Skąd pochodzą górale? Inwazja Wołochów zmieniła historię polskich gór

Czytaj dalej
Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Andrzej Drobik

Skąd pochodzą górale? Inwazja Wołochów zmieniła historię polskich gór

Andrzej Drobik

W XIII w. na ziemiach polskich zaczęli się pojawiać Wołosi, osadnicy z Bałkanów, którym udało się ujarzmić Karpaty i wprowadzić tu gospodarkę pasterską

Pod koniec XVI w. na zboczach Złotego Gronia w Beskidzie Śląskim pojawili się osadnicy, którzy założyli wieś nazwaną Istebna. Ten fakt możemy uznać za symboliczny koniec tzw. kolonizacji wołoskiej na ziemiach polskich. To także początek historii polskich pasterzy, którzy przejęli tradycje i system gospodarki właśnie od Wołochów.

Pierwsi osadnicy na tereny dzisiejszej Trójwsi Beskidzkiej, czyli Istebnej, Koniakowa i Jaworzynki, leżącej pod Baranią Górą i Ochodzitą, przybyli z Górnego Śląska. Niemal jednocześnie we wsi pojawili się jednak pasterze wołoscy, którzy dali początek późniejszym przysiółkom - leżącym z dala od wsi osadom. Najprawdopodobniej przybyli oni z terenów Słowacji - na Orawie od XIII w. istniała wieś Istebné, nowi osadnicy przynieśli więc ze sobą nazwę. To właśnie Wołosi zapoczątkowali miejscowe pasterstwo, które na tych terenach szybko okazało się o wiele bardziej dochodowe niż rolnictwo. Kim byli Wołosi i skąd tak dobrze radzili sobie z gospodarką na wysokich terenach górskich?

Niezwykli ludzie gór

W sprawie pochodzenia Wołochów i ich pojawienia się na łuku Karpat do dzisiaj trwają dyskusje historyczne. Jak tłumaczy prof. Ilona Czamańska z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, nie ma jednej obowiązującej w nauce teorii, która mogłaby dzisiaj zostać uznana za pewną. Jedna z hipotez mówi, że Wołosi to wyparta w góry ludność romańska Bałkanów, która po pojawieniu się na terenach nizinnych Słowian przyjęła pasterski tryb życia. Pochodzenie Wołochów budzi spory, a często wykorzystywane było także do prowadzenia polityki historycznej, szczególnie w Rumunii. Stworzona tam teoria, propagowana zwłaszcza przez komunistycznego dyktatora Nicolae Ceauşescu, mówiła nawet, że Wołosi są potomkami starożytnych Daków, którzy zamieszkiwali te tereny setki lat przed naszą erą.

- Wołosi są ludem pasterskim, który funkcjonował na bardzo szerokim terenie. To nie tylko przodkowie dzisiejszych Rumunów, to ludność górska wędrująca przez wieki od Peloponezu aż do północnych Karpat, a nawet dalej, bo przecież mamy ślady osadnictwa wołoskiego także pod Lublinem. Dzisiaj faktycznie Wołochów kojarzy się przede wszystkim z Rumunami i historyczną Wołoszczyzną. W pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że Rumuni to ta część Wołochów, która wyewoluowała w kierunku państwowości - tłumaczy prof. Czamańska.

Faktycznie, to tereny dzisiejszej Rumunii uznawane są za kolebkę Wołochów, ale część teorii mówi też o tym, że ten górski lud pochodzi z terenów południowych Bałkanów. Wołosi mieli przybyć z terenów dzisiejszej Macedonii i Bułgarii, umocnić się na ziemiach Mołdawii, Wołoszczyzny i Siedmiogrodu i stamtąd skolonizować i zagospodarować niemal cały łuk Karpat. Zresztą sama nazwa Wołoch (Vlach) oparta jest na odmienności i spotkaniu z innym kulturami - w języku germański oznacza „obcego” albo „nieznajomego”.

Co ciekawe, aż do X w. Wołosi praktycznie nie występowali w źródłach pisanych, musieli jednak zamieszkiwać te tereny znacznie wcześniej, bo kiedy dokumenty zaczęły odnotowywać ich istnienie, zamieszkiwali już ogromne połacie terenów na Bałkanach, sięgające aż po Bizancjum. To właśnie Wołosi współtworzyli razem z Bułgarami tzw. drugie cesarstwo bułgarskie i utworzyli kilka niewielkich państw, z których wyewoluowały późniejsza Mołdawia i Wołoszczyzna. Co ciekawe, ich osadnictwo, często bezkonfliktowo, nawarstwiało się z osadnictwem słowiańskim. W pewnym momencie Wołosi, dzięki opanowaniu gospodarki pasterskiej, zaczęli migrować na północ, także poza Bałkany, stali się też cennym nabytkiem dla władców na północy, którzy starali się zagospodarować tereny górskie.

Kolonizacja wołoska

Fala migracji, zwana dzisiaj kolonizacją wołoską, wyszła z terenów południowych Karpat i wzdłuż łańcucha Karpat dotarła aż do Orawy i Moraw, a w konsekwencji także do zachodnio-północnych krańców tych gór, a więc do polskich dzisiaj Beskidów. Początkowo ta swoista wędrówka ludów charakteryzowała się etnicznym charakterem, w późniejszych okresach pierwiastek wołoski znacznie jednak się rozrzedził. Wołosi stopniowo się asymilowali, a do fali migracyjnej dołączali Rusini i Polacy.

Od XII w. wołoscy pasterze zamieszkujący tereny na południe od Dunaju zaczęli przemieszczać się na północ, prawdopodobnie miało to związek z rosnącym zagrożeniem tureckim na ówczesnych Bałkanach. Pierwsza fala wołoskich klanów przemieszczających się po łuku Karpat przeszła z Banatu przez Transylwanię, Maramuresz, ukraińskie Karpaty, aż na Słowację. Już w XIII w. na ziemiach polskich zaczęły się pojawiać nazwy pochodzenia wołoskiego, obecne zresztą do dzisiaj w całych polskich Karpatach, jak choćby Beskid czy Magura. Świadczy to o tym, że już w XIII w. pierwsi wołoscy osadnicy pojawili się na ziemiach polskich, ale najsilniejsza, a przede wszystkim sterowana przez władzę kolonizacja przypadła na wiek XIV.

Pierwszy etap kolonizacji wołoskiej badacze określają fazą nomadzką, przybysze z Bałkanów nie tworzyli wtedy osad, opierając swoją gospodarkę na tzw. pasterstwie transhumancyjnym, a więc regularnym przeprowadzaniu owiec z pastwisk letnich na zimowe. Klimat północnych Karpat zmusił ich jednak do zakładania osad i stopniowego porzucania pierwotnej transhumancji na rzecz letniego wypasu owiec w górach i zimowego powrotu do wsi. Taki sposób wypasu owiec zachował się w Karpatach przez wieki, ciągle często określany jest mianem pasterstwa transhumancyjnego. Do dzisiaj w obrzędowości pasterskiej istnieje np. zwyczaj majowego mieszania owiec, w czasie którego właściciele owiec łączą je w jedno duże stado i oddają pod opiekę jednego bacy. Zresztą nazwa „baca” występuje na wszystkich terenach, na które dotarli Wołosi - od Rumunii po Polskę.

W połowie XIV w. kolonizacja wołoska na dużą skalę dotarła na Pogórze Dynowskie, czyli polsko-ruskie pogranicze etniczne, w XV w. Wołosi pojawili się w Tatrach, a wiek później - w Beskidzie Żywieckim i Śląskim. Równolegle z zakładaniem nowych osad bądź dosiedlaniem już istniejących miała miejsce swobodna, skierowana na zachód migracja wędrownych grup pasterskich Wołochów, którzy - wypasając swoje duże stada owiec - ciągle prowadzili na wpół nomadyczny tryb życia. Ze źródeł wyczytać może np., że w 1395 r. grupa Wołochów weszła do Nowego Sącza podczas zjazdu królewskiego, na którym byli obecni królowa Jadwiga z Władysławem Jagiełłą, książę Witold oraz król węgierski Zygmunt Luksemburczyk, 10 lat wcześniej grupa wędrownych Wołochów miała napaść na Stary Sącz, a w 1413 r. zaledwie ośmiu wołoskich pasterzy założyło wieś Ochotnica w Gorcach. Ostatecznie kolonizacja wołoska zatrzymała się na pograniczu morawsko-słowackim - ostatnie osady lokowane przez Wołochów powstały tam na przełomie XVI i XVII w.

Trzech pasterzy przed wejściem do sałaszu. To właśnie Wołosi, przybysze z Bałkanów, zagospodarowali Karpaty
Narodowe Archiwum Cyfrowe Dojenie owiec przez Hucułów na połoninie. Pierwiastek etniczny Wołochów w czasie wędrówki mieszał się z rusińskim i polskim

Ważne osady założone przez Wołochów w ostatnim etapie kolonizacji to m.in. Zawoja i Jeleśnia, wołoscy osadnicy dotarli także do wspomnianej Istebnej. Na tym etapie kolonizacji wołoski symbol etniczny był już bardzo słaby - pasterze z Bałkanów mieszali się z Rusinami i Polakami, zachowując znaczną część swoich zwyczajów. Co ważne, władcy dostrzegli w Wołochach ogromną szansę na zwiększenie swoich dochodów na terenach górskich, do tej pory niewykorzystywanych przez nastawionych na rolnictwo Słowian.

500 metrów nad poziomem morza

- Władcy zaczęli się interesować górami, ale mieli poważny problem, bo przecież Słowianie byli typowymi rolnikami. Tak naprawdę Słowianie mieli już kłopoty z zagospodarowaniem terenów położonych wyżej niż 300 metrów nad poziomem morza - mówi prof. Grzegorz Jawor z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie.

Próby zagospodarowania wyżej położonych terenów, nawet mimo długiego, sięgającego 25 lat okresu wolnizny, spełzały na niczym. Tak było m.in. w okolicach Starego Sącza w XIII w.

- Jeśli ktoś bazuje na gospodarce rolniczej, może liczyć na jej powodzenie tylko pod jednym warunkiem - że udadzą się zboża ozime. O ile na poziomie 300 metrów to się jeszcze udaje, to od 500 metrów w górę zaczyna być z tym kłopot, okres wegetacji jest zbyt krótki, żeby zboża ozime się udawały. W konsekwencji ludzie na tak wysokich terenach, jeśli chcieliby żyć z rolnictwa, byliby skazani na niedobór żywności - mówi prof. Grzegorz Jawor.

Wołosi okazali się także odpowiedzią na potrzeby wprowadzenia kontroli gór za pomocą wojska - sami świetnie radzili sobie w górach, a tworzone przez nich osady pomagały w zaopatrzeniu tworzących się w górach oddziałów wojskowych.

Jak wyglądało ściąganie wykwalifikowanych ludzi gór w polskie Karpaty?

- Mamy na przykład tekst skargi hospodara mołdawskiego, w którym polscy władcy ściągają Wołochów na „wielką swobodę” do Polski. Oni tym krokiem załatwiali dwie rzeczy naraz. Zabezpieczali sobie przy pomocy fachowców kontrolę nad górami, ale też zasiedlali same góry, a więc mogli liczyć na korzyści ekonomiczne z terenów, których wcześniej nie kontrolowali. Początkowo ściągani w ten sposób Wołosi byli przede wszystkim żołnierzami wykorzystywanymi do kontroli punktów granicznych. Przykładowo, wszyscy Wołosi mieszkający niedaleko Czorsztyna mieli jeden kategoryczny obowiązek: stawiać się na każdorazowe wezwanie starosty do obrony zamku - tłumaczy prof. Jawor.

Możliwości osadnicze, ale też ogromne potrzeby zagospodarowania terenów górzystych pojawiły się na dobre po przyłączeniu przez Kazimierza Wielkiego Rusi Halickiej do Polski w 1340 r. Król na nowo pozyskanych ziemiach chętnie nadawał przywileje osadnicze rycerstwu wołoskiemu, które zasłużyło się w walkach o Ruś. Takie przywileje otrzymali m.in. Daniło Dadźbogowic czy Stefan Rybotycki.

Na prawie wołoskim

W ramach akcji kolonizacyjnej wykształcił się nowy sposób lokacji wsi, odmienny od lokacji na prawie niemieckim. Kolonizacja wysoko położonych terenów wiązała się ze skomplikowaną akcją lokacyjną, która musiała rządzić się swoimi prawami. Najpierw właściciel ziemi musiał znaleźć kogoś, kto weźmie na siebie obowiązki i przywileje zasadźcy. Człowiek, który przeprowadził całą akcję lokacyjną, w zamian zostawał sołtysem bądź kniaziem nowej osady.

W dokumentach tacy ludzie nazywani są „evocator”, co można by przetłumaczyć jako „ten, który przywołuje”. Przyszły kniaź, na razie evocator, brał na siebie fizyczny ciężar poszukiwania ludzi, którzy zagospodarują górskie tereny - najczęściej na południu, na Słowacji, albo nawet na terenach mołdawskich czy rumuńskich. Przyszły kniaź brał na siebie także ciężar przewiezienia Wołochów. Evocator musiał ich osadzić, musiał też zapewnić środki na przeżycie, nowi osadnicy często rozpoczynali budowę wsi w zupełnie niezagospodarowanych, górskich terenach.

- To, że ktoś został kniaziem, to nie była kwestia jakiejś łaski pańskiej, to była opłacalna, ale ciężka i ryzykowna praca. Kniaź był kimś, kogo dzisiaj moglibyśmy nazwać przedsiębiorcą lokacyjnym. Zyski były nagrodą za wiedzę i fizyczne ściągnięcie ludzi na nowe tereny osadnicze - tłumaczy Grzegorz Jawor.

Formalnie osadnictwo na prawie wołoskim polegało na przejmowaniu pasterskich form prawnych i gospodarczych. Mieszkańcy nowo zakładanych wsi płacili czynsz w naturze, oddając panu między innymi po jednej owcy z każdej hodowanej dwudziestki. Co ciekawe, osadnicy mieli, ze względu na odległe górskie wypasy, znacznie większą wolność w przemieszczaniu się, a nawet zmianie osady. Grupie wsi wołoskich położonych w dobrach jednego właściciela ziemskiego przewodził tzw. krajnik, nazywany też wojewodą wołoskim. To on często zajmował się chociażby mediacjami pomiędzy pasterzami z różnych osad, dotyczącymi przede wszystkim pastwisk.

W bardzo wielu miejscach, szczególnie w późniejszym etapie kolonizacji, Wołochów było już niewielu, zdarzały się sytuacje, w których jedynym Wołochem był we wsi kniaź. Werbował on osadników zazwyczaj spośród Rusinów, których wybierał częściej niż Polaków, bo Wołosi, podobnie jak Rusini, byli prawosławni. Osadnictwo wołoskie miało ogromne znaczenie w wykształceniu się społeczności Łemków na ziemiach polskich. Co ważne, kniaź był nie tylko szefem wsi. Sprawował też sądy, pobierał czynsze, z których jedną trzecią zabierał dla siebie, a zasadą było to, że miał też władzę kościelną nad mieszkańcami zasadzonej wsi - kniaź obsadzał najczęściej cerkiew jednym ze swoich synów. Do każdej wsi przynależały też górskie łąki, na których osadnicy mogli prowadzić wypas. W skrajnych przypadkach zdarzało się, że ziemia pod wypas leżała nawet kilkadziesiąt kilometrów od wsi.

Trzech pasterzy przed wejściem do sałaszu. To właśnie Wołosi, przybysze z Bałkanów, zagospodarowali Karpaty
Narodowe Archiwum Cyfrowe Stado owiec w koszarze na hali w 1935 r. Wołosi od wieków stosowali tzw. pasterstwo transhumancyjne, czyli wędrówkę z owcami

W ten sposób powstawały wsie na całym łuku Karpat, ale, co ciekawe, Wołosi, choć sporadycznie, pojawiali się także na terenach nizinnych, np. na Lubelszczyźnie. Tam początkowo ludy pasterskie zajmowały ziemię obojętną dla rolników, a później asymilowały się z miejscową ludnością. W górach pierwiastek wołoski był dużo bardziej widoczny, a siatka wsi pasterskich rozrastała się nawet po zatrzymaniu się kolonizacji wołoskiej.

Na Śląsku Cieszyńskim obok Istebnej zaczęły tworzyć się kolejne sałasze, a więc jednostki organizacyjne poszczególnych stad owiec, a jak podaje historyk Franciszek Popiołek, w latach 1621-1654, w okolicy funkcjonowało 30 sałaszy i wypasano tu około 10 tys. owiec. Wołosi znacznie zmienili polskie góry, wprowadzając niemal wszędzie pasterstwo transhumancyjne, oraz tworząc nowe osady. Kiedy w Istebnej, leżącej na wysokości około 600 m n.p.m., kończyło się miejsce, grupa pasterzy przeniosła się jeszcze wyżej, tworząc wieś Koniaków. Wołosi na tych terenach nie stanowili już większości etnicznej, zasymilowali się z lokalną ludnością, ale na wszystkich terenach, które kolonizowali, wprowadzili nowy sposób gospodarowania w górach. Wypasali owce, pozyskiwali wełnę, produkowali sery, co pozwalało na ekonomiczny rozwój gór, w których nie radzili sobie rolnicy. W całych Karpatach, mimo etnicznego rozmycia się samych Wołochów, widoczne są podobne sposoby wypasu, a nawet wspólna dla karpackich pasterzy obrzędowość. Z biegiem lat osadnicy często popadali w konflikt z nadzorcami leśnymi, bo przy okazji tworzenia nowych pastwisk karczowali okoliczne polany, blokowali je, przez co nie można było sadzić coraz bardziej potrzebnych dla przemysłu lasów. Te konflikty będą się pojawiać w historii polskich pasterzy jeszcze przez kolejnych kilkaset lat, w konsekwencji doprowadzając do upadku pasterstwa transhumancyjnego i zniknięcia owiec z polskich gór.

Trudne życie pasterzy

Pasterstwo w Karpatach początkowo było dobrze widziane przez władców, ponieważ ekonomicznie ożywiało ziemie do tej pory niewykorzystywane, a w górach pojawili się ludzie, którzy często pomagali w obronie tych ziem. Pierwsze poważne problemy pasterzy, szczególnie widoczne m.in. na Śląsku Cieszyńskim czy Żywiecczyźnie, pojawiły się wraz z rozwojem przemysłu. Rządząca tymi terenami administracja austriacka otworzyła w okolicach najpierw hutę w Ustroniu, a później w Trzyńcu. Ogromne jak na tamte czasy zakłady przemysłowe potrzebowały dużych dostaw drewna, a te mogły być realizowane dzięki planowej gospodarce leśnej. W XIX w. Habsburgowie uznali, że pasterstwo przeszkadza im w skutecznym pozyskiwaniu drewna i ostatecznie zakazali naturalnego wypasu owiec. Dekret odbierał góralom serwituty, czyli uprawnienia do korzystania z łąk, pastwisk i lasów. W drugiej połowie XIX w. rozpoczęło się zalesianie wykupionych lub odebranych z rąk właścicieli najwyżej położonych gruntów w Beskidach.

- Likwidacja serwitutów była następstwem patentu cesarskiego z 5 lipca 1853 r., którego celem była ostateczna regulacja praw własności po uwłaszczeniu chłopów w 1848 r. - mówi Michał Sobala, doktorant Wydziału Nauk o Ziemi Uniwersytetu Śląskiego, badacz tego terenu.

W efekcie drastycznie odbiło się to na pogłowiu owiec w Beskidach. Na Żywiecczyźnie z 60 tys. sztuk w połowie XIX w. spadło ono do zaledwie 6 tys. sztuk pół wieku później. Pod koniec pierwszej dekady XX w. owiec na Żywiecczyźnie było zaledwie około tysiąca. Podobnie sytuacja wyglądała na Śląsku Cieszyńskim. Jak w swoich listach opisuje malarz z Istebnej Jan Wałach, kiedy z Istebnej zniknęły duże stada owiec, a mieszkańcy mieli zająć się rolnictwem, we wsi pojawiła się bieda. Mieszkańcy zajęli się furmiaństwem, znajdowali pracę w pobliskich hutach, ale ogromna część z nich postanowiła emigrować, m.in. do Stanów Zjednoczonych. Na szczęście zakaz wypasu nie przyczynił się do całkowitego upadku szałaśnictwa, ale między pasterzami a leśnikami trwała ciągła walka o tereny leśne.

Z Tatr w Bieszczady

W latach 50. XX w. władze znacznie ograniczyły możliwość wypasu owiec w Tatrach, przyznając w zamian podhalańskim góralom pastwiska w Bieszczadach. Co charakterystyczne, mieszkańcy Podhala bardzo rzadko osiedlali się w Bieszczadach, zazwyczaj przyjeżdżając tutaj, razem ze swoimi stadami tylko na wypas w okresie letnim. W latach 50. XX w. w Bieszczady przyjeżdżały setki pociągów wypełnionych owcami, które - opuszczając wagony - wkraczały na bieszczadzkie połoniny. Z owcami przyjeżdżali bacowie, juhasi i najemnicy, wysiadając w Ustrzykach Dolnych i stamtąd wychodząc na redyk (wołoska nazwa wędrówki z owcami). W Bieszczadach funkcjonowało wtedy kilkadziesiąt bacówek, a pasterze przez ponad 20 lat dysponowali ogromnymi terenami na wypas. Także tutaj doszło jednak do konfliktu pomiędzy wołoską tradycją wypasu owiec a lokalną administracją. W Bieszczadach rządził wtedy płk Kazimierz Doskoczyński. Zasłynął z tego, że podczas próby zamachu na Bolesława Bieruta w 1952 r. został postrzelony przez zamachowca w płuco, w nagrodę za lojalność został szefem wojskowych ośrodków wypoczynkowych, m.in. w bieszczadzkim Arłamowie.

Trzech pasterzy przed wejściem do sałaszu. To właśnie Wołosi, przybysze z Bałkanów, zagospodarowali Karpaty
Narodowe Archiwum Cyfrowe Trzech pasterzy przed wejściem do sałaszu. To właśnie Wołosi, przybysze z Bałkanów, zagospodarowali Karpaty

Doskoczyński był zapalonym myśliwym, często organizował w bieszczadzkich lasach polowania dla członków obozu rządzącego, ale także dla obcokrajowców. Przez to często negatywnie wypowiadał się o pasterzach, którzy podczas wypasu zajmowali cenne dla pułkownika miejsce w Bieszczadach. W końcu jedną decyzją w 1975 r. Doskoczyński zlikwidował bacówki i zakazał wypasu owiec w Siankach, Beniowej, Sokolikach Górskich, Tarnawie, Dźwiniaczu Górnym oraz Wołosatem. W ten sposób pasterze, którzy przywykli do wołoskiego modelu wolnego wypasu, po raz kolejny zostali pozbawieni miejsca w górach. Do dzisiaj pasterstwo w Bieszczadach, mimo świetnych warunków do wypasu, jest zaledwie marginalną częścią tamtejszej gospodarki. Górale postanowili walczyć o możliwość wypasu owiec na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego. W 1981 r., na mocy porozumienia działaczy solidarnościowych z władzami, w Tatrach po raz pierwszy udało się wprowadzić tzw. kulturowy wypas owiec. Dzięki temu pięciu baców może prowadzić tam wypas owiec na łąkach o łącznej powierzchni 130 ha. To jeden z nielicznych sukcesów, które polscy pasterze osiągnęli w czasach PRL. Większość z nich straciła swoje owce na rzecz spółdzielni albo zaprzestała wypasu na halach. W latach 90. XX w. okazało się, że owiec w Polskich górach właściwie nie ma i dopiero na przełomie wieków pasterstwo transhumancyjne zaczęło się odradzać.

Powrót do wołoskiej tradycji

Pasterstwo w Karpatach zaczęło się odradzać w drugiej połowie lat 90. XX w. Choć ciągle w porównaniu z połową XIX w. owiec w polskich górach jest niewiele, pojawiają się nowe stada, oparte na tradycyjnym modelu wołoskim. W Trójwsi Beskidzkiej od końca lat 90. XX w. rozwijają się dwa stada - bacy Piotra Kohuta w Koniakowie i Henryka Kukuczki na Stecówce. Dzisiaj owiec jest tam już ponad tysiąc, co w porównaniu z kilkudziesięcioma tysiącami w połowie XIX w. ciągle stanowi tylko niewielki procent. Górale z Istebnej mocno nawiązują do tradycji wołoskiej, w maju organizując tzw. miyszani owiec, połączone z wyjściem owiec na hale - tzw. redykiem, a we wrześniu - „łosod”, czyli powrót pasterzy z owcami do wsi i liczenie zysków z wypasu. Podobne inicjatywy rozpoczęły się na całym polskim łuku Karpat. Bardzo mocno do swojego wołoskiego dziedzictwa nawiązuje m.in. wspomniana wieś Ochotnica Górna. To tam powstał też pomysł Szlaku Kultury Wołoskiej, dużego międzynarodowego projektu, który ma przypominać o niezwykłym pochodzeniu pasterzy i pokazywać wspólne dziedzictwo, które wykształciło się w górach dzięki kolonizacji wołoskiej. Jednym z najważniejszych projektów karpackich górali, który miał pomóc w pokazaniu tego niezwykłego dziedzictwa, był tzw. Redyk Karpacki, zorganizowany w 2012 r. przez bacę Piotra Kohuta z Koniakowa.

Kohut zrekonstruował wtedy symboliczną trasę, którą wieki temu wędrowali Wołosi, i przeszedł ze stadem 300 owiec spod miejscowości Braszów w Rumunii, w kierunku rumuńskiego Maramuresz, przez ukraińskie Zakarpacie, aż do polskich i słowackich Karpat. Trwającemu kilka miesięcy redykowi (wędrówce z owcami) towarzyszyły pokazy, konferencje i rekonstrukcje historyczne. Pasterze w ten sposób udowodnili, że mimo zaniku pasterstwa w XX w. pierwiastek wołoski w całych Karpatach ciągle tworzy spójną kulturę, do której coraz częściej górale, także dzięki zbliżonej do rekonstrukcji historycznych obrzędowości związanej z wypasem owiec, nawiązują. Podczas „bezkrwawej inwazji” Wołosi wprowadzili także w polskie góry swoje zwyczaje i strukturę społeczną, coraz częściej dzisiaj przypominaną.

Andrzej Drobik

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.