i poradnikach wskazywała młodym (choć nie tylko!) damom drogę właściwej higieny, zdrowego odżywiania oraz doboru skromnego (co ważne) ubioru i adekwatnych do wieku kosmetyków.

Nie bazowała wyłącznie na doświadczeniu: nadzwyczaj chętnie powoływała się na porady cenionych higienistów i lekarzy, a nawet samodzielnie tłumaczyła artykuły zachodnioeuropejskich specjalistów. Ćwierczakiewiczowa cel miała jeden: uświadomić kobietom, że mają być już nie tylko strażniczkami domowego ogniska, lecz także domowymi boginkami czystości. Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać - autorka "365 obiadów" doskonale bowiem zdawała sobie sprawę z tego, że niełatwo jej będzie zaprowadzić nowe zasady higieny w nieprzyzwyczajonym do ich przestrzegania społeczeństwie. W parze z dbałością o dom powinna iść również higiena osobista. W tej dziedzinie prym wiedli już raczej mężczyźni: doktorzy Pląskowski i Starkman, powołując się na swoje zawodowe doświadczenie, udzielali pilnym czytelniczkom wiadomości na temat pielęgnacji zdrowia oraz... budowy ludzkich organów wewnętrznych.

Zuzanna Wierus
GAZETA KRAKOWSKA

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.