Dziadek bił się pod Moskwą, wnuk jest ambasadorem języka niemieckiego w Rosji

Ksenia Golub i Artur Klose na polu bitwy pod Kurskiem Fot. archiwum prywatne Ksenia Golub i Artur Klose na polu bitwy pod Kurskiem

Dzięki Arturowi Klosemu, autorowi komiksu o Opolszczyźnie, Bobby i Molly trafili na wschód. Rysownik ma w Rosji wielu przyjaciół, ale jej politykę ocenia bardzo krytycznie

Rysownik i autor komiksów rodem ze Strzeleczek od lat wyjeżdża z Niemiec do różnych miejsc w Rosji, by przekazywać swoje umiejętności uczniom i studentom oraz być propagatorem języka niemieckiego na Wschodzie. Przeniósł tam nawet parę dobrze znanych Opolanom postaci. Bobby i Molly, bohaterowie komiksu, którzy przed kilku laty oprowadzali młodych czytelników po Śląsku Opolskim, zostali niedawno bohaterami dwujęzycznej opowieści o Biełgorodzie.

Autorem projektu książki jest właśnie Artur Klose. Jedną z jego współpracownic, która m.in. znalazła sponsora, dzięki któremu wydanie książki stało się możliwe, i wzięła na siebie nadzór techniczny nad tym projektem, była Rosjanka, Ksenia Golub.

- To oczywiste, że dużo rozmawialiśmy ze sobą i Ksenia pokazywała mi miasto. W czasie tych rozmów uświadomiliśmy sobie, że nasi dziadkowie Stephan Klose i Piotr Iljicz Biełych walczyli po dwóch przeciwnych stronach w bitwie pod Moskwą - mówi Artur Klose.

- Nie można wykluczyć, że strzelali do siebie. Na szczęście nieskutecznie, bo obaj przeżyli tamten straszny czas. Gdyby im ktoś w czasie mroźnej zimy roku 1941 powiedział, że po 70 latach ich wnuki razem napiszą dwujęzyczną książkę dla dzieci po niemiecku i po rosyjsku, pewnie nigdy by w to nie uwierzyli.

Bobby i Molly w Biełgorodzie

- Najprościej byłoby mi samemu rysować i napisać odpowiedni tekst - dodaje Klose. - Ale zależało mi zupełnie na czymś innym, by do współpracy przy dwujęzycznej książce wciągnąć ludzi stamtąd i to najlepiej należących do różnych pokoleń. Powstrzymałem się więc i poprzestałem jedynie na opracowaniu projektu książki. Wierszowany tekst rosyjski napisały dwie siostry, Tabana i Elena Olejnikowe (jedna z nich jest w Biełgorodzie popularną poetką).

Wersję niemiecką przygotowała Hiltgunde Thiele, emerytowana nauczycielka z Kassel, której mąż także walczył na froncie wschodnim. Sam się ranił i dzięki temu jednym z ostatnich niemieckich samolotów, jakie odleciały spod Stalingradu, mógł wrócić do Niemiec.

Ilustracje wykonała miejscowa studentka Anastazja Krasilnikowa. Narysowane przez nią, a wymyślone przez Klosego postaci poznają i pokazuję rosyjskie miasto. Wpisanymi w dzieło odbiorcami książki "Bobby i Molly w Biełgorodzie" są nie tylko dzieci, także osoby, które chcą się uczyć języka niemieckiego w Rosji i rosyjskiego w Niemczech, zarówno z generacji rodziców, jak i dziadków.

We wstępie do książki Ksenia Golub i Artur Klose zdefiniowali jej przesłanie. Przypominają, że tom "Bobby i Molly w Biełgorodzie" powstał wtedy, gdy w relacjach między Rosją a Niemcami więcej jest napięcia niż zrozumienia. Tym bardziej chcą pokazać przedstawicielom władz, także tym najwyższego szczebla, że w obu krajach nie brakuje entuzjastów gotowych się angażować, by zbliżyć do siebie ich języki i kultury.

Pokojowa współpraca wnuków dawnych wrogów odbiła się w Biełgorodzie na tyle szerokim echem, że miejscowy salon samochodowy zaprosił Ksenię i Artura na wspólną wycieczkę pod Kursk, gdzie odbyła się największa pancerna bitwa II wojny światowej.

Dziadek Hitlera nie lubił

Klose przyznaje, że w czasach PRL-u, jak wielu jego kolegów, niechętnie uczył się rosyjskiego. Uważał to za element sowieckiego nacisku na ówczesną Polskę i protestował, jak umiał, nie przykładając się do poznawania bukw. Dziś jest w języku rosyjskim zakochany i poprzez częste kontakty nauczył się nim posługiwać całkiem dobrze.

Potrafi prowadzić po rosyjsku zajęcia dla studentów kierunków artystycznych (naturalnie, w ich trakcie nie tylko mówią, także rysują). Podczas zajęć z uczniami, którzy przez sztukę uczą się niemieckiego, Artur Klose prowadzi w języku Goethego zajęcia z tworzenia komiksu i z techniki powstawania filmu animowanego.

Liczba miast w Rosji i w krajach dawnego Związku Radzieckiego, w których dzielił się z uczniami i studentami swoim doświadczeniem w rysowaniu komiksów i tworzeniu filmów lub zasiadał w jury rozmaitych feshwali i konkursów, jest bardzo długa.

Był w ciągu ostatnich kilku lat m.in. we Lwowie i w Kijowie na Ukrainie i w Gruzji. A w Rosji - w Moskwie, Biełgorodzie, Ufie, w Permie na Uralu, w arktycznym Norylsku, w Irkucku niedaleko Bajkału iw Orenburgu. Tej swoistej pokojowej misji nie wymyśliłby jeszcze niedawno ani on, ani tym bardziej jego walczący z Rosjanami pod Moskwą dziadek.

- Mój dziadek był znany w Strzeleczkach ze swego krytycznego stosunku do Hitlera i do systemu nazistowskiego - kontynuuje swą opowieść pan Klose. - Najstarsi mieszkańcy naszej miejscowości pamiętają, że odmawiał nawet używania pozdrowienia "Heil Hitler" w urzędach. Grożono mu więc, że jeśli nie przestanie demonstrować swej niechęci do faszystów, trafi wraz z rodziną do Auschwitz. Z tej perspektywy powołanie do wojska i wysłanie na front wschodni można było uważać niemal za ulgę.

- Ale tak naprawdę wtedy i później dziadek miał świadomość, że Ostfront był najgorszym losem - dodaje Artur Klose. - Gorszym niż wysłanie do Afryki czy gdziekolwiek indziej, na mniej niebezpieczny odcinek walk. Do końca pozostał prostym żołnierzem. Nie awansował ani nie zdobywał odznaczeń za męstwo na polu bitwy. Pamiętam z późniejszych czasów, że był bardzo spokojnym, zrównoważonym człowiekiem, bez jakiejkolwiek skłonności do agresji. Miał zwyczajnie dość szczęścia, by po wojnie wrócić do domu w Strzeleczkach. Opowiadał o wojennych przeżyciach niechętnie. A to, co mówił, nie zawsze pasuje do wizji historii znanej z podręczników. Sam mogłem się przekonać, że Rosjanie są dumni z tego, iż Moskwa pozostała w czasie wojny do końca niezdobyta. Z relacji dziadka wynikało, że jego oddział był wśród tych wojsk Wehrmachtu, które już były w Moskwie. Tyle tylko, że zostały z miasta wyparte. Z perspektywy lat żałuję, że tak mało pytałem go o tamte czasy i tamte przeżycia. Nie przewidywałem przecież, że będę - jak mnie w kilku miejscach nazywano - ambasadorem języka niemieckiego w różnych krajach, także w Rosji, i że ta wiedza może mi się kiedyś przydać. Dziadek napomykał coś, że był także w okolicach Smoleńska i Katynia, ale szczegóły zostawił dla siebie.

Klose podkreśla, że jest nie tylko ambasadorem języka niemieckiego. Czuje się także i chce być również ambasadorem Opolszczyzny. W wielu miejscach, które odwiedza na wschodzie, pokazuje "Tajemnice Opolszczyzny" - komiksowy obraz historii, kultury i współczesności naszego regionu. Chętnie przy tej okazji mówi o Śląsku Opolskim i o swoich korzeniach. - Niedawno - w grudniu - opowiadałem o Opolszczyźnie w Tiumeniu na Syberii - przypomina.

- Nie chcę, żeby to brzmiało chełpliwie, ale wyrobiłem tam sobie pewną markę. Stałem się znany jako ktoś, komu udało się już coś zrobić dla poznania kultury niemieckiej w Rosji i kultury rosyjskiej w Niemczech, kto uczynił coś, nie waham się tak powiedzieć, dla pokoju. Chcą, żebym przyjeżdżał, żebym się dzielił tym, co potrafię. Mogę mówić, co chcę. Nikt mnie w tym nie ogranicza. Więc i o Śląsku Opolskim mówię bardzo chętnie. Okazji nie zabraknie. Wkrótce wybieram się do Jekaterynburga, Kaliningradu i Czelabińska.

Nie wszystko złoto

Klose nie ukrywa, że jest jednocześnie zafascynowany Rosją, ale i niezwykle krytyczny wobec tego, co się w tym państwie obecnie dzieje.

- Rosja nie jest w stanie przede mną ukryć tego, że w tym kraju korupcja, pijaństwo, zakłamanie i fanatyzm antyzachod- ni można spotkać codziennie i to niemal na każdym kroku - mówi. - Tym bardziej robię wszystko, by nie stracić kontaktu z osobami, które nie dały się oszołomić przez oficjalną propagandę i którzy nie uważają ludzi zabijających swych niedawnych sąsiadów za patriotów. Może ktoś powie, że takich osób jest w Rosji, proporcjonalnie rzecz biorąc, niezbyt wiele, ale kontakt z nimi jest tym bardziej konieczny.

Ocena współczesnej Rosji w ustach Artura Klosego brzmi wyjątkowo mocno.

- To jest kraj, w którym dzieją się fantastyczne rzeczy, o których opowiadałem wcześniej, ale gdzie jednocześnie konsekwentnie ogłupia się obywateli, szczególnie młodzież - podkreśla. - Gdzie zakłamanie jest na porządku dziennym, a forsowanym modelem przywiązania do ojczyzny jest patriotyzm ślepy, nieroztropny, żeby nie powiedzieć głupi.

Na dowód, że ta ostra diagnoza nie jest przesadą, przytacza sytuację, której świadkiem był w teatrze w grudniu 2014 roku.

- Naprzeciwko mnie siedzą dwie panie. Ich wygląd i sposób bycia zdradzają, że są starannie wykształcone - wspomina. - Rozpoznały we mnie "inostranca" i zaczęły wypytywać, co myślę o konflikcie rosyj- sko-ukraińskim. Mówiłem, że nie chcę o tym rozmawiać. Mimo to przekonywały mnie, że na Zachodzie pisze się nieprawdę o rosyjskich separatystach. A przecież żadnych separatystów nie ma. Że my to wymyśliliśmy. W odpowiedzi opolski rysownik z Niemiec opowiedział im, jak poprzedniego dnia, jadąc pociągiem pod Moskwę, natknął się w przedziale na pijanego mężczyznę.

- On mówił sam o sobie, że jest separatystą. Ja nie miałem wątpliwości, że mam do czynienia z terrorystą - relacjonuje to spotkanie. - Ten pijany facet chwalił się głośno, że osobiście mordował Ukraińców. Nie chciał niczego ukrywać. Przeciwnie, pokazał mi, wcale o to nieproszony, swój paszport. Okazało się, że był z okolic Ługańska. Przyjąłem rolę naiwnego gościa z Zachodu i pytałem go, co się tam stało. Prosto tak - odpowiedział mi mężczyzna (miał na imię Aleksander). Wykorzystaliśmy sytuację i złapaliśmy za broń. Skąd ją mieliśmy? Żostała nam dostarczona z Rosji. Stał się agresywny, gdy spytałem, dlaczego strzelał do swoich sąsiadów. Wykrzyczał mi w twarz, że on tylko bronił swojej ojczyzny. Był tak nakręcony, że w tym momencie zacząłem się bać, jak ta rozmowa się dla mnie skończy.

Są rzeczy, które mimo tylu pobytów w Rosji wciąż go dziwią.

- Studentka prosi mnie o numer telefonu i możliwość rozmowy poza zajęciami - opowiada. - Daje mi także swój numer. Po jakimś czasie jej rosyjski wykładowca i dziekan każą mi tę kartkę oddać. Przekonują, że nie tylko dziewczyna będzie miała kłopoty, oni także. Robią duże oczy, gdy mówię, że przecież jestem wolnym człowiekiem.

Artur Klose nie dziwił się, że w metrze mógł kupić koszulkę z Władimirem Putinem. Szły jak woda - po 350 rubli za sztukę. Bardziej zaskoczyły go podobne koszulki z wizerunkiem Stalina czy magnesy na lodówkę, na których Stalin i Putin występują razem.

- Przecież Stalin jest odpowiedzialny także za wymordowanie milionów Rosjan i innych obywateli Związku Radzieckiego. Nie wiedzą czy nie chcą wiedzieć? Trudno to człowiekowi z Zachodu zrozumieć.

Krzysztof Ogiolda
NOWA TRYBUNA OPOLSKA

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.