Chrystianizacja pogańskich sąsiadów Polski: Pomorzan, Prusów i Jaćwięgów

Czytaj dalej
Tomasz Borówka

Chrystianizacja pogańskich sąsiadów Polski: Pomorzan, Prusów i Jaćwięgów

Tomasz Borówka

Chrystianizacja Pomorzan, Prusów i Jaćwięgów była brutalnym podbojem ich ziem, w którym niejedną krwawą kartę zapisali także Polacy

Ochrzczona w drugiej połowie X w. Polska, której kształt etniczny i terytorialny z wolna dopiero wykuwali pierwsi piastowscy władcy, położona jest na kresach chrześcijańskiej Europy. Od północy i północnego wschodu sąsiaduje z krainami pogan - Wieletów, Pomorzan, Prusów i ich krewniaków Jaćwięgów. Dopiero na południe od tych ziem rozciąga się Ruś Kijowska, która zresztą zupełnie niedawno przyjęła chrzest, i to we wschodnim, bizantyjskim obrządku.

Książę Bolesław Chrobry pragnie się zaprezentować chrześcijańskiej Europie jako prawdziwie pobożny władca. Tego zaś zadaniem jest nie tylko bronić i umacniać prawdziwą wiarę we własnym państwie, ale też ją szerzyć. Chrystianizacyjne działania misjonarzy mogą również dać Polsce silną pozycję międzynarodową, podnieść prestiż jej władcy w oczach cesarza i papieża, dwóch najpotężniejszych ludzi Europy.

Bolesław wspiera więc misje wśród pogan. Pierwsza z nich, choć nieudana i zakończona tragedią, rozsławi imię człowieka, który ją podjął (a część tej sławy spłynie i na Bolesława). W roku 997 biskup Wojciech Sławnikowic wyrusza do kraju Prusów. I ginie tam z ręki pogan. Bolesław wykupuje jego szczątki od Prusów (domniemane, ale na cóż komu kwestionować ich autentyczność), zaczynają się zabiegi o kanonizację misjonarza. Atmosfera temu sprzyja, Wojciech był przyjacielem nie tylko Bolesława, ale też samego cesarza Ottona III, ten zaś w dobrej komitywie żyje z papieżem Sylwestrem II. Bolesław dyskontuje śmierć Wojciecha i w roku 1000 zyskuje metropolię kościelną w Gnieźnie, ośrodku rodzącego się kultu biskupa męczennika. Z jego nieudanej przecież misji do Prus zręczny Piast wyciska więcej niż sto procent korzyści, między innymi założenie biskupstwa na Pomorzu, w Kołobrzegu. Sama jednak chrystianizacja Prus chwilowo schodzi na plan dalszy.

Jej idea odżywa wraz z przybyciem do Polski Brunona z Kwerfurtu, skądinąd przyjaciela św. Wojciecha, podobnie jak on pełnego misjonarskiego zapału. Bruno pragnie szerzyć wiarę wśród Wieletów, ale nie ma po temu korzystnej atmosfery. Zaodrzańscy Wieleci to sprzymierzeńcy nowego cesarza Henryka II, skonfliktowanego z Bolesławem Chrobrym. A nuż wspierana przez tego ostatniego misja u pogańskich przyjaciół Henryka powiodłaby się, co gorsza, ku chwale jej protektora? Tedy Bruno wyrusza w 1009 r. do Prus, ściślej zaś biorąc - do plemienia Jaćwięgów. Na swoje nieszczęście. Jak podaje kronikarz Thietmar z Merseburga, „schwytali go i za to, że tak kochał Chrystusa, który jest głową Kościoła, odcięli głowy zarówno jemu, jako jagnię łagodnemu, jak jego osiemnastu towarzyszom”.

Misja Brunona z Kwerfurtu ulega zapomnieniu, i to na wiele wieków. Jaćwięgowie zaś długo jeszcze będą się opierać próbom chrystianizacji.

Pomorze i prawa wojny

Podobnie Pomorzanie. Ich nadbałtycka kraina jeszcze za Mieszka I staje się celem piastowskiej ekspansji. Jednak polskie sukcesy w chrystanizacji Pomorza i w ogóle w polityce pomorskiej okazują się efemeryczne. Nie ostaje się długo założone w Kołobrzegu biskupstwo. Wnuk Chrobrego Kazimierz Odnowiciel musi toczyć z Pomorzanami zaciekłe walki. „Pogromiwszy fałszywe chrześcijany, już bez trwogi uderzcie na pogany” - zagrzewa do boju swych rycerzy, jak podaje kronikarz Gall Anonim.

„Sukcesy Mieszka I, Bolesława Chrobrego czy Kazimierza Odnowiciela nie miały charakteru trwałego i nie prowadziły do integracji Pomorza z Polską” - podsumowuje historyk średniowiecza Krzysztof Benyskiewicz.

Dlatego więc za panowania Władysława Hermana wyrusza na Pomorze (prawdopodobnie tylko Wschodnie) nowa polska ekspedycja zbrojna. Wojowie Hermana opanowują pomorskie warownie, w części z nich stają załogą, pozostałe palą i burzą doszczętnie. Przypomina to starą politykę Piastów stosowaną u zarania ich dziejów w Wielkopolsce, gdzie archeologowie odnaleźli całe mnóstwo śladów spalonych w X w. grodów, których zniszczenie koreluje w czasie z ekspansją plemienia Polan. Jeżeli jednak faktycznie wykorzystano ten historyczny wzorzec podboju, to tym razem pomysł okazuje się niefortunny. W rezultacie wybucha bowiem rebelia niby to już ujarzmionych Pomorzan, która obala polskie władanie nad Bałtykiem.

Na ścieżki ekspansji wobec Pomorzan powraca syn Hermana Bolesław Krzywousty. Jego politykę można zdefiniować prosto: bezwzględny podbój, bez pardonu dla wszystkich, którzy ośmielą się stawić opór. „Wkroczył więc pospiesznie z zamiarem oblężenia pewnego, wcale znamienitego i warownego grodu, który jednak nie oparł się jego pierwszemu szturmowi” - opiewa jedno ze zwycięstw Bolesława jego nie znany nam z imienia panegirysta, zwany Gallem Anonimem, który swego chlebodawcę starał się kreować na uosobienie rycerskich cnót. „Uprowadził też stamtąd mnogie łupy i jeńców, a z wojownikami postąpił wedle prawa wojennego”. To ostatnie sformułowanie Galla oznacza egzekucję wziętych do niewoli, którzy zapewne odrzucili początkowe wezwanie do kapitulacji. Nieszczęśnicy mieli mimo wszystko szczęście, jeżeli Bolesław po prostu nakazał ściąć ich mieczem, zamiast zadać im śmierć w męczarniach. A nie jest to niemożliwe, zaważywszy, iż nawet własnym poddanym groził za nieposłuszeństwo szubienicą, a wrogów oślepiał. Opisany przez Galla dramat obrońców nie był przypadkiem odosobnionym. Także wojewoda Bolesława Skarbimir Awdaniec „zdobył pewien gród, skąd wywiódł nielicznych jeńców i zagarnął łupy, a gród cały spalił do szczętu”. Pomiędzy wierszami nietrudno wyczytać, dlaczego jeńcy Skarbimira byli nieliczni.

Podobnej tragedii unika Czarnków. Bolesław „atakował miasto, aż je zmusił do poddania się i włączył do swego państwa. Ponadto wielu skłonił do porzucenia pogaństwa i przyjęcia wiary [chrześcijańskiej], a samego władcę grodu podniósł ze zdroju chrztu św.”.

Z kolei jednak obrońców Wielunia nad Notecią „Polacy, pomni na tyle trudów, tyle śmierci, tyle srogich zim, tyle zdrad i zasadzek, wszystkich pozabijali, nikogo nie szczędząc ani nie słuchając nawet samego Bolesława, który tego zakazywał” - pisze Gall jakby z lekko już wyczuwalną nutą zażenowania. Zaraz jednak dodaje twardo: „Tak to powoli wytępił Bolesław opornych i krnąbrnych Pomorzan, jak [zresztą] powinni być tępieni przeniewiercy”.

Okrucieństwo wojen z Pomorzanami nie odbiega od standardów epoki. Przed popełnianiem czynów, które dziś słusznie uznano by za wstrząsające zbrodnie wojenne, nie wahają się najwybitniejsi wodzowie średniowiecza. Podczas trzeciej krucjaty przesławny król Anglii Ryszard Lwie Serce nakazuje masakrę schwytanych w Akce muzułmańskich jeńców w liczbie około 2600. Parę lat wcześniej jego przeciwnik, rycerski sułtan Saladyn, wycina w pień 100-200 templariuszy i szpitalników wziętych do niewoli w bitwie pod Hattin. Po zdobyciu Jerozolimy przez krzyżowców w 1099 r. pod miecz idą tysiące mieszkańców, niezależnie od wyznania. Jeszcze w XV w. angielski król Henryk V wymorduje francuskich jeńców pod Azincourt. Przyszły król Polski Kazimierz Wielki, zdobywszy Kościan, wybija jego pokonany garnizon, a na rozkaz Władysława Łokietka polscy rycerze wyrzynają jeńców krzyżackich pod Płowcami. Średniowieczni Polacy nie byli więc tu ani gorsi, ani też lepsi od współczesnych im kolegów po fachu...

Święci wspierają świętą wojnę

Wojna z poganami miła jest Bogu - to przekonanie dość powszechne w średniowiecznej Europie doby wypraw krzyżowych. Także w Polsce. Wyciągający miecz przeciwko czcicielom fałszywych bogów liczyć mogą na bożą łaskę i odpuszczenie grzechów. W samej walce zaś na przychylność świętych Pańskich i bezcenną pomoc z ich strony. Wedle Galla Anonima po stronie Polaków interweniował sam św. Wojciech: „Ukazał się bowiem Pomorzanom jakiś mąż zbrojny na białym koniu, który straszył ich dobytym mieczem i pędził ich na złamanie karku ze schodów i przez podwórze grodu. Tak to grodzianie, przebudzeni krzykami pogan i hałasem, bez wątpienia za przyczyną chwalebnego męczennika Wojciecha ocaleni zostali od grożącego im niebezpieczeństwa śmierci”. Za innym razem do zwycięstwa nad Pomorzanami przyczynia się św. Wawrzyniec, co tak opisuje inny kronikarz, Mistrz Wincenty Kadłubek: „Jest bowiem w Kruszwicy kościół Błogosławionego Wita, na którego szczycie rzadkiej urody i postaci młodzieńca widziano, którego niewypowiedziany blask, jak mówią, nie tylko miasto, lecz i przedmieścia oświecał. Ten zeskakując ze złotą włócznią zdala przed szeregami szedł, którento widoczny cud Boski niejeden spostrzegł i tajemnicę tak wielkiego zjawiska z uwielbieniem podziwiał, aż pod miastem Nakło, jak gdyby włócznią wstrząsając, znikł”. Decydujące o zdobyciu Nakła zwycięstwo nad idącymi z odsieczą wojskami Pomorzan zostaje odniesione właśnie w dniu św. Wawrzyńca. „Dziś za łaską bożą a wstawieniem się św. Wawrzyńca miecz wasz zetrze bałwochwalstwo Pomorzan i ich rycerską dumę!” - tak według Galla woła Bolesław, zagrzewając swe hufce do walki. Przy takich auxiliach poganie są bez szans. „Padło tam nieco dzielnych rycerzy spośród chrześcijan, lecz z trzydziestu tysięcy pogan uszło zaledwie dziesięć tysięcy. Świadczę się Bogiem, za którego sprawą, i św. Wawrzyńcem, na którego prośby dokonano tego pogromu”! - relacjonuje z entuzjazmem kronikarz.

Św. Wojciech przybywa do Prus, z prawej pruscy wojownicy. To fragment Drzwi Gnieźnieńskich z XII w., gdy Prusy wciąż opierały się podbojowi

Lata 1119-1121 przynoszą finał podboju Pomorza przez Krzywoustego. Do pełnej chrystianizacji jeszcze długa droga, przełom przyniosą dopiero misje Ottona z Bambergu (późniejszego świętego słusznie przezwanego Apostołem Pomorza) w latach 1124-1125 i 1128. Mimo wszystkich zwycięstw Bolesława Pomorze Zachodnie unika aneksji. Nie przyzwoli na nią cesarz Lotar III, któremu Bolesław, rad nierad, złożyć musi hołd z zachodniopomorskich nabytków. Nadbałtycka kraina zachowuje swą odrębność i rodzimą dynastię. Pomorzanie mają szczęście, sąsiednie Prusy czeka zgoła odmienny los.

Saraceni, czyli Połowcy?

Biada jednak tym, którzy zdradzą prawdziwą wiarę, sprzymierzając się z bałwochwalcami. Biada więc księciu Zbigniewowi, który - broniąc swych praw do tronu - korzysta ze zbrojnej pomocy Pomorzan. Biada i księciu Władysławowi, następcy Krzywoustego, gdy - występując przeciwko zbuntowanym braciom - sprowadza do Polski „Sarracenos et Rhutenos” - jak to ujmuje kronikarz Wincenty z Pragi („barbarorum” - określa ich Kadłubek). Czy aby nie za konszachty z innowiercami i poganami rychło spotyka Władysława sprawiedliwa kara? Wpierw spada nań klątwa arcybiskupa gnieźnieńskiego Jakuba, później zaś straszliwa klęska, po której uchodzić musi z kraju? Nic dziwnego, że niejeden dopatruje się w tym skutków boskiego gniewu.

Owi Rhutenos Władysława to oczywiście Rusini, nie pierwszy już raz z nim sprzymierzeni i - rzecz jasna - niemili Bogu schizmatycy. Jednakże kim mogą być owi Sarracenos, bo przecież nie wyznawcami islamu? Historycy dopatrują się w nich pogańskich Prusów, jednak ci „Saraceni” równie dobrze mogli należeć do koczowniczych ludów sąsiadujących z Rusią Kijowską, raz to ją najeżdżając, raz to występując w roli sojuszników tamtejszych książąt. Chociażby Połowcami. Dowodów na to, że średniowieczna Polska miała kontakty z tymi koczownikami, i to nie przyjacielskie, dostarcza nam chociażby toponomastyka. Wieś Płowce, rozsławiona pamiętną bitwą Władysława Łokietka z Krzyżakami, prawdopodobnie zawdzięcza swą nazwę osadzonym tam przymusem połowieckim jeńcom. Kolejne Płowce znajdziemy pod Sanokiem, jeszcze jedne to obecne Pławce koło Środy Wielkopolskiej, a na Podlasiu zaś, tuż przy granicy z Białorusią, istnieje wieś Połowce. Zwróćmy też uwagę na bieszczadzką Komańczę oraz to, że Połowcy znani byli również pod mianem Kumanów.

Nie powinniśmy się dziwić aż tylu toponomastycznym śladom. Historia odnotowała wiele rajdów Połowców na nasze ziemie. Gall Anonim pisze o piorunującym zwycięstwie, jakie odnosi nad połowieckimi najeźdźcami Bolesław Krzywousty w roku 1100 lub 1101. Z jego słów jasno też wynika, że Połowcy nie byli rzadkimi u nas gośćmi („niezliczone rzesze Płowców zebrały się w zamiarze czynienia jak zwykle zagonów po Polsce” - pisze). W roku 1120 poduszczeni przez ruskiego księcia Andrzeja Dobrego Połowcy biorą udział w kolejnym łupieżczym najeździe na Polskę. Docierają aż nad Wisłę, gdzie ponownie gromią ich rycerze Bolesława Krzywoustego. Mimo to Połowcy z Rusinami pospołu nadal zbrojnie nawiedzają jego państwo. W roku 1135 ich zagon zapuszcza się daleko w głąb Małopolski i pali Wiślicę. Całkiem więc możliwe, że i w owych Saracenach pod Poznaniem w 1146 r. upatrywać należy właśnie Połowców.

Pruska krwawa łaźnia

Nie upływa wiele czasu od obalenia Władysława (Wygnańcem odtąd zwanego), jak jego następca Bolesław Kędzierzawy idzie na Prusów z wyprawą wojenną w roku 1147, roku drugiej wyprawy krzyżowej. Polska ekspedycja w praktyce równa jest rangą krucjacie. Papież Eugeniusz III udziela jej uczestnikom odpustu grzechów, część z nich rusza do Prus, by to tam, a nie w Ziemi Świętej, wypełnić krucjatowe śluby. Po pierwszej wyprawie pruskiej wyruszają kolejne. Bolesław stosuje wobec Prusów taktykę kija i marchewki, oferując w pakiecie przyjęcie chrześcijaństwa i zachowanie dobytku albo też odmowę chrztu i śmierć. I narzuca im wprawdzie jakiś trybut, skłania ich do wystawienia wojsk posiłkowych podczas swej wojny z Cesarstwem, ale nakłonienie Prusów, by porzucili bałwochwalstwo, okazuje się już znacznie trudniejsze. Część zastraszonych pogan przyjmuje wprawdzie chrzest, lecz i te nawrócenia okazują się pozorne. Prusowie po odejściu najeźdźców spokojnie powracają do dawnej wiary. Apostazja w średniowieczu jest zbrodnią, którą należy jak najsurowiej ukarać. Kędzierzawy ma do uregulowania także prywatne, piastowskie porachunki z Prusami.

Wkroczył tedy do Prus, kraju nader dzikiego, skąd, szukając, a nie znajdując, sposobności do walki, powrócił z obfitym łupem, wznieciwszy pożary i wziąwszy jeńców - Gall Anonim o najeździe Bolesława Krzywoustego na Prusy

Ci bowiem nie tak dawno temu, jakoś w latach 1151-1158, wtargnęli zbrojnie na Mazowsze i zdobyli Płock, nie tylko rabując tam groby Władysława Hermana i Bolesława Krzywoustego, ale też poniewierając przy tej okazji ich doczesne szczątki. Niesłychana to, wołająca o zemstę zniewaga rodu! Przeto w 1166 r. wyrusza w pruskie ostępy nowa polska wyprawa wojenna. O dziwo, Prusowie sprawiają jej krwawą łaźnię. „Niemal cały kwiat rycerstwa polskiego padł tam pod wściekłym atakiem wrogów, chorągwie polskie zagarnęli nieprzyjaciele. Trupa księcia sandomierskiego Henryka, odartego w haniebny, godny litości sposób z jego [książęcych oznak], zmieszanego w stosie trupów pochłonęło bagno, jeśli można nazwać pochłonięciem i śmiercią [śmierć], którą poniósł z miłości ojczyzny i dla zapewnienia zwycięstwa narodowi” - takimi słowy niesłychaną polską klęskę opisze po kilku wiekach historyk Jan Długosz.

W kniejach i jamach się pokryli

W 1193 r. Kazimierz Sprawiedliwy, brat i następca Kędzierzawego, wyprawia się na Jaćwięgów, bitne plemię zamieszkujące część Prus zwaną Sudowią i w związku z tym do Sudowów zaliczane. Jaćwięgowie nie stają do otwartej walki z zastępami Kazimierza. „Albowiem nieprzyjaciele nie tak dla tchórzostwa, jak raczej dla chytrej zasadzki w kniejach i jamach się pokryli” - pisze Kadłubek. „Są oni bowiem w fortelach nader biegli, w równem zaś polu do boju niezdatni, więcej mogą podstępem niż siłą, więcej płochą odwagą niż męstwem. Aby się nie zdawało, że Lechitowie nie znalazłszy ich są bezczynni, z większem natężeniem wzięli się do pustoszenia świątyń, zamków, brogów, wysokich gmachów, niszcząc ogniem stodoły zbożem napełnione”. Władca Jaćwięgów korzy się przed Kazimierzem, ale tylko po to, by wywieść go w pole tak jak przed laty inni Prusowie jego brata. Kazimierz Sprawiedliwy triumfalnie powraca do Krakowa, jednak hucznie świętowane zwycięstwo nad Jaćwięgami okazuje się czysto iluzoryczne.

Także z utworzenia w XIII w. nowej diecezji pruskiej i działalności jej biskupa Chrystiana niewiele początkowo wynika. Podobnie jak z pruskich planów syna Sprawiedliwego, księcia Leszka Białego. Książę składa śluby krucjatowe, później zaś wytargowuje u papieża Honoriusza III, by wypełnić je nie w odległej Ziemi Świętej, lecz w pobliskich Prusach. Proponuje przy tym strategię dość oryginalną: „(…) będąc sąsiadem Prusów łatwo może ten kraj najechać z licznym rycerstwem, nie tylko bronić świeżo nawróconych, lecz również by za łaską Bożą nawracać innych pogan swym trudem i gorliwością. W tym celu - jak donoszą - zamierza w środku ich ziemi założyć nowe miasto i w nim urządzić targ soli i żelaza, których brak cierpią poganie, ażeby przybywając tamże dla zaspokojenia tej potrzeby, łatwiej z ust kaznodziejów słuchali i skuteczniej wysłuchiwali słów życia wiecznego”.

Św. Wojciech przybywa do Prus, z prawej pruscy wojownicy. To fragment Drzwi Gnieźnieńskich z XII w., gdy Prusy wciąż opierały się podbojowi
Św. Wojciech przybywa do Prus, z prawej pruscy wojownicy. To fragment Drzwi Gnieźnieńskich z XII w., gdy Prusy wciąż opierały się podbojowi

I rzeczywiście, po długich ociąganiach, choć bez większego entuzjazmu, wyprawa wojenna Leszka wyrusza w końcu do Prus. Ale grzęźnie jeszcze w ziemi chełmińskiej. Tyle z niej pożytku, że uczestniczący w niej książęta piastowscy i pomorscy postanawiają utworzyć stróżę pruską, coś na kształt wojsk ochrony pogranicza, rekrutowanych z rycerstwa księstw przystępujących do tego przedsięwzięcia (i mających je współfinansować, co nie każdemu z Piastów w smak). Ale i ten pomysł okazuje się chybiony, już wkrótce strzegący granicy rycerze zostają zdziesiątkowani zaskakującym pruskim atakiem, w atmosferze szukania winnych cały system stróży pruskiej rozłazi się, zarówno w sensie dosłownym, jak i metaforycznym.

Rycerze w białych płaszczach

Nieudana wyprawa wydaje jednak niespodziewany, a dla Prusów złowieszczy plon. Spotykają się na niej dwaj polscy książęta, brat Leszka Białego Konrad Mazowiecki i jego kuzyn Henryk Brodaty. Pierwszy żywotnie zainteresowany jest położeniem kresu zagrożeniu jego Mazowsza przez pruskie rajdy. Drugi dopiero co poczynił w swej śląskiej dzielnicy pierwsze nadania na rzecz Zakonu Szpitala Najświętszej Maryi Panny w Jerozolimie, czyli Krzyżaków. Prawdopodobnie kilku z nich uczestniczy zresztą w niefortunnej krucjacie Leszka Białego. Wiele wskazuje na to, że właśnie Henryk, utrzymujący doskonałe stosunki z Krzyżakami, a nawet powiązany arystokratycznymi koligacjami z najwyższymi władzami zakonu, podpowiada Konradowi rozwiązanie problemu pruskiego. Niechże to Krzyżacy się nim zajmą, niechaj to oni bronią płonącego pogranicza, niech krzewią w Prusach chrześcijańską wiarę! Konrad podchwytuje tę ideę i w 1226 r. osadza Krzyżaków w ziemi chełmińskiej. A raczej wystawia dopiero stosowny dokument, bo pierwsi zbrojni zakonnicy ściągają w roku 1228, kiedy to w otrzymanym od Konrada Mazowieckiego zamku ochrzczonym mianem Vogelsang, Ptasi Śpiew, osiada początkowo ledwo dwóch mnichów rycerzy, panowie Filip von Halle i Konrad von Landsberg, oraz ich nieliczna czeladź i służba.

Lecz w latach 30. XIII w. rycerze mnisi w białych płaszczach z czarnym krzyżem dysponują już wystarczającą siłą, by przystąpić do systematycznego podboju Prus. Po kilkudziesięciu latach doprowadzi on do przekształcenia tej krainy w jądro ich zakonnego państwa. Krzyżacy korzystają z metod wypracowanych już i sprawdzonych. Najeżdżają Prusów jak ongiś Krzywousty Pomorzan. Z tym że czynią to systematycznie, rok po roku, coraz dalej przesuwając granice swego pruskiego władztwa. „Wymordowali tak wielu nieochrzczonych, że wielu z nich utonęło we własnej krwi. Pojmali mężczyzn i kobiety w ich kryjówkach i wyciągnęli ich z powrotem” - pisze jeden z kronikarzy o losie pruskiego plemienia Skalowów. Na zdobytych terytoriach Krzyżacy budują fortece (coraz to potężniejsze - od początkowych drewnianych warowni po murowane kasztele), które w odróżnieniu od koncepcji Leszka Białego nie mają jednak służyć wymianie handlowej, lecz zarządzaniu nowymi nabytkami zakonu oraz ich obronie. Wokół nich rozwijają się nowe miasta i rosną latyfundia.

W pacyfikacji Prus pomagają Krzyżakom sami Prusowie, szczególnie witingowie, społeczna warstwa wojowników. Skądinąd to ci, którzy przed podbojem trudnili się łupieskimi najazdami na sąsiadów, czerpiąc z nich lwią część korzyści. Obecnie stopniowo przechodzą na pozycje kolaboracji z najeźdźcą.

Ich siedziby porośnie puszcza

Mimo wszystko podbój nie idzie jak z płatka. Podbici Prusowie wzniecają w XIII w. aż trzy powstania. Dalekie zagony Jaćwięgów, dawniejszych nieujarzmionych przeciwników Kazimierza Sprawiedliwego, osiągają nawet ziemię chełmińską. Nadrowowie i Skalowowie najeżdżają Półwysep Sambijski. Walcząc z Sudowami, Krzyżacy napotkają te same trudności co wcześniej Polacy. „Sudowowie nie byli dla krzyżowców łatwym przeciwnikiem” - pisze historyk William Urban. „Przede wszystkim byli oni dobrymi wojownikami i byli ludem dość licznym; ponadto - ich ziemie leżały daleko na wschodzie, wśród zdawałoby się nieprzebytych bagien i lasów. (...) Trudno było też w porę wykryć ich oddziały, zanim nie napadły z zaskoczenia na osamotnione osiedla i obozowiska”. O potencjale Sudowów nieźle świadczy i to, że w swoim czasie, najechawszy sąsiednią Galindię, zdołali uprowadzić i przesiedlić jej ludność.

Tym jednak razem to zakon stosuje ten radykalny środek. Większość z tych Jaćwięgów, którzy uchodzą z życiem z piekła wojny, Krzyżacy przenoszą przede wszystkim na Półwysep Sambijski. Zamieszka ich tam tylu, że ich potomkowie zachowają swą mowę i pamięć o pochodzeniu jeszcze w XVI w.

Dawne, opustoszałe teraz siedziby Sudowów i Galindów porośnie pograniczna puszcza, w którą Krzyżacy wejdą, by podbić Żmudź, a potem Litwę. W dłuższej perspektywie krok ten okaże się dla zakonu fatalny.

Tomasz Borówka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.