Wielka Warszawa, która nigdy nie powstała

Czytaj dalej
Fot. archiwum
Jakub Szczepański

Wielka Warszawa, która nigdy nie powstała

Jakub Szczepański

Kilka linii metra, wspaniałe nowe dzielnice, wielkie, nowoczesne, europejskie miasto - to wszystko planowali warszawscy urbaniści tuż przed II wojną światową.

„Chciałem, by Warszawa była wielka. Wierzyłem, że wielka będzie. Ja i moi współpracownicy kreśliliśmy plany, robiliśmy szkice wielkiej Warszawy przyszłości” - 23 września 1939 r. te słynne słowa prezydenta Stefana Starzyńskiego nadała do mieszkańców obleganej stolicy radiostacja Warszawa II. Niedługo potem zamilkła na dobre. Naloty i nieustanne ostrzeliwanie miasta przez artylerię nie tylko uszkodziły elektrownię, ale obróciły w pył wiele bezcennych budynków. Szpital św. Ducha przy Elektoralnej, gmach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych przy Nowym Świecie czy Muzeum Przemysłu oraz Techniki z Krakowskiego Przedmieścia. Krwawiąca stolica skapitulowała 28 września.

Bilans kampanii wrześniowej to oczywiście nie hekatomba sierpnia 1944 r., ale jedno jest pewne: Warszawa dotkliwie odczuła uderzenie hitlerowców. Autorzy obszernej monografii „Warszawa. Jej dzieje i kultura” piszą, że całkowicie zniszczono aż 12 proc. międzywojennej zabudowy miasta.

„Wiele [budynków - red.] było uszkodzonych, nie działały elektrownia, filtry, kanalizacja, komunikacja miejska została zniszczona, place i skwery pokryły się ciałami poległych”

- czytamy.

Kapitulacja Warszawy okazała się nie tylko początkiem niemieckiego terroru w polskiej stolicy, ale także końcem snu o nowoczesnym mieście. Jednak w przemówieniu sprzed 77 lat Starzyński wcale nie oszukiwał rodaków ani warszawian. I było o tym głośno jeszcze pięć lat temu!

Makieta reprezentacyjnej Dzielnicy Mieszkaniowej im. Marszałka Józefa Piłsudskiego planowanej na osi alei Niepodległości, na terenie części dzisiejszego
archiwum Imponujący nawet ze współczesnej perspektywy plan budowy metra z 1938 r. obejmujący kilka linii podziemnych i naziemnych, w tym nowoczesne linie okrężne.

Stołeczne metro z lat 30.

W sierpniu 2011 r. Centralne Archiwum Wojskowe odsłoniło przed Polską Agencją Prasową plan przebiegu linii stołecznego metra. Schemat pochodzi z 1938 r. Zakłada, że w ciągu 35 lat stolica będzie mogła się poszczycić kolejkami poruszającymi się po 46 km torów - przy czym w długości tej zawiera się 31 km tunelu. Gdyby plan miał się powieść bez zarzutu, a wojna by nie wybuchła, już w 1973 r. Warszawa miałaby metro dłuższe niż to, które działa współcześnie. I byłoby o wiele lepiej skomunikowane z każdą częścią miasta.

Pięć tras miało biec zgodnie z południkami, trzy - z równoleżnikami. W siatce komunikacyjnej trzeba też uwzględnić odnogi. Odcinki tworzyły linię obwodową. Jej północne zakole biegło zgodnie z linią kolei naziemnej. Na oryginalnej mapie wszystkie trasy metra oznaczono czerwoną, niebieską i czarną linią.

Makieta reprezentacyjnej Dzielnicy Mieszkaniowej im. Marszałka Józefa Piłsudskiego planowanej na osi alei Niepodległości, na terenie części dzisiejszego
Narodowe Archiwum Cyfrowe Mapa świetlna gęstej siatki warszawskich linii komunikacyjnych na wystawie „Warszawa wczoraj, dziś i jutro”. Rok 1938.

Z załącznika do pisma przesłanego przez Stefana Starzyńskiego do Inspektoratu Obrony Powietrznej Państwa (to on stanowi schemat) wynika, że metro planowane w latach 30. sięgało ówcześnie do granic wsi Wawrzyszew na północy lewobrzeżnej Warszawy. Na południu kolejka miała dojeżdżać do folwarku Służew i nowo wybudowanego toru wyścigów konnych. Warto odnotować, że w zamierzeniach metro nie miało być luksusem jedynie dla mieszkańców z zachodniej części miasta - choć w planach przebiega pod ul. Towarową, Grójecką i Okopową, to dociera od cmentarzy żydowskiego i bródnowskiego do Kępy Gocławskiej.

Początkowo odpowiednio zagospodarowany miał zostać odcinek z południa na północ - podobnie jak podczas budowy w latach 90. Pierwsza stacja na ulicy Puławskiej, całkiem blisko placu Unii Lubelskiej. Pasażerowie żyjący w pierwszej połowie XX w. mogliby dojechać tą nitką do placu Wilsona. W drugiej kolejności pozostało połączenie zachodu i wschodu miasta.

Planiści chcieli, by metro pojechało nad Wisłą. Oczywiście stacje końcowe obydwu linii były przygotowane do ewentualnej rozbudowy. Kiedy w 2011 r. schemat ponownie ujrzał światło dzienne, eksperci piali z zachwytu.

„Dokument jest znamieniem daleko posuniętej fachowości i drobiazgowości, jaka cechowała procesy inwestycyjne w latach 30. (...) Inspektorat [Obrony Powietrznej Państwa, gdzie Starzyński wysłał plany metra - red.] nadzorował proces przygotowań do obrony przed spodziewanym poważnym zagrożeniem, jakie w razie wojny stanowiłyby Luftwaffe lub Wojenno-Wozdusznyje Siły”

- w rozmowie z PAP ocenił dr Marek P. Deszczyński z Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego.

„Wydaje się, że mielibyśmy do czynienia z kombinacją metra płytkiego, częściowo, w ścisłym centrum, głębokiego, oraz naziemnego, względnie nadziemnego, na pozostałych terenach. Warto zauważyć doprowadzenie kolei, co prawda w dalszej kolejności, na nowe lotnisko pasażerskie, które miało się znajdować na Gocławku, jak również wyprowadzenie linii na Siekierki, która stałaby się kręgosłupem organizującym zagospodarowanie tej części miasta”

- komentował.

Makieta reprezentacyjnej Dzielnicy Mieszkaniowej im. Marszałka Józefa Piłsudskiego planowanej na osi alei Niepodległości, na terenie części dzisiejszego
archiwum Salonik dla pasażerów na lotnisku Okęcie.

Nie da się ukryć, że władze międzywojennej Warszawy wysoko zawiesiły poprzeczkę. Nowiutkie lotniska, w planach ogromna dzielnica, nowoczesna komunikacja miejska, inwestycje przygotowywane w związku z zaplanowaną na 1940 r. Wystawą Światową... W stolicy miała też stanąć Świątynia Opatrzności, „gmach, przy którym katedra Notre Dame wydawałaby się mała” - jak raczył ją określić dr Jarosław Trybuś, autor książki „Warszawa niezaistniała”. Dość powiedzieć, że pierwsze pomysły na stołeczne metro powstały już w 1925 r. W drugiej połowie lat 20. rozpoczęto nawet wiercenia geologiczne! Tym razem plany władz pokrzyżował jednak ogólnoświatowy kryzys gospodarczy. Ale nie ma się co oszukiwać - wejście Warszawy w XX. nie było usłane różami.

Wielka Warszawa rośnie

Podczas pierwszej wojny światowej przed stołecznymi samorządowcami - nawet tymi z Niemiec - stało niełatwe zadanie. Wieloletnie zaniedbania władz carskich zrobiły swoje, trzeba było ustalić drogi, obmyślić racjonalną gospodarkę miejską, zorganizować oświatę czy służbę medyczną. Słowem: zaczynać prawie od zera. Jednak w 1916 r. zmiany w stolicy ruszyły z kopyta. Na dalszym rozwoju zaważyła decyzja niemieckich władz okupacyjnych, gubernatora gen. Hansa von Beselera. Do Warszawy przyłączono rozległe przedmieścia, które w rzeczywistości leżały całkiem daleko od ówczesnych zabudowań miejskich. Stolica powiększyła się jak nigdy wcześniej. Do miasta przyłączono 8239 ha gruntów. Okazało się wtedy, że mieszka tu prawie milion ludzi.

Decyzja z kwietnia włączyła w granice administracyjne miasta m.in. Mokotów, Ochotę czy Powązki. Niestety, trudne początki - kolejne bitwy podczas pierwszego światowego konfliktu, a potem zmagania wojenne choćby z Sowietami - nie sprzyjały statecznemu rozwojowi. Co gorsza, w 1919 r. jedynie 2 proc. gruntów przyłączonych wcześniej do miasta należało do gminy. Na przełom, po stabilizacji waluty, trzeba było czekać do 1924 r. Jak wówczas wyglądała sytuacja mieszkańców Warszawy?

„Utworzony przez władze Komitet Rozbudowy Miasta opracował plan zaspokojenia elementarnych potrzeb mieszkaniowych ludności, określając je na 478 tys. nowych mieszkań. W latach 1924-1938 wybudowano w Warszawie 140 tys. mieszkań, z czego znaczną część stanowiły mieszkania niedostępne dla osób gorzej sytuowanych” - czytamy w cytowanej już wcześniej monografii stolicy. - „Gdy w 1924 roku notowano w Warszawie 550 osób bezdomnych, a w 1927 roku 5 tys., to w 1935 liczba ta wzrosła do 22 tys.”.

Rozwarstwienie społeczne to jedno, budowanie splendoru stolicy - coś zupełnie innego. Już po odzyskaniu niepodległości w głowach warszawskich urbanistów narodziła się dzielnica rządowa. I to nie byle jaka! Miała stanąć na Polu Mokotowskim. Tereny należały do Skarbu Państwa, było płasko, wystarczająco dużo miejsca, żeby inwestować. Idealnie. Zgodnie z zamysłem planistów wystarczyło pozbyć się kilku „przeszkód”, m.in. toru wyścigów konnych u zbiegu Polnej i Nowowiejskiej - ten w 1939 r. wylądował na Służewcu. Jeszcze wcześniej pomyślano o lotnisku. Samoloty z portu lotniczego przeniesionego do Okęcia latały już w 1934 r.

„W mieście po ponad stu latach zaborów, w gorsecie rosyjskich fortyfikacji, panowała straszliwa ciasnota. Warszawa należała do najbardziej zagęszczonych miast w Europie. Była niewydolna infrastrukturalnie. Brakowało przestrzeni dla funkcji reprezentacyjnych. Tak narodził się pomysł, by pomieścić ich jak najwięcej właśnie tam - na pustym polu”

- w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” opowiadał Trybuś.

Dzień po śmierci Józefa Piłsudskiego, 13 maja 1935 r., Stowarzyszenie Architektów Rzeczypospolitej i Towarzystwo Urbanistów Polskich decydują, że planowana, ekskluzywna część miasta na Polu Mokotowskim będzie oficjalnie dzielnicą im. Józefa Piłsudskiego. Trzeba jednak pamiętać, że konkurs dla najlepszych urbanistów, którzy chcieli zagospodarować ten teren, ruszył jeszcze za życia Komendanta. Kiedy jednak symbol II Rzeczypospolitej odszedł w zaświaty, wymagania stawiane architektom uległy zmianom.

Plac Na Rozdrożu - po przemianowaniu go na plac Wolności - miał się rozrosnąć, pokazywać potęgę. Warszawianie mieli na nim oglądać gigantyczny pomnik marszałka na koniu. Obok wielki, szeroki na mniej więcej 70 m plac, na którym można by odbierać wojskowe defilady. Przy placu nawet siedem poziomów kamiennych trybun sięgających kilkuset metrów. Miały trochę przypominać „rzymskie półruiny”. Gdzieś w okolicy nowy budynek Sejmu - wszak ten przy ul. Wiejskiej miał być jedynie tymczasowy. Samym środkiem dzielnicy miała przebiegać reprezentacyjna aleja Piłsudskiego mierząca 3-4 km. Arteria miała przecinać al. Żwirki i Wigury, by skończyć się na Ochocie.

Takie rozwiązania były możliwe dzięki regulaminowi konkursu, który zmodyfikowano po śmierci Marszałka. Dzielnica zaplanowana przez międzywojennych architektów miała zapierać dech w piersiach, a jednocześnie być ogromnym pomnikiem Józefa Piłsudskiego - człowieka, który rozkuł z kajdan Rzeczpospolitą. Szumne plany spełzły jednak na niczym. I to nie tylko z powodu wybuchu II wojny światowej.

Okazuje się, że metody używane przez polityków niecałe sto lat temu nieszczególnie różnią się od tych, po które sięgają teraz. W 1938 r. prezydent Stefan Starzyński zorganizował głośną wystawę w Muzeum Narodowym. „Otwarta Świątynia Narodu Polskiego” - tak o planowanej dzielnicy im. Józefa Piłsudskiego mówił wtedy prezydent międzywojennej Warszawy. Chociaż miejska kasa świeciła pustkami i nie było szans na realizację obietnic, pokaz zorganizowany w Muzeum Narodowym miał zapewnić Starzyńskiemu zwycięstwo w wyborach. Skończyło się na tym, że lista nie uzyskała większości, a słynny włodarz Warszawy pozostał komisarycznym prezydentem stolicy. Nie można jednak powiedzieć o tym, że nikt nie kiwnął palcem.

Niespełnione marzenia

Profesor Bohdan Pniewski - znany architekt z Politechniki Warszawskiej - przekonywał, że tylko Świątynia Opatrzności stanie do 1944 r. Jego tezie przeczy to, że wiosną 1939 r. nie przebadano nawet gruntów, co położyło kres wielkim planom i możliwościom konstrukcyjnym. Plac budowy, który przebiegał w okolicach dzisiejszego szpitala przy Banacha, jedynie ogrodzono. Na odcinku od Marszałkowskiej do al. Niepodległości wytyczono kawałek reprezentacyjnej arterii im. marszałka Piłsudskiego. Rozpoczęły się także pertraktacje w związku z wykupem działek pod poselstwa różnych państw. Ale plany spaliły na panewce.

I o ile budowa miejskiego kompleksu reprezentacyjnego zakończyła się klapą, o tyle zdarzały się inwestycje, których nie udało się ukończyć chociaż częściowo. Przykładem wodociągi rozbudowywane wraz z odzyskaniem niepodległości. W związku z rosnącymi potrzebami społeczeństwa coraz większego miasta oczyszczalnię ścieków zaplanowano w północnej części miasta, u wylotu kolektora bielańskiego. Podczas obsługi lewobrzeżnej Warszawy miała przyjmować 300 tys. litrów ścieków dziennie! Co poszło nie tak?

Plany Lindleyów, brytyjskich architektów, którzy u schyłku XIX w. wymyślili wodociągi rozciągające się pod ulicami stolicy, zostały pokrzyżowane przez szybką rozbudowę Żoliborza. Oczyszczalnia stanęła w końcu w okolicach Burakowa. Pragę miała obsługiwać jednostka na Żeraniu, jednak nie udało się dokończyć prac projektowych przed wybuchem wojny. A szkoda, bo przedwojenna produkcja do tej pory doskonale spełnia swoją rolę. Jak w jednej ze swoich audycji radiowych udowodnił Janusz Weiss i w XXI w. można zobaczyć kanały, które oglądali jeszcze powstańcy warszawscy!

Kanały wybudowane przez Williama Lindleya i rozbudowywane do końca XIX w. istnieją cały czas i świetnie pełnią swoją funkcję. Cały szkielet sieci kanalizacyjnej starej części lewobrzeżnej Warszawy, czyli Śródmieście, Mokotów, Żoliborz, opiera się głównie na tych kolektorach

- w 2014 r. na antenie radiowej Jedynki wyznał Roman Bugaj, rzecznik Miejskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji.

W XXI w. opieka nad instalacją wymyśloną ponad sto lat wcześniej ogranicza się w zasadzie do czyszczenia z osadów.

Urządzenia zostały genialnie zaprojektowane przez Lindleyów. W wielkiej części czyszczą się same

- opowiadał Bugaj.

Oczywiście, w latach 20. i 30. inżynierowie wprowadzili pod ziemią niezbędne modyfikacje. Plany - nie tylko związane z wodociągami - zmieniały się jak w kalejdoskopie.

Makieta reprezentacyjnej Dzielnicy Mieszkaniowej im. Marszałka Józefa Piłsudskiego planowanej na osi alei Niepodległości, na terenie części dzisiejszego
Narodowe Archiwum Cyfrowe Prezydent Ignacy Mościcki zwiedza urbanistyczną wystawę „Warszawa wczoraj, dziś i jutro” w Muzeum Narodowym. Rok 1938.

„Wprowadzenie długofalowej strategii urbanistycznej w latach 20 i 30. było utrudnione ze względu na często zmieniające się plany zabudowy Warszawy. Pierwszy plan przygotowano w roku 1920. Następne opracowania powstawały w latach 1922-1923, 1926 oraz 1928-1929 (obowiązujący od 1931 r.). Tak częste zmiany oraz postępujące precyzowanie zapisów planów powodowało korekty miejskich planów inwestycyjnych. Dodatkowo większość gruntów poza centrum miasta było własnością prywatną - nieraz były to całe ulice (przykładem może być ulica Narbutta z przyległościami, w całości wytyczona i zabudowana na gruntach prywatnych)” - zauważa w jednym ze swoich tekstów naukowych varsavianista Grzegorz Mika.

Jedno jest pewne: wszystkich planów, które wzięli na siebie włodarze międzywojennej Warszawy, nie sposób było zrealizować. Przeszkodziły wojna albo pusta kiesa. Przykładowo: plany budowy komercyjnego lotniska na Gocławiu w 1939 r. zakończyły się budową przepompowni, wytyczeniem pola wzlotów i zniwelowaniem terenu. Port w końcu ruszył, ale jako lotnisko sportowe Aeroklubu Warszawskiego. Żywot zakończył w 1976 r. Budowa na Pradze-Południe była jedynie ułamkiem zamierzeń planistów z ekipy Stefana Starzyńskiego. Bo „Warszawa funkcjonalna” - bo tak nazwano projekt zatwierdzony w 1938 r. - przewidywała nie tylko działalność trzech lotnisk w stolicy.

Jeśli wszystko poszłoby zgodnie z planem, w Warszawie nie tylko mielibyśmy Świątynię Opatrzności Bożej i elegancką dzielnicę rządową. W planach pozostała trasa N-S, która miała przedłużać aleję Niepodległości przez Śródmieście i Muranów po Żoliborz. Dzielnica wystawowa przygotowywana w związku z Wystawą Światową planowaną na 1940 r. (miała stanąć tu, gdzie obecnie mamy rondo Waszyngtona) na zawsze pozostała jedynie schematem. Na Siekierkach miał stanąć Stadion Olimpijski. Ale zabrakło czasu na budowę bulwarów spacerowych, które znamy dzisiaj z lewego brzegu Wisły. Choć powstały odpowiednie plany autorstwa prof. Pniewskiego, nie ma choćby awangardowego kompleksu Polskiego Radia, który w 1938 r. miał uświetnić architekturę placu Unii Lubelskiej. W obliczu wojny przyszło także zapomnieć o Porcie Praskim - docelowo, dzięki zaplanowanemu szeregowi stopni spiętrzających wodę na północ od miasta, porcie głębokowodnym.

„Warszawa jest wielka. Prędzej to nastąpiło, niż przypuszczano. Nie za lat pięćdziesiąt, nie za sto lat, lecz dziś widzę wielką Warszawę”

- w swoim ostatnim przemówieniu radiowym z czasu kampanii wrześniowej przekonywał Stefan Starzyński. Tego ponurego dnia ze swojego okna widział kłęby dymu, łuny pożarów i słyszał huk wystrzałów. Prezydent był jednak do końca przekonany o wspaniałości, wielkości, a przede wszystkim niezniszczalności miasta. Nawet w najczarniejszych koszmarach nie mógł przypuszczać, że pięć lat później - przy bierności Sowietów - hitlerowcy zrównają Warszawę z ziemią.

Jakub Szczepański

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.