Stanisław Grzesiuk. Jak żył i umierał bard warszawskiej ulicy

Czytaj dalej
Fot. Materiały prasowe
Bartosz Janiszewski

Stanisław Grzesiuk. Jak żył i umierał bard warszawskiej ulicy

Bartosz Janiszewski

Śpiewał nawet w przeddzień śmierci. Był i poetą, i chuliganem. Stanisław Grzesiuk do dziś jest symbolem Warszawy - jej ulicznej poezji i knajackiego uroku

Niedziela to dzień dla kolegów. W niedzielę tańczy się u „Przyjaciół”, pije się w parku Sieleckim, w męskim gronie, odwiedza się lokale na Nowym Świecie, w niedziele w odwiedziny do szpitala przychodzą koledzy.

Stanisław Grzesiuk nie ma siły wstać. Leżeć nie ma za to wcale ochoty. Siedzi więc na łóżku z wielką szpitalną poduszką za plecami. Koledzy co chwila mówią mu, żeby się położył, zapewniają, że nikt się nie obrazi. Stanisław się złości. Chcecie, żebym już umarł? - pyta.

Kiedy człowiek siedzi i go boli, to przynajmniej czuje, że żyje. Od pobytu w obozie koncentracyjnym Stanisław wyznaje teorię, że najważniejsze w życiu jest dobre nastawienie. W Gusen potrafił uderzyć współwięźnia, który za głośno lamentował nad swoim losem i wieszczył wszystkim rychłą śmierć. W sanatorium gruźliczym terroryzował pacjentów, którzy się nie golili i schodzili na posiłki w szlafroku. Jak chcą umierać, proszę bardzo, ale niech innym nie odbierają przyjemności z życia.

Wygląda bardzo źle. W szpitalu przy Płockiej leży już niemal od miesiąca. Na początku stycznia na chwilę mu się polepszyło, ale teraz jest już tylko gorzej. Jest siny. Nie blady: dosłownie fioletowy. Jakby mu ktoś pomalował twarz gencjaną. Przy łóżku stoi duża butla z tlenem. Po każdym ataku kaszlu Stanisław łapie podłączone do niej rurki z maską. Zakłada je i wygląda tak, jakby tylko dzięki temu zdołał jeszcze oddychać.

Jest niedziela, 20 stycznia 1963 r. W Polsce panuje właśnie pierwsza z dwóch zim stulecia XX w. Bałtyk zamarzł, w całym kraju zamknięto setki urzędów i szkół, na ulicach zalegają hałdy śniegu. Koledzy stoją w grubych kożuchach, nanieśli na szpitalną podłogę całą masę błota, więc salowa patrzy na nich wilkiem. Słowa jednak nie powie. Wie, że pani Tarasiewicz pacjenta Grzesiuka traktuje z nadzwyczajną troską. Nie dlatego, że to radny, znany literat i muzyk, ale dlatego, że uratował życie jej męża.

Ferajna to przede wszystkim koledzy z dzielnicy. Jest Bolek Milewski, czyli „Bełgot”, jest „Mały”, są Maniek i Zosia, która co prawda jest kobietą, ale z ferajną buja się od 40 lat i wszyscy traktują ją jak kumpla. Po godzinie dołączają też Tadeusz Fedorczuk, muzyk z filharmonii, i Jerzy Skokowski, dziennikarz, poeta, inteligent i człowiek zabawowy (późniejszy kierownik działu literackiego w „Szpilkach” i doradca prezydenta do spraw kultury). Goście są społecznie zróżnicowani, ale różnice szybko przełamują wódką (Stanisław nie pije, jego kolejkę wylewają symbolicznie na podłogę) i muzyką.

Grasz coś, Stasiu? - pytają.

Wyjmuje więc bandżolę spod łóżka i gra im Felka Zdankiewicza.

Po drugiej zwrotce zaczyna kasłać. Nie ma siły trzymać bandżoli, nie może też dalej śpiewać. Prosi, żeby zagrali dla niego. Śpiewają. Piekutoszczak, Feluś i ja; Bal na Gnojnej; Syn ulicy; Czarna Mańka. Stanisław prosi, żeby zagrali Komu dzwonią.

Mężczyźni niepewnie spoglądają po sobie. Cisza się przedłuża, robi się niezręcznie. Stanisław patrzy na nich, nie wiadomo dlaczego uśmiechnięty, i powtarza: grajcie, grajcie. Więc grają.

Komu dzwonią, temu dzwonią,
Mnie nie dzwoni żaden dzwon,
Bo takiemu pijakowi
Jakie życie, taki zgon, zgon, zgon, ta-ra-ra.

Chwilę śpiewa z nimi. Pod nosem, cicho, właściwie bezgłośnie. Najpierw patrzą na niego niepewnie. Nie gra się przecież takich piosenek ludziom, którzy umierają. Stasiek zachęca ich ręką, żeby zaśpiewali głośniej.

Księdza do mnie nie wołajcie,
Niech nie robi zbędnych szop,
Tylko ty mi, przyjacielu,
Spirytusem głowę skrop, skrop, skrop, ta-ra-ra.

Po drugiej zwrotce Stasiek sięga po stojący na szafce talerz, odkrawa dwie kromki chleba, grubo smaruje je masłem. Ze słoika wyjmuje śledzia, który został jeszcze ze świąt Bożego Narodzenia, i kładzie go na chleb. Jadał w życiu bardziej wykwintne rzeczy, ale w tej chwili nie wyobraża sobie, że cokolwiek mogłoby smakować lepiej.

W jedną rękę kielich dajcie,
W drugą rękę wina dzban.
I nade mną zaśpiewajcie:
Umarł pijak, ale pan.

Pozostało jeszcze 78% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 6,15 zł miesięcznie.

    już od
    6,15
    /miesiąc
Bartosz Janiszewski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.