Straszak Ministra Becka. Polska dywersja na Zaolziu

Czytaj dalej
Wojciech Rodak

Straszak Ministra Becka. Polska dywersja na Zaolziu

Wojciech Rodak

By odzyskać Zaolzie, Polska zastosowała szantaż dyplomatyczny. Kto wie, czy odniósłby on skutek, gdyby nie wsparto go działaniami dywersyjnymi

Pod koniec września 1938 r. Polska, wykorzystując kryzys sudecki, domagała się od Czechosłowacji „zwrotu Zaolzia”. Rządowa propaganda działała na pełnych obrotach, uczucia patriotyczne były rozpalone do czerwoności. Pisano, że po „dwudziestu latach toczonych w ciężkich warunkach” walk Zaolziaków o „zachowanie polskości” „zespolono jeszcze bardziej uczucia całej Polski z oderwaną Ziemią Piastowską”.

„Wobec wydarzeń międzynarodowych i nowej fali czeskiego terroru ludność Śląska Zaolziańskiego w zbrojnym porywie walczy o powrót do Polski, gdy za Olzą znów leje się krew - wola zjednoczonego narodu jest niezłomna, a wszystkich nas ożywia jedna tylko myśl i jedno tylko żądanie: Śląsk Zaolziański musi natychmiast zjednoczyć się z Rzeczpospolitą” - wykładał 28 września „Ilustrowany Kuryer Codzienny”, wznosząc się na wyżyny patriotycznej egzaltacji.

Już wcześniej „IKC” podawał, za będącą na usługach MSZ Polską Agencją Telegraficzną, informacje o starciach mających „charakter walk partyzanckich”, które miały ogarnąć całe Zaolzie. Donoszono o krwawych walkach w Jabłonkowie. Polakach, którzy osaczyli i zmusili do poddania się oddział czeskiej żandarmerii w Bystrzycy. O polskich partyzantach, którzy rozbrajali czeskich żołnierzy na ulicach Czeskiego Cieszyna. Czytelnik mógł odnieść wrażenie, że za Olzą wybuchło powstanie.

Tymczasem Józef Mackiewicz, w tamtych dniach korespondent wileńskiego „Słowa” z Cieszyna, nazywał te depesze „powodzią bałamutnych informacji”. W jego artykułach sytuacja za południową granicą znacznie mniej „pachniała” krwią i prochem. Oddajmy mu głos:

PAT pisze, że ludność owładnęła posterunkiem w czeskim Cieszynie i że gwałtowne natarcie było na ulicy Ostrowskiej, podczas gdy na ulicy Ostrowskiej wybito jedną szybę, którą nazajutrz wstawiono. (…) Jakieś fantastyczne podminowywanie gmachów, nieistniejące wysadzenie w Trzyńcu. (…) Podobnych wiadomości był cały wodospad.

Kto był bliższy prawdy? Czym w istocie było to polskie powstanie? Zanim powiemy o zajściach na Zaolziu z przełomu września i października 1938 r., przyjrzyjmy się historii polsko-czechosłowackich zmagań o ten region.

Cios w plecy

Zaolzie - czyli pas ziem wzdłuż rzeki Olzy, po jej zachodniej stronie - do XIV w. był częścią piastowskiego Śląską Cieszyńskiego. Potem władzę nad tymi terenami przejęli Czesi, a następnie, do końca I wojny światowej, znajdowały się one w monarchii Habsburskiej. Według spisu ludności z 1910 r. na całym terenie Śląska Cieszyńskiego to Polacy byli dominującą grupą etniczną - stanowili tu 55 proc. populacji, podczas gdy Czesi i Niemcy, odpowiednio, 27 proc. i 18 proc. Nic więc dziwnego, że gdy tylko na jesieni 1918 r. Rzeczpospolita zaczęła się odradzać, to miejscowi działacze narodowi, skupieni w Radzie Narodowej Śląska Cieszyńskiego, przyjęli rezolucję o przynależności całego regionu do Polski. Na takie posunięcia nie zgadzali się miejscowi Czesi i rząd w Pradze. Argumentowali, że mają historyczne prawa do panowania nad tymi terenami. Poza tym utrata tego regionu byłaby dla nich strategiczną porażką. Brak kontroli nad węzłem kolejowym w Boguminie pozbawiłby Czechosłowację łączności kolejowej pomiędzy obiema częściami kraju. Co więcej, zrezygnowano by z bogatego karwińskiego zagłębia węglowego i tamtejszych hut. Niestety te kluczowe dla Pragi obiekty znajdowały się po polskiej stronie tymczasowej linii demarkacyjnej wyznaczonej w listopadzie 1918 r. Konflikt wisiał w powietrzu.

Pod koniec 1918 r. Józef Piłsudski pisał do prezydenta Tomasza Masaryka, by rozwiązać spór o podział Śląska Cieszyńskiego w drodze negocjacji, ten jednak wolał działać za pomocą faktów dokonanych. Na przełomie 1918/1919 miał ku temu sprzyjające warunki. Polska armia była w powijakach, a większość jej sił absorbowała wojna z Ukraińcami i powstanie wielkopolskie. Wobec tego w styczniu 1919 r. czeskie wojska przekroczyły linię demarkacyjną i, po kilkudniowej kampanii, wyparły nieliczne oddziały polskie aż za Wisłę. Walki może nie były krwawe, ale doszło do kilku incydentów świadczących o emocjonalnej temperaturze konfliktu. W Stonawie zbrodni wojennej dopuścili się czescy żołnierze. Oto relacja Andrzeja Raszka, miejscowego milicjanta:

Czesi postępowali za wycofującymi się polskimi żołnierzami. Zobaczyłem, jak z pobliskiego domu wyprowadzili rannego żołnierza i, bijąc go, zaprowadzili w stronę kościoła. Spotkał go ten sam los co wielu innych - został zakłuty bagnetem. (…) Został również przebity bagnetem ranny polski żołnierz koło szkoły ludowej w Stonawie, na drodze. Daremnie prosił o darowanie życia, bo ma żonę i dzieci. Zostali też zakłuci żołnierze ukryci w sianie, w stodołach u Febra i innych gospodarstwach. Ogółem barbarzyństwo czeskich żołnierzy spowodowało tylko w Stonawie 21 ofiar, w większości dobitych.

Do podobnych mordów na polskich jeńcach i rannych doszło w kilku innych miejscowościach.

Od lutego 1919 r. front na Śląsku Cieszyńskim zamarł. Tymczasem trwała czeska ofensywa dyplomatyczna. Masaryk i jego szef MSZ Edward Benesz, obaj dobrze ustosunkowani na Zachodzie, przekonali wielkie mocarstwa, że plebiscyt ws. podziału regionu jest niepotrzebny - wystarczy międzynarodowy arbitraż. Na takie rozwiązanie zgodził się także premier Władysław Grabski. Chciał w ten sposób pozyskać przychylność Francji i Anglii. Liczył na ich pomoc w obliczu bolszewickiej ofensywy, która zbliżała się do Warszawy. W efekcie, na mocy decyzji Rady Ambasadorów z 28 lipca 1920 r., Zaolzie przyznano Czechosłowacji. Za granicami Polski znalazło się zagłębie karwińskie i 140 tys. Polaków, którzy stanowili niemal połowę mieszkańców tej krainy. Był to element nadzwyczaj patriotyczny, czujący silny antyczeski resentyment. Idealny materiał na „piątą kolumnę”.

K7 i Organizacja Bojowa

II Rzeczpospolita, mimo utrzymywania poprawnych relacji z Czechosłowacją, nigdy nie wyrzekła się myśli o odzyskaniu Zaolzia. W połowie lat trzydziestych postwersalski porządek międzynarodowy zaczął się walić pod naporem polityki Adolfa Hitlera. Wbrew traktatom paryskim rozbudowywał Wehrmacht. W 1935 r. doprowadził do przyłączenia Zagłębia Saary do Rzeszy. Poza tym nie ustawał w wysiłkach, by zaanektować Austrię. Szef polskiego MSZ Józef Beck widział wyraźnie, obserwując sytuację w regionie, że niewielka Czechosłowacja może być następną ofiarą agresywnej polityki Niemiec. Postanowił się na taką okazję przygotować, by II RP nie wyszła z tej rozgrywki z pustymi rękami.

Najpewniej we wrześniu 1937 r., jak podaje historyk Edward Długajczyk, Beck polecił utworzenie tajnej organizacji mającej na celu koordynację działań służb II RP w celu odzyskania Zaolzia. Tak powstał Komitet Siedmiu, w skrócie K7. Na jego czele stanął przyboczny Becka Wiktor Tomir Drymmer, dyrektor z MSZ. W komitecie zasiadali trzej pracownicy resortu dyplomacji: dr Władysław Józef Zaleski, Tadeusz Kowalski, Tadeusz Kawalec, a także trzej oficerowie wywiadu, czyli „Dwójki”: mjr Edmund Charaszkiewicz, kpt. Feliks Ankerstein, kpt. Wojciech Lipiński. Potem do ciała dokooptowano jeszcze ppłk. Ludwika Zycha.

Pod koniec 1937 r. K7 zdecydowało o reorganizacji istniejącej na Zaolziu polskiej konspiracji. Zamierzano stworzyć wśród tamtejszych Polaków organizację o szerszym zasięgu, coś przypominającego Polską Organizację Wojskową. Przygotowano trzy scenariusze operacji zaolziańskiej, w każdej przewidziano dla dywersantów istotną rolę:

  1. Wywołanie zbrojnego powstania, co po kilku dniach miało zmusić polską armię do interwencji na Zaolziu,
  2. Podjęcie długotrwałych operacji terrorystycznych, które zdestabilizują region,
  3. Wojsko polskie ruszy na Zaolzie, a na tyłach wojsk czeskich operować będą dywersanci.

Tak trudne zadania mogła wykonać tylko organizacja liczna, dobrze wyszkolona i wyposażona. Jaka była w rzeczywistości?

Plany K7 odnośnie do powołania „nowego POW” zaczęto realizować prawdopodobnie pod koniec 1937 r. Twór ten nazwano Organizacją Bojową (OB). Rekrutowano do niej młodych Zaolziaków, często już zaangażowanych w działalność jakiejś polskiej organizacji. Składała się ona z dwóch sekcji: A (polityczno-społecznej) i B (wojskowej do celów bojowych i dywersyjnych).

Celem sekcji A było stworzenie „nowego typu działacza narodowego” - karnego i fanatycznie oddanego sprawie. Młodzi działacze OB mieli w przyszłości zdominować polskie organizacje na Zaolziu, wygryzając „starych, skorumpowanych i wygodnickich” oraz „wszelkie czynniki ugodowe”. Poza tym mieli rozlepiać ulotki i plakaty propagandowe. Ze względu na okoliczności ten aspekt działalności sprzysiężenia zszedł na drugi plan.

Zadaniem sekcji B było prowadzenie działań dywersyjnych i partyzanckich. Kierował nią Józef Kominek, były komendant konspiracyjnej grupy „Wilcze Zęby”. Plan zakładał, że wszyscy członkowie OB mają odbyć przeszkolenie wojskowe. W tym celu nielegalnie przechodzili przez granicę do Polski. Tutaj, w jednym z pilnie strzeżonych wojskowych ośrodków w okolicach Bielska, odbywali trzytygodniowe szkolenie z obsługi broni, walki partyzanckiej i posługiwania się materiałami wybuchowymi. Na koniec składali uroczystą przysięgę na wierność Polsce. Po tym czasie, znów przez zieloną granicę, wracali na Zaolzie i czekali na rozkaz.

Ogółem do lipca 1938 r. przeszkolono w tajnej akademii 67 ze 150 bojowców zza Olzy. Oprócz nich, od lutego 1938 r., tworzono podgrupę „Cieszyn” Organizacji Bojowej, która miała wyruszyć do boju z polskiej strony granicy. Liczyła ok. 190 osób.

Arsenały bojowców znajdowały się w Polsce, w różnych punktach tuż przy granicy z Zaolziem. Zgromadzono w nich 150 rewolwerów, 400 granatów, 200 kg materiałów wybuchowych. Ponadto w Warszawie „Dwójka” miała przygotowane 800 karabinów oraz pewną ilość ckm-ów i granatów, które mogła szybko dostarczyć na Śląsk, do dyspozycji dywersantów. Dodatkowo, dla celów propagandowych, urządzono pod granicą radiową stację nadawczą. Łączność między jednostkami miała być utrzymywana za pomocą urządzeń krótkofalowych.

Dynamiczna sytuacja międzynarodowa zaskoczyła będących wciąż w fazie szkoleń członków OB. Nie wszystko poszło tak, jak zamierzali ludzie z K7.

Tuż za Hitlerem

We wrześniu 1938 r. III Rzesza zażądała, by Czechosłowacja bezwarunkowo oddała jej Sudetenland, czyli zachodnie rubieże kraju, zamieszkane głównie przez Niemców. W krok za Berlinem podążała Warszawa, składając roszczenia względem Zaolzia.

21 września poseł Kazimierz Papée złożył rządowi w Pradze notę, w której domagał się załatwienia sprawy zaolziańskiej na tych samych zasadach i w tym samym czasie co kwestii sudeckiej. Na to Czesi wyrazili jedynie gotowość do podjęcia rokowań w spornych kwestiach.

Wobec tego Warszawa postanowiła zwiększyć presję na Pragę, demonstrując siłę. 21 września nad Olzą skoncentrowano przeszło trzydzieści tysięcy żołnierzy tworzących Samodzielną Grupę Operacyjną „Śląsk”. Dowodził nimi gen. Władysław Bortnowski.

W nocy z 22 na 23 września marszałek Rydz-Śmigły wydał rozkaz przerzutu broni przez granicę i rozpoczęcia akcji dywersyjnej na Zaolziu. Z kwatery głównej w Czeskim Cieszynie dowodzili nią ludzie z K7 - ppłk. Ludwnik Zych i kpt. Wojciech Lipiński. Oto jak ona przebiegła.

Przedszkolanki i harcerze

Operacja OB napotkała wiele przeszkód. Czechosłowackie władze mocno obstawiły granicę żołnierzami SOS (Stráž obrany státu), co poważnie ograniczyło przerzut broni z Polski na Zaolzie. Wielu bojowców wpadło w ich ręce podczas próby jej przeszmuglowania. Poza tym cały teren przygraniczny był nasycony dobrze uzbrojoną żandarmerią i wojskiem, które z łatwością mogły dać odpór bojowcom z pistoletami. Ponadto 21 września praski rząd ogłosił powszechną mobilizację, przez co wielu dywersantów, zamiast walczyć z Czechami, skończyła w czeskich mundurach. Szacuje się, że przez to efektywna liczba aktywnych członków OB spadła do około 130. W tych warunkach większość akcji podejmowanych przez Polaków miała, delikatnie mówiąc, mało imponujące rezultaty. Oto przykłady.

30 września Józef Retka z Trzyńca otrzymał rozkaz wysadzenia koszar w Czeskim Cieszynie. Zapalił ładunek i wrzucił go na dach jednego z baraków. Bomba stoczyła się z dachu na ziemię, gdzie zgasili ją nadbiegający czescy żołnierze. Retce udało się zbiec.

1 października bojowcy zagrozili żandarmom z Olbrachcic, że jeśli natychmiast nie opuszczą wsi, zostaną obrzuceni granatami. Obsada posterunku przeniosła się do sąsiedniej wsi, a mimo to zdemolowano pusty już lokal.

Pod koniec września polscy harcerze z Trzyńca, związani z OB, dokonali serii mniejszych akcji. Między innymi podłożyli bombę pod pomnik wolności w Kanadzie (dzielnica Trzyńca), zdemolowali szkołę w Łyżbicach i… wysadzili część pomieszczeń gospodarczych trzynieckiej synagogi.

Najbardziej spektakularne uderzenie OB nastąpiło w Końskiej 24 września. Oddział Wiktora Kowalskiego ps. Roch, w porozumienia z dwoma innymi drużynami dywersyjnymi zaatakował tzw. dom Szuta, w którym znajdowały się posterunek policji i magazyn broni. Budynek ostrzelano i obrzucono granatami. Zastraszeni Czesi wycofali się, zabierając kilku rannych kolegów. W trakcie odwrotu ostrzeliwali się z ckm-ów i zranili jednego bojowca.

Warto przybliżyć także jedyną akcję, w której polski dywersant poległ na placu boju. 25 września z Cieszyna wyruszył na akcję do zaolziańskiego Jabłonkowa, przez zieloną granicę, pluton Pawła Mitręgi ps. Pawełek. Nazajutrz, pod Herczawą, część oddziału wpadła w zasadzkę zastawioną przez czeską żandarmerię. Dwudziestu bojowców zostało otoczonych ze wszystkich stron. Mimo beznadziejnej sytuacji, zaczęli strzelać do Czechów. Ci odpowiedzieli ogniem. Trafiony w skroń padł martwy Wiktor Reger, harcmistrz. Jego śmierć pociągnęła za sobą następną. W dwa tygodnie później z rozpaczy zmarł jego ojciec, znany polityk PPS Tadeusz Reger.

Należy wspomnieć o ważnej roli, jaką w czasie akcji zaolziańskiej odegrały kobiety, zwłaszcza nieustraszone nauczycielki przedszkolne, jak np. Leontyna Florkówna ps. Maryla. Ponieważ w mniejszym stopniu zwracały uwagę żandarmów, to one zajmowały się szmuglem broni przez granicę. Oczywiście były także nieocenionymi łączniczkami.

Straszak Becka

Gdy na Zaolziu dochodziło do niepokojących incydentów, Warszawa dalej wywierała dyplomatyczna presję na Pragę. 27 września wysłano Czechom ultimatum. Domagano się przede wszystkim, by - licząc od 1 października - w ciągu 10 dni przekazali Polsce tereny Zaolzia (powiaty czesko-cieszyński i frysztacki). Około godz. 13 1 października szef MSZ II RP otrzymał odpowiedź Pragi - była pozytywna. Zaolzie znów było Polskie. Cały kraj wpadł w patriotyczną euforię. „Niech żyje minister Beck!” - krzyczano na warszawskich ulicach. Szantaż dyplomatyczny przyniósł oczekiwany skutek.

Bilans polskiej akcji dywersyjnej był mizerny w stosunku do oczekiwań. Dokonano 34 akty sabotażu i stoczono sześć potyczek. Trudno te operacje nazwać „powstaniem”, jak szumnie określał incydenty zaolziańskie PAT, grając na emocjach narodowych Polaków. Zwłaszcza biorąc pod uwagę ich dotkliwość dla Czechów. Najważniejszy był efekt polityczny - Praga wiedziała, że ultimatum Warszawy nie jest blefem. I ustąpiła. a

Bibliografia:

Wojciech Rodak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.