Paweł Stachnik

Sowiecki krokodyl połyka Polskę

Naczelny wódz gen. Kazimierz Sosnkowski dekoruje Krzyżem Virtuti Militari przybyłego z kraju ppor. Jana Nowaka-Jeziorańskiego, Londyn, grudzień 1943 Fot. jezioranski.org Naczelny wódz gen. Kazimierz Sosnkowski dekoruje Krzyżem Virtuti Militari przybyłego z kraju ppor. Jana Nowaka-Jeziorańskiego, Londyn, grudzień 1943 rok
Paweł Stachnik

W lipcu 1943 roku naczelnym wodzem zostaje gen. Kazimierz Sosnkowski. Stanowisko premiera obejmuje Stanisław Mikołajczyk. Obaj uznają sowietów za zagrożenie. Ich polityka kończy się jednak fiaskiem

Dwaj polscy politycy czasu ostatniej wojny - premier Stanisław Mikołajczyk i naczelny wódz Kazimierz Sosnkowski usiłowali - każdy na swój sposób - kształtować politykę Polski wobec Związku Sowieckiego. Dla obu było jasne, że Stalin zdecydował się przyłączyć Kresy Wschodnie.

Kwestią otwartą było natomiast, czy zadowoli się zdobyczami terytorialnymi, czy też będzie chciał podporządkować sobie Polskę również politycznie, narzucając jej komunistyczny ustrój. Mikołajczyk żywił nadzieję, że w zamian za ustępstwa graniczne i dopuszczenie komunistów do współrządzenia uda się ocalić jakąś część niezależności.

Takich złudzeń nie miał Sosnkowski. ZSRR porównał do "żarłocznego krokodyla", którego alianci chcą nakarmić cudzymi ochłapami (czyli Polską), a który i tak "połknie wszystko, co tylko dosięgnie". Dlatego uważał, że nie należy iść na żadne ustępstwa polityczne ani terytorialne wobec Stalina. Trzeba unikać walki, minimalizować straty, chronić substancję narodową i czekać na przyszły konflikt Zachodu z Moskwą.

Jak pokazał przebieg wydarzeń, i jedna, i druga strategia skończyła się fiaskiem. Polityka Stalina okazała się skuteczniejsza, jego dywizje silniejsze, a poparcie zachodnich aliantów dla Polski iluzoryczne. Dziś, mądrzejsi o całą wiedzę, jaka narosła od tamtego czasu, musimy chyba stwierdzić, że rozwiązanie tej kwadratury koła, jaką były pod koniec wojny stosunki polsko-sowieckie, przekraczało po prostu możliwości polskich polityków.

Polsko-sowiecka kwadratura koła

Po śmierci gen. Władysława Sikorskiego w lipcu 1943 r. pojawiła się paląca kwestia obsadzenia stanowisk premiera i naczelnego wodza. Naturalnym kandydatem na pierwszą z tych funkcji był Stanisław Mikołajczyk, lider Stronnictwa Ludowego.

Ten 42-letni polityk - przed wojną należący do działaczy drugiego rzędu - dzięki ambicji, uporowi i inteligencji wypracował sobie znaczącą pozycję na polskiej scenie politycznej. Znaczącą do tego stopnia, że to jego prezydent Władysław Raczkiewicz - wbrew postulatom opozycji - 14 lipca 1943 r. desygnował na premiera. Rząd tworzyły te same cztery partie co dotychczas: SL, PPS, Stronnictwo Pracy i Stronnictwo Narodowe.

Największy autorytet

O ile w przypadku kandydata na szefa rządu prezydent Raczkiewicz ustąpił wobec koalicji rządzącej, o tyle na stanowisko naczelnego wodza mianował 8 lipca osobę bliską opozycji. Mowa o gen. Kazimierzu Sosnkowskim, niewątpliwie postaci o największym autorytecie wśród ówczesnych polskich polityków i wojskowych.

58-letni Sosnkowski niegdyś bliski współpracownik marszałka Piłsudskiego, odsunięty później przez Rydza-Śmigłego i Mościckiego na boczny tor, uniknął kompromitacji związanej z klęską wrześniową. Na emigracji, prezentując wyważone i przemyślane poglądy i podkreślając, że najważniejszy jest zawsze interes Polski, stał się autorytetem, z którym liczyli się wszyscy.

Rozdzielenie stanowisk premiera i naczelnego wodza, a przede wszystkim powierzenie ich osobom mocno różniącym się politycznie, stało się przyczyną nieustającego konfliktu w łonie najwyższych polskich władz. Główną jego osią było stanowisko, jakie rząd i kraj powinny zająć wobec Związku Sowieckiego. Przebieg walk na froncie wschodnim wskazywał od lata 1943 r., że inicjatywa strategiczna przechodzi tam w ręce Sowietów i to oni wcześniej czy później zajmą ziemie polskie. Tymczasem od ujawnienia sprawy katyńskiej stosunki między Moskwą a rządem londyńskim nie istniały.

Premier Mikołajczyk zdawał sobie sprawę, że ułożenie jakiegoś modus vivendi ze wschodnim sąsiadem jest sprawą konieczną. Wiedział też, że niezbędne będą jakieś cesje terytorialne na rzecz ZSRR i godził się na nie, choć na pewno nie myślał o oddaniu całych Kresów. Uważał, że w zamian za przesunięcie granicy i obietnicę utrzymywania przyjaznych stosunków uda się wytargować od Stalina niezależność Polski i rekompensatę terytorialną na zachodzie. A poza tym przecież Polska mogła liczyć na poparcie Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych.

Bez złudzeń

Zupełnie inne podejście do relacji polsko-sowieckich miał gen. Kazimierz Sosnkowski. Ten przenikliwy polityk już wtedy przewidywał, do czego zmierza Stalin. Spodziewał się, że celem dyktatora będzie całkowite podporządkowanie Polski, a być może nawet włączenie jej do Związku Sowieckiego. Nie miał też złudzeń co do stanowiska zachodnich aliantów. Dla nich najważniejsze było utrzymanie udziału ZSRR w wojnie i uniknięcie sytuacji, w której Stalin zawiera separatystyczny pokój z Hitlerem (Moskwa co pewien czas wypuszczała takie właśnie sygnały). Rezygnowanie z militarnej siły ZSRR dla mało znaczącej Polski w ogóle nie wchodziło w grę.

Wobec tych wniosków Sosnkowski postulował zajęcie pozycji wyczekującej: unikanie wykrwawiania się przez Wojsko Polskie i podziemie, ochronę substancji narodowej i czekanie na zmianę koniunktury politycznej, jaka miała nastąpić po pokonaniu Niemiec. Sosnkowski wyrażał opinię tych środowisk - piłsudczyków, konserwatystów takich jak Stanisław Cat--Mackiewicz czy części narodowców - które uważały, że nie należy wchodzić w żadne układy z Sowietami.

- Byli oni przeciwni rezygnacji z niezbywalnych praw Polski. Uważali, że jeżeli są takie okoliczności historyczne, to Polska ulegnie przemocy, ale nie może sama zgodzić się na utratę terytorium i pozbawienie suwerenności. Zdawali sobie sprawę, że Stalinowi nie chodzi o taki czy inny przebieg granic, ale o bezwarunkową kapitulację Polski i całkowite jej podporządkowanie ZSRR - mówi historyk dziejów najnowszych dr Wojciech Frazik z Instytutu Pamięci Narodowej.

ZPP działa

Próbę nawiązania stosunków z Moskwą premier Mikołajczyk podjął zaraz po objęciu urzędu, mówiąc w exposé, że wzajemne porozumienie obu krajów jest historyczną koniecznością. Szybko okazało się, że Stalinowi na odnowieniu relacji wcale nie zależy. Na propozycję Mikołajczyka strona sowiecka odpowiedziała dopiero po dwóch miesiącach, potępiając wrogi stosunek rządu londyńskiego do ZSRR. Jednocześnie z Rosji dochodziły wiadomości o działaniu podporządkowanego Stalinowi Związku Patriotów Polskich i formowaniu tam polskich oddziałów wojskowych.

Realista Mikołajczyk nie rezygnował jednak. Naciskali go zresztą Brytyjczycy, dla których konflikt polsko-sowiecki był niewygodny. Sondowana przez Londyn Moskwa ujawniła warunki, pod jakimi byłaby skłonna uznać rząd Mikołajczyka.

- Sowieci domagali się uznania tzw. linii Curzona jako wschodniej granicy Polski, chcieli zmian personalnych w polskich władzach oraz potępienia stanowiska rządu gen. Sikorskiego w sprawie zbadania grobów katyńskich przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż. Mikołajczyk pod naciskiem angielskim przyjął koncepcję zachowania suwerenności w zamian za ustępstwa terytorialne - wyjaśnia dr Frazik.

Wycofać się na zachód

Praktycznym sprawdzianem stosunku Stalina do legalnych polskich władz stała się rozpoczęta w 1944 r. Akcja "Burza". Według wytycznych komendanta głównego jednostki AK miały nawiązywać kontakt z nacierającą Armią Czerwoną i razem z nią atakować wycofującego się okupanta. Wobec Sowietów ujawniać się mieli także przedstawiciele władzy cywilnej, występując jako gospodarze na wyzwolonych terenach. Szybko okazało się jednak, że po początkowej współpracy bojowej Sowieci rozbrajają oddziały Armii Krajowej, oficerów wywożą do ZSRR, a żołnierzy wcielają do armii Berlinga. Do więzień i na Syberię trafiali też terenowi przedstawiciele rządu.

Ujawnianiu się wojska i administracji od pewnego momentu przeciwny był gen. Kazimierz Sosnkowski. Uważał że Sowieci na Wołyniu, we Lwowie i w Wilnie wyraźnie pokazali, jaki jest ich stosunek do przedstawicieli Polskiego Państwa Podziemnego i legalnego rządu. W związku z tym należy zaprzestać daremnego przelewu krwi, przejść do głębokiej konspiracji, tym razem antysowieckiej, a jeszcze lepiej wycofać jednostki AK na zachód. Naczelny wódz był też zdecydowanie przeciwny powstaniu w Warszawie. Swoje wyraźne instrukcje na ten temat przesłał dowódcy AK gen. Tadeuszowi Borowi-Komorowskiemu. Komenda Główna AK podjęła jednak inną decyzję.

Gdy 1 sierpnia 1944 r. wybuchło powstanie, Sosnkowski zaangażował się bez reszty w organizowanie u aliantów pomocy dla niego. Wobec trudności technicznych i niechęci sojuszników pomoc ta miała bardzo ograniczony wymiar. Rozgoryczony Sosnkowski wydał więc 1 września 1944 r. rozkaz do wojska, w którym w mocnych słowach oskarżył sojuszników o pozostawienie walczącej i krwawiącej Warszawy samej sobie. Rozkaz wywołał silne niezadowolenie Brytyjczyków, którzy wymogli na prezydencie Raczkiewiczu zdymisjonowanie Sosnkowskiego. Ten złożył urząd i wyjechał do Kanady. Jego polityczna i wojskowa rola w czasie wojny skończyła się.

Trzy ministerstwa

Własną politykę wobec ZSRR prowadził niezmordowany Mikołajczyk. Nie zrażając się rosnącymi żądaniami Stalina, nadal dążył do zawarcia jakiegoś porozumienia. 20 lipca 1944 r. premier publicznie zgłosił gotowość udania się do Moskwy i rozpoczęcia rozmów bez warunków wstępnych. Stalin wyraził zgodę trzy dni później, już po ogłoszeniu powstania PKWN. Informacja o wyjeździe premiera do Moskwy wywołała wśród londyńskich Polaków burzę. Spodziewano się, że Mikołajczyk zgodzi się na wszystko, czego zażąda Stalin.

Przewidując rozwój sytuacji, gen. Sosnkowski udał się do Włoch, by pod pozorem inspekcji II Korpusu być bliżej wojska. Mając jego poparcie (w II Korpusie panowały silne nastroje antyrządowe) zamierzał domagać się od prezydenta poszerzenia składu rządu o piłsudczyków i endeków i zdymisjonowania Mikołajczyka. Jednocześnie ostrzegał, że ewentualne ustępstwa terytorialne czy personalne na rzecz Moskwy uczynione przez Mikołajczyka mogą zaskutkować wypowiedzeniem posłuszeństwa rządowi przez wojsko.

Podczas trwającego 13 dni moskiewskiego pobytu premier dwa razy spotkał się ze Stalinem. Ten stwierdził, że podstawą nowego polskiego rządu musi być porozumienie z PKWN. Mikołajczyk spotkał się więc z przedstawicielami Komitetu i usłyszał, że w przyszłym rządzie może otrzymać stanowisko premiera i trzy marginalne ministerstwa (na 18 wszystkich). Bierut i Wasilewska odmówili też jakichkolwiek interwencji u Stalina w sprawie Lwowa. Wizyta premiera zakończyła się fiaskiem.

Decyzja już zapadła

Drugi raz Mikołajczyk udał się do Moskwy w październiku razem z Winstonem Churchillem. Premier uparcie nie chciał się zgodzić na żądania Stalina, tj. połączenie rządu londyńskiego z PKWN i uznanie linii Curzona za wschodnią granicę. Podczas jednego ze spotkań Mołotow rzucił mimochodem, że linia Curzona została przecież zaakceptowana przez Roosevelta na konferencji teherańskiej. Wywołało to osłupienie Mikołajczyka, którego amerykański prezydent zapewniał wcześniej o swoim sprzeciwie wobec takiego przebiegu granicy…

Atakowany, chwilami bardzo brutalnie, przez Brytyjczyków, z drugiej strony stawiany pod ścianą przez Stalina Mikołajczyk zrozumiał, że nie jest w stanie pogodzić oczekiwań aliantów, którzy chcieli pełnej współpracy z Moskwą, i wymagań polskiej opinii publicznej, która oczekiwała nieustępliwości wobec sowieckich żądań. Dlatego 24 listopada 1944 r. złożył dymisję. Tak zakończyła się próba Mikołajczyka dojścia do porozumienia z Sowietami.

Czy w ówczesnej sytuacji można było zrobić cokolwiek, co dałoby Polsce szansę na utrzymanie choćby części suwerenności, tak jak np. udało się to Finlandii?

- Była to próba rozwiązania kwadratury koła. Mikołajczyk prowadził swoją politykę, dostosowując ją do standardów zachodnich i zabiegając o poparcie zachodniej opinii publicznej. Z kolei "niezłomni" uważali, że nie można się oglądać na interes aliantów i poklask świata, tylko trzeba mieć na względzie wyłącznie interes Polski. Nie mieli złudzeń, że często powtarzane słowa Stalina o "wielkiej i suwerennej Polsce" były tylko pozorem na użytek Zachodu. Wszystko to sprawdziło się po wojnie.

Mikołajczyk, który znów podjął próbę ratowania tego, co się da, i wszedł do rządu z komunistami, po dwóch latach musiał ratować życie, uciekając z kraju. Inny przykład to Czechosłowacja. Jej przywódcy już w 1942 r. zorientowali się na sojusz ze Stalinem i spełnili wszystkie jego żądania. Ale w 1948 r. i tak musieli zalegalizować wprowadzenie komunistycznej dyktatury - podsumowuje dr Wojciech Frazik.

Paweł Stachnik

Paweł Stachnik

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.