Nie wysyłać przed pierwszą linię!

RENATA LESIAKOWSKA
Stanisław Sosabowski, 1943 r.
Stanisław Sosabowski, 1943 r. Fot. CC
We wspomnieniach gen. Stanisława Sosabowskiego „Droga wiodła ugorem” można odnaleźć wiele cennych obserwacji i refleksji. Także tych, odnoszących się do tworzonych we Francji po klęsce wrześniowej Polskich Sił Zbrojnych i okoliczności francuskiej kapitulacji w czerwcu 1940 r.

Polska – jak nadal powszechnie, przynajmniej w naszym kraju, wiadomo - była pierwszym państwem, które doświadczyło niemieckiego blitzkriegu na początku II wojny światowej. Zastosowana przez Niemców taktyka wojskowa, współpraca III Rzeszy z Sowietami, decyzje polskiego naczelnego dowództwa, uzgadniane z grającymi na opóźnienie własnego przystąpienia do wojny aliantami, to niektóre czynniki, które przyczyniły się do klęski wrześniowej.

„Koczkodan”

W pierwszych tygodniach po wybuchu wojny znaczna część polskiego wojska przekroczyła granice i została internowana w Rumunii oraz na Węgrzech. Organa władzy i społeczeństwa tych państw, pomimo związków z III Rzeszą, zachowywały się wobec Polaków w sposób przychylny, po cichu umożliwiając dalszą emigrację do państw alianckich. We Francji początkowo znaleźli się przede wszystkim oficerowie i żołnierze, którzy nie brali udziału w kampanii wrześniowej. Już 9 września 1939 r. strona polska i francuska podpisały porozumienie o tym, że w Bretanii, na poligonie wojskowym Camp de Coëtquidan Polacy utworzą jednostkę, która wesprze (nigdy niezrealizowany) francuski atak na Niemcy. W uszach polskich żołnierzy nazwa ta brzmiała mniej więcej jak „koczkodan” i tak potocznie nazywano obóz. Ochotnikami mieli być przede wszystkim polscy imigranci ekonomiczni. Według spisu z 1936 r. było ich we Francji ponad 420 tysięcy. Znaczna ich część nie znała francuskiego, co świadczy o słabości procesów asymilacyjnych – i co mogło skutkować większą niż w społecznościach dobrze integrujących się gotowością do walki w armii kraju pochodzenia. Początkowo jednak napływ ochotników z tej grupy był niezbyt duży; Polacy zatrudnieni byli przede wszystkim w górnictwie, a strona francuska nie była zbyt skłonna do zwalniania pracowników przemysłu. Obóz znajdował się pod polską komendą od 12 września 1939 r. do 17 czerwca 1940 r.; najpierw dowodził tu gen. Jerzy Ferek Błeszyński, a od lutego gen. Stanisław Maczek. Siły polskie formowały się także w innych miejscowościach. We Francji powstały 4 dywizje piechoty, 1 brygada pancerno-motorowa, Samodzielna Brygada Strzelców Podhalańskich, a w zależnej od Francji części Syrii Samodzielna Brygada Strzelców Karpackich. Tworzyły się także jednostki Marynarki Wojennej i powietrzne (następowały tu liczne przegrupowania). Nie wszystkie osiągnęły gotowość bojową przed ewakuacją do Wielkiej Brytanii. W sumie w oddziałach polskich służyło około 85 tys. żołnierzy.

„Huczało jak w ulu”

W ciągu niemal roku „dziwnej wojny” do Francji przedostawało się coraz więcej osób z Polski. Wśród nich także oficerowie, którzy nie chcieli wcześniej opuścić walczącego kraju, a na emigrację zdecydowali się po rozpoznaniu możliwości działania w obu strefach okupacyjnych (niemieckiej i sowieckiej), na jakie została podzielona II Rzeczpospolita. Należał do niej m.in. Stanisław Sosabowski, w 1940 r. pułkownik dyplomowany. Spojrzenie dowódców, którzy aktywnie uczestniczyli w walkach we wrześniu 1939 r., było zupełnie odmienne od tego, jakie mieli ci, którzy Polskę opuścili najszybciej. Jak wspomina S. Sosabowski: „Tam huczało jak w ulu. Mnóstwo oficerów – od stopnia podporucznika do pułkownika – dyskutowało jedynie o tym, kto jest winien klęski. Oczywiście żaden z nich – tylko wszyscy inni. Kategoryczne opinie wypowiadali podporucznicy, których udział w kampanii – o ile w ogóle miał miejsce, wielu bowiem było zmobilizowanych wprost na terenie Francji, nie przekraczał dowodzenia plutonem. (…) W tej atmosferze ciężko było mi przebywać”. Sosabowski został skierowany do tworzenia 1. Dywizji, a następnie – pomimo, a może ze względu na odniesione sukcesy organizacyjne – odwołany od tego zadania i skierowany do dowodzenia powstającą 4. Dywizją. Polscy oficerowie, którzy brali udział w kampanii wrześniowej, mogli i chcieli podzielić się doświadczeniem dotyczącym niemieckiego sposobu prowadzenia wojny, niemniej jednak – nikt nie chciał ich słuchać. Na przełomie lat 1939/1940 przebojem w paryskim teatrze rewiowym była piosenka parafrazująca tytuł popularnego artykułu publicysty i polityka Marcela Deata, kolaborującego później z Niemcami. Dlaczego umierać za Gdańsk, skoro na świecie jest tyle pięknych kobiet? - prowokował francuski artysta kabaretowy. Na ogólną atmosferę składały się zarówno nastroje pacyfistyczne, rozprężenie w armii, do którego przyczynił się utrzymujący się przez wiele miesięcy stan „dziwnej wojny”, jak i przekonanie, że Francja tak naprawdę nie jest zagrożona. Nawet dowódcy przychylnie nastawieni do Polaków, jak blisko współpracujący z gen. Władysławem Sikorskim gen. Louis Faury uważali, że nie potrzebują rad. Ich naród miał być bezpieczny za linią Maginota, a polska klęska - zawiniona wyłącznie przez polską armię. Jedynie marginalizowany wówczas Charles de Gaulle (1890- 1970) docenił i na swój sposób podziwiał niemiecką taktykę zastosowaną we wrześniu 1939 r. Ostrzegał, że Francja nie poradzi sobie z agresją, jeśli nie zmieni założeń obronnych. Powszechnie jednak myśl, że przebieg wypadków, jaki miał miejsce w Polsce, powtórzy się, wydawała się absurdalna. Na sprawiedliwszą ocenę kampanii wrześniowej francuscy dowódcy zdobyli się dopiero po własnej przegranej.

Francuzom bić się nie chciało

Uderzenie na Francję oraz w ramach tej samej operacji „Fall Gelb” na neutralne Belgię, Holandię i Luksemburg rozpoczęło się 10 maja 1940 r. Kierunek natarcia zaskoczył francuskich dowódców, ale nie tylko to zadecydowało o rozwoju wydarzeń: „(…) niechęć Francuzów do bicia się [była] tak jaskrawa, - wspominał St. Sosabowski – że nasi oficerowie wysłani na linię Maginota nie byli wyznaczani na patrole przed pierwszą linię z obawy, jak mówiono, by walka nie rozgorzała”. Jednak Niemcy linię Maginota ominęli i Francja również doświadczyła ekspresowego marszu wojsk niemieckich w kierunku stolicy. I wówczas z polskiej pomocy korzystano już chętnie. Z sił polskich w obronie Francji w największym stopniu wzięły udział Dywizja Grenadierów, 2. Dywizja Strzelców Pieszych, część 10. Brygady Kawalerii Pancernej, pewne zadania przypadły także innym jednostkom. Polscy piloci nawiązali kontakt bojowy z Luftwaffe. Największe straty poniosła Dywizja Grenadierów, której oddziały otrzymały rozkaz prowadzenia walki osłonowej na linii jezior Dieuze (bitwy pod Dieuze i Lagarde). Wyjątkowo ciężkie starcia, w wyniku których I Batalion Dywizji utracił 70 proc. żołnierzy, a II został doszczętnie zniszczony, toczyły się w dniach 15-17 czerwca. Jak ujął to w wydanej na emigracji publikacji płk dypl. Andrzej Liebich, sąsiednie oddziały francuskie wycofywały się w panice „zapominając o dobrych obyczajach sąsiedztwa bojowego” („Na obcej ziemi. Polskie siły zbrojne 1939-1945”). Trudno tu, niestety, uciec od myśli, że należało to poniekąd do tradycji polsko-francuskiej współpracy bojowej. Wszak także w czasach napoleońskich Polacy stanowili ariergardę, wielokrotnie zabezpieczającą oddziały francuskie, które ze swojej strony były nieskore nawet do naturalnych odruchów solidarności. Oczywiście, pojawiają się tu nie dające się zignorować pytania, czy skala ofiar poniesionych przez Polaków nie była zbyt duża i czy nie dało się uniknąć zaangażowania polskich jednostek do walk osłonowych (jaki z polskiego punktu widzenia był sens tego działania, skoro rozkazy dla Dywizji Grenadierów zostały wydane w momencie, gdy los kampanii był już przesądzony)? Francja poddała się 22 czerwca 1940 r. Jak ze zdziwieniem konstatowali Polacy, nastroje po klęsce w tym potężnym wówczas państwie były zupełnie inne niż w naszym kraju: „Zdumiewająca była reakcja ludności i żołnierzy francuskich na wiadomość o kapitulacji (…). Cieszyli się tak, jakby co najmniej wygrali wojnę. Im naprawdę bić się nie chciało. Rzecz zupełnie niewiarygodna!” (Władysław Nycz, „W powietrznym zwiadzie”).

„Najkrótszą drogą”

Z zajmowanego przez Niemców państwa udało się ewakuować niespełna 1/3 stanu osobowego polskich oddziałów. W dniach tych panował trudny do opanowania chaos, wielu dowódców musiało podejmować działania na własną rękę, ponieważ nie docierały do nich rozkazy. Trudno było także zapewnić należyte warunki ewakuacji. Na przykład na angielskim węglowcu Abderpool, na którym przez dwie doby (19-21 czerwca) z portu La Palice do Plymouth płynęło 3 tysiące wojskowych oraz niewielka ilość cywilów, przygotowano zapas słodkiej wody tylko dla załogi. Pasażerom udało się jednak dotrzeć do portu przeznaczenia, dzięki wprowadzonym od początku wartom przy zbiornikach z wodą. Wzbudza szacunek postawa tych dowódców, którzy z pominięciem osobistych korzyści tworzyli we Francji i w innych krajach sojuszniczych polskie wojsko, organizowali jego zaplecze i przywracali dyscyplinę. Wierzyli, a na początku wojny było to uzasadnione przekonanie, że dzięki temu szybko powrócą do ojczyzny. Najkrótszą drogą – tak właśnie brzmiało zawołanie spadochroniarzy Stanisława Sosabowskiego, którzy wkrótce po kapitulacji Francji zaczęli szkolić się w Wielkiej Brytanii.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Lewandowski i Szczęsny zatrzymają Argentynę?

Wróć na naszahistoria.pl Nasza Historia
Dodaj ogłoszenie