Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Zaczarowany dorożkarz z Prądnika Czerwonego

Czytaj dalej
Mateusz Drożdż

Zaczarowany dorożkarz z Prądnika Czerwonego

Mateusz Drożdż

Nie wiadomo, ile razy Jan Kaczara woził Gałczyńskiego po Krakowie. Może tylko raz, pewnej nocy 1946 r., ale to i tak dość, by trafić do wiersza. Zwłaszcza gdy samemu się rymuje

Na murze kamienicy „Pod Murzynami” blisko rogu ul. Floriańskiej i pl. Mariackiego znajduje się tabliczka ufundowana w 1998 r. przez krakowski bank. Napis głosi: „Z tego miejsca zaczarowana dorożka arcyapostoła cywilizacji »Przekroju« Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego odjechała do literatury i do legendy”. Legenda ta, opowiadana w Krakowie i znana w całej Polsce, związana jest z zaczarowanym dorożkarzem, zaczarowaną dorożką i zaczarowanym koniem. Zestaw ten oczarował Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, warszawskiego poetę mieszkającego tuż po wojnie w Krakowie. Efektem czarów - jak opisywał Gałczyński - w ową zielono-szaloną noc, gdy srebrzyście lśniły dachy Krakowa, a z wieży mariackiej prószyło światłem, był wiersz „Zaczarowana dorożka” i wieczna sława dorożkarza z Prądnika Czerwonego.

Fiakrzy, dorożkarze, woźnice, kierowcy, motorniczowie, a nawet piloci, którzy wożą ludzi z miejsca na miejsce i pobierają z tego tytułu opłaty lub wynagrodzenie, nie trafiają zwykle do encyklopedii, do historii literatury, a już na pewno nie do zbiorów poezji. Taki zaszczyt spotyka wyłącznie wyjątkowych. Jan Kaczara pozostałby zapewne anonimową postacią, gdyby nie to, że najpierw „ukąsił go złoty szerszeń poezji”, a potem spotkał na swojej drodze Gałczyńskiego i innych ludzi pióra. To oni zapisali go na kartach historii Krakowa, a całą tę opowieść utrwalili dziennikarze „Dziennika Polskiego”, „Przekroju”, krakowskiego radia i telewizji. Kaczara stał się żywą legendą miasta i - jak pisze długoletni sekretarz redakcji „Dziennika Polskiego” Andrzej Kozioł w książce „Na krakowskim Rynku. Historia i obyczaje od lokacji do najnowszych czasów” - był to „najbardziej obfotografowany dorożkarz Krakowa, niegdyś fragment Rynku równie charakterystyczny jak ratuszowa wieża. No i przede wszystkim rymotwórca, co też stanowiło dowód jego związków z Konstantym Ildefonsem”.

Trzy rumy po pińć i halbe piwa!

Kaczara urodził się w 1906 r. w miejscowości Gaj (dziś to osiedle Trzebini). W Krakowie zjawił się siedemnaście lat później w 1923 r. i na Zwierzyńcu, przy ul. Emaus, na zawsze związał się z dorożkarstwem. Początkowo powoził cudzą dorożką, cmokając na cudzego konia. Potem działał już na własny rachunek. Dorobił się własnego pojazdu, własnego konia, domu i rodziny. Zamieszkał przy ul. Dobrego Pasterza na Prądniku Czerwonym.

Dorożki - czyli pojazdy, które można było wynająć, by wygodnie przemieścić się z jednego miejsca w drugie - kursowały po Krakowie od połowy XIX wieku. Mimo że równolegle rozwijały się różne formy transportu zbiorowego (omnibus, tramwaj konny i elektryczny), fiakrzy wciąż mieli zajęcie. Najpierw powozili zakrytymi pojazdami, zwanymi cypcerówkami (od nazwiska Józefa Cypcera, właściciela przedsiębiorstwa przewozowego), potem fiakrów i dorożki zaczęto określać urzędowo jako „pojazdy fiakierskie dwukonne i dorożki jednokonne”.

Dorożki czekały na klientów - tak jak dziś - na Rynku, przy studni między kościołem Mariackim a Sukiennicami. Już w pierwszej połowie XIX wieku krakowski kronikarz Ambroży Grabowski z niesmakiem konstatował panujący tam brud i niechlujstwo. Pisał, że powozy i konie wyglądały jakby „nigdy nie miały swej wiosny”. Jednak w kwestie estetyczno-higieniczne władze miejskie się nie mieszały, wychodząc z założenia, że pasażerowie sami wymuszą na fiakrach większą dbałość o pojazdy i konie. Magistrat ograniczył się do określenia sposobu poruszania się pojazdów, cennika, wymogów co do trzeźwości kierującego dorożką oraz zakazu urządzania wyścigów na ulicach.

Jan Kaczara woził pod kozłem brulion, w którym zapisywał swoje rymowanki. Potem zabawiał nimi pasażerów podczas przejażdżki
Zaczarowany dorożkarz z Prądnika Czerwonego

Fiakrzy stali najczęściej tam, gdzie było najwięcej potencjalnych klientów, czyli głównie na Rynku Głównym i na pl. Szczepańskim, w pobliżu teatru. Dorożkę można było zamówić na określoną godzinę w określone miejsce, np. pod dom, i jakoś obywano się bez telefonów. Najmniej pojazdów czekało przy Dworcu Głównym, ale wyłącznie z powodu ingerencji władz w cennik. Urzędnicy uznali, że pasażerowie przybyli do Krakowa koleją powinni mieć dodatkowe zniżki na przejazd dorożką spod dworca, fiakrzy zaś stwierdzili, że im się to nie opłaca. Ostatecznie wyznaczano dorożkarzom przymusowe dyżury w tym miejscu.

Oficjalny cennik magistracki obowiązywał podczas kursów na obszarze Krakowa i Podgórza, wyznaczonym rogatkami miejskimi oraz na cmentarz Rakowicki. Stawki za podróż w bardziej odległe miejsca zależały już od ustaleń między powożącym a pasażerem. Oczywiście - podobnie jak jeszcze niedawno na taksówkarzy - krakowianie narzekali na fiakrów. Że gburowaci, że nieuprzejmi, aroganccy, że klną jak szewcy, jeżdżą brudnymi pojazdami, niekoniecznie najkrótszą trasą i zawyżają taryfy. Wiele skarg dotyczyło trzeźwości fiakrów, bo w zimowe noce, gdy oczekiwali na klientów, rozgrzewali się najczęściej czymś mocniejszym niż kawa i herbata, a w letni skwar popijali niekoniecznie lemoniadę. Jak wspominał późniejszy dziennikarz radiowy Stanisław Broniewski, wizyta dorożkarza w szynku wyglądała tak: „Zwalisty klient już od progu dysponował: »Trzy rumy po pińć i halbe piwa« - ustawiano więc na blaszanym szynkwasie trzy kielichy z grubego szkła, pełne brunatnego płynu o aromacie landrynek oraz duże piwo z czapką. Po wymieszaniu tego szatańskiego cocktailu pan dorożkarz przytykał na dłuższą chwilę kufel do bokobrodów. Jedynym znakiem pomyślnego przebiegu reakcji było powolne podnoszenie się kufla i systematyczny ruch grdyki, po czym kufel wracał na ladę z umownym stuknięciem i zabieg zaczynał się od początku”. Po takim „szatańskim koktajlu” to, czy dorożka jest czysta, a trasa najkrótsza, nie było już dla fiakra istotne. Mimo to konne pojazdy cieszyły się sporą popularnością, bo woziły za rozsądną cenę. Długo wytrzymywały konkurencję automobili, których liczba rosła zresztą powoli. Nawet ustawienie w okresie międzywojennym stacji benzynowej na Rynku Głównym nie zdetronizowało dorożek.

Znanymi miłośnikami konnych przejażdżek byli dr Jerzy Flach, prezes krakowskiego Syndykatu Dziennikarzy oraz dr Edward Cetnarowski, prezes Klubu Sportowego Cracovia. Tego ostatniego szczególnie lubili dorożkarze, bo z uwagi na słuszną tuszę nie tylko często korzystał z ich usług, ale „wynagradzał fiakrów też suto, w proporcji do swojego nazwiska”. Gdy zmarł w 1933 r., chyba wszyscy krakowscy dorożkarze uczestniczyli w pogrzebie i uczcili jego pamięć „salutem”, strzelając z batów przystrojonych kirami.

Pozostało jeszcze 63% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 6,15 zł miesięcznie.

    już od
    6,15
    /miesiąc
Mateusz Drożdż

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.