[GRZEGORZ KORCZYŃSKI] Krwawy „Hiszpan”. Wszystkie zbrodnie gen. Grzegorza Korczyńskiego

Czytaj dalej
Fot. archiwum
Wojciech Rodak

[GRZEGORZ KORCZYŃSKI] Krwawy „Hiszpan”. Wszystkie zbrodnie gen. Grzegorza Korczyńskiego

Wojciech Rodak

Egzekucje „zdrajców” Republiki, pogrom Żydów, masakra na Wybrzeżu w 1970 r. To tylko niektóre dokonania „Grzegorza” Korczyńskiego.

Było późne popołudnie 21 października 1937 r. Nad frontem aragońskim, we wzgórzystych okolicach Fuentes de Ebro, stopniowo cichła niezbyt gęsta karabinowa palba. Wyczerpani całodziennymi zmaganiami żołnierze republikańscy i frankistowscy powoli udawali się na wieczorny posiłek. Nie wszyscy jednak myśleli już tylko o kolacji zakrapianej winem, chwili snu lub oczach Marii czy innej powabnej Dolores. Na pewno daleki od tego był 22-letni Stefan Kilanowicz - szeregowy z XIII Brygady Międzynarodowej im. Jarosława Dąbrowskiego.

Właśnie tego wieczoru ten niski i chudy kawalerzysta postanowił wprowadzić w życie przygotowywany od dwóch dni plan zdobycia jednego z frankistowskich bunkrów. Zabrał ze sobą nagan, nóż, latarkę, pięć granatów i, nie informując o niczym przełożonych, wyruszył w stronę linii nacjonalistów. W ciemnościach poruszał się bezszelestnie. Nie zauważyły go ani czujki republikańskie, ani frankistowskie.

„Trafiłem na udeptaną ścieżkę i poczułem drut telefoniczny prowadzący do bunkra. Stał się on moim przewodnikiem” - relacjonował potem Janowi Rutkowskiemu ps. Szymon, szefowi kontrwywiadu w XIII Brygadzie. - „Z odległości 30 metrów wyraźnie widziałem zarysowujący się bunkier, z którego przez zasłaniający wejście koc sączyło się światło. Po obu stronach wejścia leżał stos skrzynek po nabojach. Zatrzymałem się pod krzakiem, sprawdziłem raz jeszcze nagan, wyjąłem nóż z pochwy i wsunąłem dwa granaty za pas. Podszedłem bliżej. Wówczas usłyszałem w bunkrze śmiechy. Czekałem. Po chwili jeden z żołnierzy uchylił koc i załatwił się przy skrzyniach”.

Wtedy Kilanowicz postanowił zaatakować. Wyłonił się z ukrycia i pewnym siebie krokiem podszedł do zapinającego spodnie frankisty. Ten - myśląc, że ma do czynienia ze swoim - zapytał go, czy ma może papierosa. „Tak” - odpowiedział Polak. Zbliżył się do przeciwnika i z całej siły uderzył go naganem w zęby. Potem migiem zerwał koc zasłaniający wejście i wrzucił do bunkra granat. Po pierwszej eksplozji wrzucił następny, jednocześnie dobijając znokautowanego żołnierza z pistoletu.

„Usłyszałem huk wybuchu i jęki rannych. Wtedy wrzuciłem trzeci granat. Z bunkra wydobył się śmierdzący prochem dym” - opowiadał potem Kilanowicz. - „Zbliżyłem się do wejścia i oświetliłem wnętrze bateryjką. Na ziemi leżało kilku zabitych żołnierzy. Obok stały dwa ckm-y. Wyjąłem z jednego zamek [żeby pokazać dowód swojego wyczynu dowódcy - red.], spojrzałem na trupy i ogarnął mnie strach. Wyskoczyłem z bunkra. Nawet cisza mnie przerażała. Popatrzyłem na wzgórza, za którymi stał nasz szwadron, i pobiegłem na przełaj”.

Kilanowicz wrócił do obozu i zdał relację swoim przełożonym. Ci, zobaczywszy ów zamek wyrwany z włoskiego ckm-u, postanowili iść za ciosem. Józef Strzelczyk ps. Jan Barwiński, ówczesny dowódca dąbrowszczaków, natychmiast nakazał atak na osłabiony odcinek. Tej samej nocy Polacy zdobyli kolejny bunkier oraz wzięli do niewoli 19 nacjonalistycznych żołnierzy.

Dzięki swemu zuchwałemu wyczynowi nieduży szeregowiec zdobył sławę wśród interbrygadzistów. Awansowano go na kaprala i w nagrodę wysłano na przeszło dwutygodniowy urlop do Barcelony. Tak rozpoczęła się wielka kariera Stefana Kilanowicza vel Grzegorza Korczyńskiego - późniejszego dowódcy Armii Ludowej, dygnitarza UB i szefa wywiadu wojskowego PRL. Szedł do tych zaszczytów drogą usłaną trupami ofiar partyjnych czystek, intryg i zwykłych rabunków. Ostatecznie jedna ze zbrodni przyczyniła się do jego upadku. Ale wszystko po kolei.

U „Rzeźnika z Albacete”

Generał Grzegorz Korczyński (1963 r.)
archiwum Generał Grzegorz Korczyński (1963 r.)

Stefan Kilanowicz urodził się 17 czerwca 1915 r. w Warszawie w ubogiej robotniczej rodzinie. Miał pęd do nauki. Po szkole powszechnej poszedł do gimnazjum Edwarda Rontalera (jego budynek stoi do dziś przy ulicy Polnej 46A). Niestety w 1932 r. zmarł jego ojciec. Z braku środków młody Stefan musiał porzucić szkolną ławę i podjąć pracę. Zarabiał jako goniec, a potem pracownik administracji w szpitalu miejskim przy ulicy Karowej. Jednak po jakimś czasie popadł w konflikt z przełożonymi i go zwolniono. Utrzymywał się z udzielania korepetycji, czasem dorabiał jako pracownik fizyczny. W międzyczasie zaczął aktywnie interesować się polityką. Około 1934 r. wstąpił do Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej. Potem zradykalizował się i nawiązał kontakt z działającą w podziemiu Komunistyczną Partią Polski. Idee głoszone przez Moskwę uwiodły go na tyle, że postanowił, z setkami innych polskich rewolucjonistów, przedrzeć się do Hiszpanii, by pomóc republikańskiemu rządowi w walce z nacjonalistami Franco.

W styczniu 1937 r. Kilanowicz był już za Pirenejami. Walczył w szeregach słynnej XIII Brygady Międzynarodowej im. Jarosława Dąbrowskiego, jak wielu przyszłych peerelowskich dygnitarzy. Najpierw dowodził plutonem ckm, a potem służył w szwadronie kawalerii. Według towarzyszy broni - jak podaje biogram ze „Słownika Działaczy Polskiego Ruchu Robotniczego” - odznaczał się „niezwykłą odwagą”, co poświadcza anegdota ze wstępu, i „skłonnością do awanturnictwa”. Wieść o jego frontowych wyczynach dotarła do złowrogiego komisarza Brygad Międzynarodowych André Marty’ego. Musiały zrobić na Francuzie duże wrażenie, skoro jesienią 1938 r. postanowił przenieść Kilanowicza do swojego przybocznego komanda. Zadaniem tego specjalnego oddziału było utrzymanie „ideologicznej czystości” kadr armii republikańskiej, czyli wykonywanie potajemnych (żeby nie obniżać morale krwawymi spektaklami) egzekucji na żołnierzach podejrzanych o trockizm czy przynależność do wyimaginowanej „piątej kolumny”. Ponieważ Marty, zwany także „Rzeźnikiem z Albacete” (miasto, w którym rezydował), dorównywał obsesyjną podejrzliwością Stalinowi, młody interbrygadzista musiał mieć dużo „mokrej roboty”. Według raportów przesyłanych do Moskwy z rozkazu szefa Brygad zamordowano co najmniej 500 „niepewnych” komunistycznych ochotników. Ilu ich było naprawdę, nie sposób dziś ustalić.

Hiszpańska przygoda Kilanowicza zakończyła się w lutym 1939 r. Wraz z ostatnim pozostałym na placu boju oddziałem polskich interbrygadzistów przekroczył granicę francuską na wysokości Katalonii. Nie powitano go bynajmniej chlebem i solą.

Za drutami i w Resistance

Po drugiej stronie Pirenejów Kilanowicz od razu został zatrzymany przez francuską żandarmerię. Z jakichś powodów musiano uznać go za szczególnie niebezpiecznego, skoro zamknięto go na pięć miesięcy nie w którymś z obozów internowania, jak większość żołnierzy Brygad, ale w twierdzy pod Tulonem. Tam mocno podupadł na zdrowiu - nabawił się gruźlicy. Wycieńczonego postępującą chorobą przeniesiono go do obozu w Gurs. Stamtąd wydostał się w 1940 lub 1941 r., nie jest jasne, w jaki sposób, i trafił do Paryża. Tu od razu włączył się, razem ze swoimi towarzyszami broni z Hiszpanii, w miejscową konspirację komunistyczną. Jednak latem 1942 r. musiał przerwać te działania.

Nad Wisłą od stycznia 1942 r. działała kierowana z Moskwy Polska Partia Robotnicza. Jednym z jej współzałożycieli był „Hiszpan” - Bolesław Mołojec ps. Edward. Do budowy czerwonej partyzantki potrzebował pewnych ideologicznie i doświadczonych wojskowo ludzi. Dlatego też w sierpniu 1942 r. zorganizował przerzut swoich dawnych towarzyszy broni z Francji do Polski. Na fałszywych papierach, w małych grupach, przejechała pociągami przez Rzeszę do ojczyzny, pod nosem gestapo, grubo ponad setka fanatycznych komunistów. Wśród nich znajdował się Stefan Kilanowicz.

Morderca z Ludmiłówki

W sierpnia 1942 r. Grzegorz Korczyński, bo takie imię przyjął w krajowej konspiracji nasz bohater, przybył na Lubelszczyznę. PPR wyznaczyła mu zadanie skonsolidowania i ożywienia działalności Gwardii Ludowej, komunistycznej partyzantki, która od kilku miesięcy działała w rejonie Kraśnika. Składało się nią kilka niewielkich band, które bały się atakować Niemców, za to chętnie grabiły okoliczne chłopstwo. Ich szefowie byli często przedwojennymi wiejskimi rzezimieszkami. Otrzymana od komunistów broń i wojenne bezprawie tylko ich rozzuchwaliły. Oto powojenna relacja partyzanta GL o wyczynach jednego z nich, Wacława Marszałka ps. Myśliwy:

„Na wiosce Owczarnia pow. Puławy do gospodarza po pijanemu wnosili nieuzasadnione pretensje, którego w tym czasie zastrzelili. Rodzina tegoż gospodarza zorganizowała mu pogrzeb. Marszałek wraz ze swymi ludźmi spotkał kondukt pogrzebowy na drodze, który rozpędzili, trumnę ze zwłokami rozbili i tak pozostawili. We wsi Grabówka pow. Kraśnik zgwałcili 3 kobiety: nauczycielkę O., żonę robotnika z majątku i kuzynkę Łukasiewicza”.

Nie mniej zwyrodniali byli pozostali watażkowie GL w regionie, jak Antoni Paleń ps. Jastrząb, Józef Lisek ps. Lisek czy Edward Gronczewski ps. Przepiórka. Tylko nie lada twardziel mógł sobie podporządkować taki element. Początkowo Korczyńskiemu się to udało. Przyszło mu to zapewne tym łatwiej, że sam miał podobne do nich wyobrażenie o prowadzeniu wojny partyzanckiej. Już w kilka dni po przybyciu na Lubelszczyznę, razem z kilkoma towarzyszami, napadł na dwór pod Gościeradowem. Splądrowali dom, a właścicielkę zbiorowo zgwałcili.

Pomimo że już we wrześniu 1942 r. oddział Korczyńskiego liczył około stu partyzantów, nadal nie podejmowano większych działań przeciw Niemcom. Jego walka z okupantem ograniczała się do tak „spektakularnych” akcji jak palenie kontyngentowego zboża, niszczenie stacji kolejowych, czy „bohaterskiego” wymordowania niemieckiej rodziny Ebertów mieszkającej w Księżomierzy. Na wszystkie akcje komunistycznych partyzantów Niemcy odpowiadali krwawymi represjami wobec ludności cywilnej. Jak donosił kontrwywiad AK, wieś Pikulin pod Janowem Lubelskim została całkowicie spalona, a przeszło 130 jej mieszkańców zamordowanych - w Goliszowcu spalono wszystkie zabudowania, zabijając 34 osoby.

Nieodpowiedzialne poczynania bandy Korczyńskiego budziły sprzeciw miejscowych działaczy PPR i części watażków GL. Na czele koalicji przeciwników „Hiszpana” stanął powiatowy sekretarz partii Jan Gruchalski ps. Sokół. Tlący się konflikt wybuchł z całą mocą późną jesienią 1942 r. Oto jak do niego doszło.

Generał Grzegorz Korczyński (1963 r.)
Narodowe Archiwum Cyfrowe Karol Hencerberg, Grzegorz Korczyński „Grzegorz”, Jan Wyderkowski „Grab”.

W listopadzie oddział Korczyńskiego pojawił się w Ludmiłówce, wsi położonej około 15 km od Kraśnika. W niej, oraz okolicznych osadach i lasach, ukrywało się około 100-150 Żydów. Dowódca GL zażądał od nich ogromnej kwoty 600 tys. zł, rzekomo na zakup broni dla swoich ludzi. Zastraszonym nieszczęśnikom udało się zebrać żądaną sumę. Korczyński zabrał pieniądze i wraz z większością partyzantów wyjechał ze wsi, pozostawiając na miejscu jedynie kilku członków swojego sztabu. Na odchodne zobowiązał ich do dalszego „pobierania opłat” od Żydów. Nie musiał im tego dwa razy powtarzać. Gwardziści bezlitośnie grabili starozakonnych, opornych zabijając na miejscu. Oburzony tym faktem „Sokół” i jego zwolennicy postanowili działać, wykorzystując nieobecność Kilanowicza. Udusili jego sztabowców i zabrali zrabowane przez nich kosztowności. Poza tym miejscowy komitet PPR wydał na niego oficjalny wyrok śmierci. Nie zdołał jednak go wykonać.

Korczyński wrócił do Ludmiłówki. Rozpoczął krwawą wendetę. Najpierw jego ludzie na miejscu rozstrzelali około 30 osób, schwytanych przeciwników z PPR i Żydów ukrywających się we wsi. Potem gwardziści przez kilka tygodni przeczesywali okoliczne lasy w poszukiwaniu pozostałych przy życiu starozakonnych. Odnalezionych nieszczęśników najpierw okradano, a potem zabijano nie tylko z broni palnej, ale także granatami, drewnianymi kołkami i innymi przypadkowymi narzędziami. Jeden z uczestników zbrodni, Jan Wojtaszek, wspominał po latach:

„W lesie gościeradowskim otoczyliśmy dwa żydowskie bunkry. Jeden z partyzantów, Wasik, wszedł do bunkrów i polecił znajdującym się tam Żydom wyjść. Z bunkrów wyszło 9 względnie 10 osób. (…) Krótko z nimi rozmawiał »Grzegorz« [Korczyński - red.] następnie polecił im rozbierać się do bielizny. (…) Do rozebranych kazał »Grzegorz« strzelać. (…) Chciałbym zaznaczyć, że rozebranym kazaliśmy stawać nad wejściem do bunkra tak, że po strzale ciała wpadały do środka, tam je pozostawialiśmy, nie grzebiąc ich. Garderobę zabitych z polecania »Grzegorza« zabrał oddział. Ja wówczas dostałem płaszcz wojskowy, »Iwan« [jeden z partyzantów - red.] zaś otrzymał buty z cholewami”.

Ogółem z rąk partyzantów Kilanowicza zginęło w Ludmiłówce i okolicach około stu Żydów. Co ważne, po wojnie Korczyński i jego towarzysze starali się likwidować wszystkich, którzy za dużo mówili o tej zbrodni.

Tymczasem zemsta krewkiego dąbrowszczaka na kolegach z PPR dopełniła się w lutym 1943 r. Wtedy to schwytany w Urzędowie Gruchalski trafił przed oblicze Korczyńskiego. Wyrok „sądu partyjnego” mógł być tylko jeden. Ciężko pobitemu „Sokołowi” odcięto szablą głowę.

Po rozprawie z gruchalszczykami Kilanowicz popadał w konflikty z kolejnymi frakcjami w kraśnickiej GL, w tym ze swoimi niedawnymi sojusznikami „Jastrzębiem” i „Liskiem”. W związku z tym latem 1943 r. został odwołany do Warszawy. Zastąpił go Mieczysław Moczar vel Mykoła Demyko ps. Mietek, który objął stanowisko szefa Obwodu Lublin GL.

Udział Korczyńskiego w partyzantce zakończył się lipcu 1944 r., gdy na czele oddziałów Armii Ludowej, następczyni GL, przybył z lasów parczewskich do wyzwolonego przez Sowietów Lublina.

Niemcy do Stutthofu

Latem 1944 r. Grzegorz Korczyński rozpoczął swoją karierę w Polsce Ludowej od Milicji Obywatelskiej. Był komendantem wojewódzkim MO kolejno w Lublinie i Warszawie (prawobrzeżnej). Od kwietnia 1945 r. pracował w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego. Najpierw objął szefostwo WUBP w Gdańsku. Tam „wsławił się” pomysłem „ostatecznego rozwiązania kwestii niemieckiej” na Pomorzu. Zasugerował, by w tym celu ponownie uruchomiono obóz koncentracyjny Stutthof. Jego propozycje nie spotkały się z aprobatą Gomułki. „Co by powiedział o nas świat?” - miał go retorycznie zapytać ówczesny I sekretarz PPR.

Już w czerwcu 1945 r. Korczyński został ponownie przeniesiony na Lubelszczyznę, gdzie zajmował się zwalczaniem partyzantki niepodległościowej. Robił to z charakterystyczną dla siebie bezwzględną brutalnością. Jak napisał jego biograf dr Piotr Gontarczyk, „po działalności jego grupy operacyjnej pozostały tam pomniki zawierające nazwiska niekiedy kilkudziesięciu zamordowanych osób”.

Dopóki u władzy był Gomułka, kariera Korczyńskiego kwitła. W marcu 1946 r. został wiceministrem bezpieczeństwa publicznego. Z ramienia Radkiewcza, szefa MBP, pilnował, by śledztwu w sprawie pogromu kieleckiego nadano właściwą polityczną interpretację. Podczas wystąpień publicznych w owym czasie wskazywał, że winnymi tragicznego zajścia byli „antysemici w andersowskich mundurach”, którzy podburzali tłum do mordów. Takie właśnie „zasługi”, spowodowały, że w lipcu 1947 r. otrzymał generalskie szlify. Rok później, wraz z objęciem stanowiska I sekretarza przez Bieruta, jego kariera gwałtownie się załamała. Jako gomułkowiec został usunięty z MBP, później z LWP. W kwietniu 1950 r. był już tylko szefem stołecznej ekspozytury Centrali Przemysłu Skórzanego. Swoją degradację mocno przeżywał.

W życiu prywatnym wiodło mu się o niebo lepiej. W 1948 r. poznał 20-letnią warszawiankę Irminę Płaszyńską. Szybko wzięli ślub. Urodził im się syn. Otrzymali lokum w alei Przyjaciół, ulicy zamieszkanej głównie przez pracowników MBP. Spokój jego życia rodzinnego drastycznie przerwała wizyta jednego z sąsiadów z ulicy, Józefa Światły, w towarzystwie pięciu innych „smutnych panów”.

W lochu i na szczycie

21 maja 1950 r. sześciu ubeków aresztowało Korczyńskiego, gdy wracał z rodzinnego spaceru. Byli wobec niego wyjątkowo brutalni - obwiali się, że może mieć broń, a wiedzieli, że on wie, jak się nią skutecznie posługiwać. Potem przewieziono go do ubeckiej katowni „Spacer” w Miedzeszynie. Oskarżono go o „udział w grupie prawicowo-nacjonalistycznej organizującej spisek kontrrewolucyjny”. Śledczy chcieli go skłonić, by obciążył Władysława Gomułkę. Przetrzymywano go w potwornych warunkach (cela z wiecznie włączoną żarówką i hałasem uniemożliwiającym sen), brano na konwejery (kilkunastogodzinne przesłuchania), grożono rozliczeniem za pogrom w Ludmiłówce. Wszystko na nic. Zawzięty dąbrowszczak nie zamierzał pogrążać „Wiesława”. W proteście urządzał głodówki i wyzywał śledczych. Za nieugiętą postawę postanowiono go ukarać. 22 maja 1954 r. za zbrodnie na Lubelszczyźnie z czasów wojny skazano go na dożywocie.

Tymczasem w PRL powoli następowała kolejna polityczna wolta. W marcu 1956 r. zmarł Bolesław Bierut. I sekretarzem PZPR został Edward Ochab. Ten osobiście interweniował w sprawie złagodzenia wyroku dla Korczyńskiego. W maju 1956 r., po sześciu latach odsiadki, Kilanowicz wreszcie wyszedł na wolność.

Generał Grzegorz Korczyński (1963 r.)
fot. PAP/Mariusz Szyperko Generał Wojciech Jaruzelski i gen. Grzegorz Korczyński (lata 60.).

Wraz z powrotem Gomułki do władzy, na fali październikowej odwilży, kariera generała Korczyńskiego - przywróconego na łono partii, ale bez oficjalnej rehabilitacji - znów nabrała rumieńców.

W listopadzie został szefem Zarządu II Sztabu Generalnego WP, czyli wywiadu wojskowego PRL. Funkcję tę piastował do lipca 1965, nie wykazując się żadnymi wybitnymi osiągnięciami. Stał się jednak wtedy członkiem specyficznego warszawskiego „lepszego towarzystwa”, przyjaźnił się m.in. z rzeźbiarzem Ksawerym Dunikowskim. To on wprowadzał na salony gomułkowskiej Polski młodego gen. Wojciecha Jaruzelskiego, nieco zagubionego po przymusowej emigracji do ojczyzny jego poprzedniego protektora - marszałka Konstantego Rokossowskiego.

W 1965 r. przeniesiono go na stanowisko wiceministra obrony narodowej. Jako jeden z przywódców najbardziej wpływowej frakcji w PZPR, tzw. partyzantów, miał niezwykle mocną pozycję w aparacie władzy. I wtedy po raz kolejny wiatr historii zdmuchnął go ze świecznika. Tym razem na dobre.

Ostatnia zbrodnia

W grudniu 1970 r., po ogłoszeniu sporych podwyżek cen żywności, na Pomorzu doszło do serii strajków i gwałtownych wystąpień. Władze w Warszawie były poważnie zaniepokojone, szczególnie protestami w największych zakładach Trójmiasta. Gomułka wysłał gen. Korczyńskiego, by ten wybadał sytuację na Wybrzeżu. Po zapoznaniu się ze skalą rozruchów „Hiszpan” miał zasugerować kierownictwu partii, że bez użycia ostrej amunicji opanowanie sytuacji w regionie nie będzie możliwe. „Towarzysz Wiesław” wydał odpowiednie rozkazy dotyczące jej zastosowania. 15 grudnia wojsko, wyposażone w czołgi i pojazdy opancerzone, wkroczyło do akcji przeciwko protestującym, wspierając oddziały MO. Pacyfikację osobiście koordynował gen. Korczyński. W Gdyni, w tzw. Czarny Czwartek, 17 grudnia, widziano go, jak osobiście rzucał petardami w stoczniowców.

Ostatecznie w czasie tłumienia buntu Grudnia ’70 zamordowano, według danych IPN, 45 osób. Kryzys spowodował także zmianę układu politycznego. „Wiesława” na czele PZPR zastąpił Edward Gierek. Ten oczywiście pozbył się z dworu pretorian poprzedniego I sekretarza. W marcu 1971 r. Korczyński stracił wszystkie stanowiska dowódcze w WP. Miesiąc później mianowano go ambasadorem PRL w Algierii.

Stefan Kilanowicz vel Grzegorz Korczyński zmarł 22 października 1971 r. w Algierze. Prawdopodobnie popełnił samobójstwo.

Bibliografia:

Wojciech Rodak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.