Wojciech Szatkowski: Nie górale wymyślili Goralenvolk. Idea ta została stworzona przez Niemców

Łukasz Bobek
Łukasz Bobek
NAC
Trzeba pokazać Goralenvolk, ale i bohaterów podhalańskich. Bo nagle okazuje się, że tych drugich jest dużo więcej niż zdrajców - mówi Wojciech Szatkowski, historyk Muzeum Tatrzańskiego w Zakopanem, autor książki „Goralenvolk. Historia zdrady”.

Goralenvolk to temat, który mam wrażenie nadal elektryzuje część podhalańskiego społeczeństwa.
Generalnie to strasznie trudny temat. Dla górali to jest wręcz temat traumatyczny. Ja się zupełni nie dziwię ludziom na Podhalu. Bo czasami jest on sztucznie pompowany z różnych względów. To jest trudny temat z wielu względów. Przez lata nie był dokładnie zbadany. Przede wszystkim dostęp do archiwów był utrudniony - tych niemieckich, sowieckich, no i tych powojennych tutaj w kraju. Historycy, którzy próbowali się z nim zmierzyć, napotykali na momenty, gdzie nie mogli przeskoczyć na dalszy etap. Dopiero w wolnym kraju mi się udało dotrzeć do materiałów Instytutu Pamięci Narodowej, do materiałów z procesu Józefa Cukra (zastępca Wacława Krzeptowskiego w Komitecie Góralskim - przyp. red.) i towarzyszy z listopada 1946 roku. Wcześniejsi historycy próbowali o tym pisać, m.in. Włodzimierz Wnuk, Janusz Berghauzen, Alfons Filar, no i Henryk Jost w książce „Zakopane czasu okupacji”. Oni próbowali, jednak nie udało im się w sposób pełny przedstawić tego problemu.

Generalnie jednak w Polsce przesłanie główne jest jedno: górale zdradzili i współpracowali z Niemcami. Jak to więc było faktycznie?

Kwestią pierwszorzędną, którą należy powiedzieć, jest to, że to nie górale wymyślili Goralenvolk. Idea ta została stworzona przez Niemców i to już przed wybuchem II wojny światowej. W ramach badań rasowych i poszukiwania czystej rasy aryjskiej niemieccy naukowcy przyjeżdżali w różne części Europy i Azji. Byli m.in. w góry Kaukazu, w Himalajach. Szukali tam znaków swastyki, ludzi, którzy mieliby podobieństwo do rasy aryjskiej, czyli niebieskie oczy, jasne włosy, byli wysocy. Niemcy uważali, że w górach ten element germański jako niezależny, inny od tych lokalnych kultur, miał po prostu lepsze warunki do przetrwania.

W momencie, kiedy wojna się zaczęła, wszystko uległo eskalacji. Niemieccy naukowcy pojawili się na terenie Generalnego Gubernatorstwa, w Instytucie Niemieckich Prac na Wschodzie, który powstał w kwietniu 1940 roku. Zajmowali się badaniami rasowymi, antropologicznymi, antropometrycznymi. Działał tam m.in. doktor Anton Plügel, który prowadził badania na Podhalu. On był przekonany, że górale na pewno są germańskiego pochodzenia. Między innymi w Szaflarach mierzono obwody czaszek dzieciom, fotografowano je. Dla górali to była straszna trauma, bo nie wiadomo było o co chodzi w tych badaniach. Ludzie tego nie rozumieli, bali się. Niemcy zaangażowali się bardzo, jeżeli chodzi o tę stronę nauki. Ale to była nauka na rzecz nazizmu.

Górale z ich oczach byli Niemcami i mogli przeżyć?

Wysocy urzędnicy III Rzeszy zaangażowali się w te badania - m.in. prawa ręka Adolfa Hitlera, czyli Heinrich Himmler, który zajmował się także polityką rasową III Rzeszy. On stworzył tajne dyrektywy, według których górale w większości zostali przeznaczeni - podobnie jak Żydzi, Romowie, Polacy - do wyniszczenia. Natomiast tylko te jednostki, które miały właśnie wspomniane niebieskie oczy i jasne włosy, czyli potencjalni Germanowie, mieli zostać poddani dalszej germanizacji i przeżyć. Niemcy opisywali tych „góralskich wybrańców” jako lud zdolny do życia. Dawali im szansę, że przetrwają germanizację i eksterminację. Niemcy do tej teorii dołożyli też praktykę. Podjęli w Zakopanem próby wydzielenia górali z narodu polskiego aktami prawnymi, które przygotowywał mój dziadek Henryk Szatkowski. Moim zdaniem był on mózgiem niemieckiej akcji góralskiej.

Tutaj Niemcy zastosowali staro-rzymską zasadę „dziel i rządź”. Uważali, że jak się Polaków podzieli na drobne grupy etniczne jak Górale, Kaszubi, Ślązacy i inni, to będą słabsi i łatwiej będzie można ich zniszczyć.

Co tak pociągnęło tych, którzy poparli ideę Goralenvolk?

Analizując tę historię, trzeba powiedzieć, że niemiecki wywiad działał na Podhalu już przed wybuchem drugiej wojny światowej. Pozyskał ludzi ze środowiska górali i ze środowiska turystycznego, narciarskiego. Od 1934 roku w Zakopanem mieszkał kapitan rezerwy Wojska Polskiego, jak się później okazało jeden z tych właśnie twórców Goralenvolk Witalis Wieder - agent Abwehry, czyli niemieckiego wojskowego wywiadu. To był człowiek z Wielkopolski. On tu przyjechał i brał udział w wielu spotkaniach, dobrze się kamuflował. Dzięki m.in. jego działalności, gdy Niemcy tu wkraczali, wiedzieli, kogo można pozyskać.

Działali od razu na rzecz pozyskania górali. W październiku 1939 roku zorganizowali pielgrzymkę górali na Jasną Górę. Ona miała pokazać, że Niemcy nie są tacy źli, bo nie zniszczyli klasztoru, który dla Polaków był ważny. Doszło do zbliżenia niemieckich urzędników i przedstawicieli administracji ze starszyzną góralską, m.in. z Wacławem Krzeptowskim, Stefanem, Andrzejem Krzeptowskimi i Józefem Cukrem. Pielgrzymkę zorganizował właśnie Witalis Wieder. To było wybadanie nastrojów wśród górali.

To otworzyło drogę do dalszych działań. 7 listopada w 1939 roku, czyli pierwszego dnia, kiedy Hans Frank zaczął urzędować na Wawelu w Krakowie, pojawiła się u niego delegacja góralska z Wacławem Krzeptowski na czele. Potem 12 listopada była rewizyta Hansa Franka w Zakopanem. Przy dzisiejszej ulicy Kościuszki, a wtedy Banhofstrasse, odbyło się spotkanie, w ramach którego górale - jak to miał powiedzieć Krzeptowski - „oddali się pod skrzydła opiekuńcze narodu niemieckiego”. Mój dziadek tłumaczył te słowa, bo Krzeptowski nie znał niemieckiego. Więc tutaj wydaje mi się, że to potwierdza, iż Henryk Szatkowski był jedną z najważniejszych osób w tym ruchu.

W 1942 roku powstał Komitet Góralski - taka namiastka władzy samorządowej Goralenvolk. Miał kilkanaście delegatur - od Czarnego Dunajca aż po Szczawnicę. Starano się wprowadzić dokumenty osobiste, tzw. kenkarty z literą „G”, czyli „goralen”. Niemcy liczyli, że górale to masowo poprą. Ale okazało się inaczej.

No właśnie, obecnie jak ktoś myśli o II wojnie światowej na Podhalu, to od razu mu się kreuje stwierdzenie „górale zdradzili”. A jak to było faktycznie? Ilu ludzi przeszło na stronę niemieckich okupantów?

Kenkarty G wzięło niecałe 17 proc. mieszkańców całego Podtatrza. Pamiętajmy jednak, że wydawanie tych dokumentów to nie była dobrowolna wizyta w urzędzie, ale proces w warunkach zastraszenia. Okazało się więc, że ta cała akcja niemiecka była palcem po wodzie pisana i większość górali była przeciwko. A ci nawet, którzy pobrali te karty G, brali bo na przykład w niektórych wioskach nie było innych. Tak było w Cichem, gdzie potargano kenkarty polskie i wszyscy ludzie, którzy tam mieszkali, pobrali kenkarty góralskie, bo nie mieli innego wyjścia. W Szczawnicy z kolei za działaczami delegatury Komitetu Góralskiego stali esesmani, którzy jasno zapowiedzieli ludziom: jak nie weźmiecie kenkart G, to zrobimy z wami to, co zrobiliśmy z Żydami.

A ta góralska wierchuszka tego ruchu? Oni naprawdę wierzyli, że są Germanami?

Wacław Krzeptowski, bo do niego zmierzamy, to był człowiek bardzo ambitny. On uważał, że poprzez działanie u boku Niemców uratuje góralszczyznę. Wierzył, że dzięki tym działaniom górale przetrwają. Pamiętajmy, że przez pierwsze trzy lata wojny Niemcy wszystko wygrywali, to był nieustanny sukces armii niemieckiej. Ludziom wydawało się, że Niemcy są siłą nie do pokonania. Wacław Krzeptowski uważał, że trzeba to, co się da uratować. W rozmowach z rodziną też podobno tak powiedział. Niemcy to wykorzystali, wplątali go w tę ideę. Wykorzystali do tego także fakt, że Wacław był zadłużony.

Według mnie to tragiczna postać. Gdy pisałem książkę o Goralenvolk, dotarłem do dokumentów, z których wynikało, że on rzeczywiście uratował bardzo wiele ludzi. Jemu wydawało się, że jest w stanie tak manewrować pomiędzy Niemcami a góralami, Polakami, że będzie pożyteczny. To było naiwne myślenie. Bo dla Niemców on był pionkiem, taką marionetką. Dlatego mówię, że był postacią tragiczną.

No ale też trzeba powiedzieć o tej drugiej stronie, tej czarnej stronie. Działacze Komitetu Góralskiego korzystali z tego, że byli u boku Niemców. Mieli w Zakopanem świetnie prosperujące sklepy, dostawali porządne jedzenie, gdy inni ludzie tutaj głodowali. I środki finansowe całkiem niemałe.

A jaka była liczba takich twardych zwolenników Komitetu Góralskiego? Ludzi, którzy faktycznie działali na rzecz Niemców?

To nie jest duża liczba, szacuje się to było to ok. 200-250 osób. Wielu z nich zostało zlikwidowanych. 250 osób, które realnie wspierało Komitet Góralski, 17 proc. całego społeczeństwa, które pobrało kenkarty G. To niewiele. Tymczasem jeżeli kogoś z Polski pytamy o drugą wojnę światową na Podhalu, to Goralenvolk jest wysuwany na pierwszym miejscu. A przecież mamy przykłady, takie bardzo chwalebne, ludzi, działań, organizacji, które były przeciwwagą właśnie dla Goralenvolk.

Goralenvolk wprowadził podziały także wśród rodzin góralskich. Chociażby w rodzinie Krzeptowskich. Z jednej strony Wacław Krzeptowski, który współpracuje z Niemcami, a z drugiej strony mamy Józefa Krzeptowskiego z tej samej rodziny, który zostaje kurierem tatrzańskim i 58 razy przechodzi do Budapesztu. Po wojnie został wywieziony na Syberię za to, że był w Armii Krajowej, że był kurierem tatrzańskim. Było tych kurierów wielu. Większość to górale. Chociażby z rodziny Marusarzów, jakże zasłużona trójka - Helena, Stanisław i Jan. Z rodziny Frączystych z Chochołowa - Franciszek, Gustaw i Stanisław. Kurierzy z rodziny Kulów, bardzo młodzi - Jan i Stanisław. I wielu, wielu innych. To pokazuje, że działalność kurierska była taką odtrutką na tę hańbę Goralenvolk. Próbą zmazania hańby części górali.

Wojciech Adamiecki w świetnej książce „Taniec z nożami” zapytał kiedyś Józefa Krzeptowskiego, dlaczego on się tak narażał, przechodząc przez Tatry do Budapesztu. Ten odpowiedział wprost, że po prostu chciał, by chociaż o jednym z jego rodziny mówili dobrze. Górale tak naprawdę czuli, że Goralenvolk jest czymś złym. Widać to było także w akcji Komitetu Góralskiego z 1943 roku, gdy tworzono legion góralski Waffen SS. Najpierw około 350 górali zaproszono do hotelu Morskie Oko. Tam ich oczywiście spito wódką, potem zapędzono na dworzec kolejowy w Zakopanem i wywieziono do obozu szkoleniowego Waffen SS w Trawnikach na Lubelszczyźnie. Z tego transportu większość uciekła, a ci, którzy dotarli, zostali poddani badaniom. Okazało się, że wielu z nich w ogóle nie może służyć w wojsku. Zostało od 10 do 12 ludzi. Jeden z niemieckich esesmanów pisał potem z sarkazmem, „że Niemcy będą musieli jakoś wygrać wojnę bez górali”.

Była jeszcze Konfederacja Tatrzańska. To był właściwie ruch w odpowiedzi na zdradę góralki.

Tak, akcja Augustyna Suskiego była skierowana bezpośrednio przeciwko Goralenvolk, żeby ludzi odciągnąć od tej - jak to mówiono - krzeptowszczyzny. Potem działalność partyzantki, kurierów tatrzańskich, Wojciecha Duszy „Szaroty. Te działania spowodowały, że ludzie wiedzieli, co jest złe, a co nie. Trzeba wyraźnie zaznaczyć, że większość górali zachowała się w czasie II wojny przyzwoicie i nie zdradziła Polski.

Natomiast ludzie spoza Podhala nie byli zupełnie świadomi, jak wyglądała naprawdę okupacja na Podhalu. Do tego stopnia, że jak góralki jeździły z jakimiś produktami spożywczymi z Zakopanego w głąb kraju w strojach góralskich, to pluto im w twarz za zdradę. Wszystko dlatego, że w Polsce Niemcy rozesłali wiadomość, że górale przystąpili do nich. Były spore artykuły w różnych niemieckich periodykach, na przykład w „Das Generalgouvernement” - gazecie Generalnej Guberni, w „Gońcu Krakowskim”. Tam pisano, że Krzeptowski u Franka, o Franku w Zakopanem, pisano o Komitecie Góralskim. W ten sposób Niemcy starali się wbić klin w nasz naród.

Jak góralskie społeczeństwo reagowało na ruchy partyzanckie? Na Konfederację Suskiego, kurierów?
Myślę, że dobrze. Społeczeństwo wiedziało, że w pewnym momencie Niemcy „pękną”. Na szczęście tak się stało. Ludzie jednak starali się przeżyć tę wojnę. Każdy dzień był wyzwaniem, bo można było zginąć lub być wywiezionym na roboty do Austrii czy Niemiec. Za pomoc kurierowi tatrzańskiemu groziła śmierć, za przechowywanie radia - śmierć. Nie wolno było zabić krowy, bo za to też groziła śmierć. Trzeba było się pilnować, by nie wyjść na ulicę w godzinę policyjną albo bez dokumentów. Bo wtedy od razu się lądowało w Palace. Ludzie tu żyli po prostu jak na polu minowym. Powszechny był terror, strach. Dodatkowo teren był mocno nasączony konfidentami, kapusiami, którzy donosili na Gestapo. Z dokumentów w IPN wynika, że ci co donosili Niemcom, po wojnie donosili Sowietom. Liczba tych ludzi była ogromna. Działania konfidentów doprowadziły do rozbicia Konfederacji Tatrzańskiej.

Co twoim zdaniem powoduje, że obecnie nadal bardziej znany jest Goralenvolk niż te patriotyczne akcje górali za czasów okupacji?
Nie wiem. Może ludzie poszukują teraz takich ciemnych stron? Uważam, że swoją książkę „Goralenvolk. Historia zdrady” sam trochę się przyczyniłem do tego, że ludzie w Polsce okupację na Podhalu postrzegają z perspektywy Komitetu Góralskiego. Dla mnie to była książka rozliczenie z historią mojego dziadka, z trudną historią naszej rodziny.

Uważam, że trzeba pokazać Goralenvolk, ale i bohaterów podhalańskich. Bo nagle okazuje się, że tych drugich jest dużo więcej niż zdrajców. Temat kurierów jest wciąż mało znany, a byli to przecież czystej krwi bohaterowie.

Niedawno mówiłeś mi, że o kurierach w Polsce wie garstka osób, ale i nawet na Podhalu nie jest za dobrze z tą wiedzą. Chociaż przecież ci ludzie pochodzili z rodzin na Podhalu.

Mam nadzieję, że to się zmieni. Sam piszę książkę o kurierach tatrzańskich. W willi Palace dzięki Muzeum Tatrzańskiemu powstaje muzeum okresu II wojny światowej, gdzie będzie spora część poświęcona właśnie kurierom tatrzańskim. Naszym zadaniem jako historyków jest dotrzeć do ludzi, którzy pamiętają jeszcze tamte czasy, dokumentować ich wspomnienia, badanie źródeł. Zarówno ludzi, którzy działali w Goralenvolk i po drugiej stronie.

Temat Goralenvolk dla góralskich rodzin nadal jest trudny? Bolesny? Czy może już są gotowe o tym rozmawiać?
To zależy, czy rodziny omówiły historię swoich krewnych, odcięły się od tamtych działań. Niektórym to się udało. Ale są i takie reakcje, że ludzie się cietrzewią, gdy słyszą o Goralenvolk. Dla niektórych, zwłaszcza dla rodzin członków Komitetu Góralskiego to wielka trauma, z którą nie mogą sobie poradzić, nie chcą o tym mówić. Oni i tak już za czyny swojego krewnego byli karani. Po wojnie za zdradę narodu skonfiskowano im majątki. Czy oprócz tego ludzie mieli potem pretensje do rodzin członków komitetu? Mogę powiedzieć o mojej rodzinie. Moja babcia akurat nie miała takich problemów. Ona pobrała kenkartę polską, całkowicie się odcięła od roboty mojego dziadka. Wyprowadziła się z domu wraz z trójką dzieci - z domu, który wybudowała. By pokazać, że tego nie popiera. Ludzie jednak mogli mieć pretensje, bo przecież za czasów okupacji mnóstwo ludzi zginęło.

Zdrad, konfidentów współpracujących z Niemcami było w ówczesnej Polsce więcej, w całym kraju. A jakoś ten Goralenvolk bardzo mocno przebija się do świadomości

Niemcy mieli współpracowników na terenie całej Polski. Konfidentów było dużo w Warszawie, Krakowie, wszędzie. Jednak pokazanie, że górale odwrócili się od Polaków było niemieckim zabiegiem socjotechnicznym. Miało pokazać „wyście tych górali tak kochali w okresie międzywojennym, a oni się od was w ciągu kilku dni odwrócili”. Ten przykład miał oddziaływać na cały kraj, miał dobić Polaków jeszcze bardziej, że naród straci nadzieję na wygraną z III Rzeszą. I to się Niemcom niestety udało. Tyle lat jest po wojnie, a dotąd jest to temat bardzo ciężki dla wielu ludzi. Budzi ogromne emocje. I dlatego uważam, że trzeba jeszcze mocniej i więcej mówić o kurierach tatrzańskich.

Mam nadzieję, że powstające w tym roku Muzeum Palace i książka o kurierach tatrzańskich, którą planuję zakończyć za ok. 2 lata, pokażą, że w czasie II wojny światowej górale w zdecydowanej większości pozostali wierni Ojczyźnie, a akcja Goralenvolk okazała się całkowitą porażką.

od 12 lat
Wideo

Wybory samorządowe 2024 - II tura

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Materiał oryginalny: Wojciech Szatkowski: Nie górale wymyślili Goralenvolk. Idea ta została stworzona przez Niemców - Dziennik Polski

Wróć na naszahistoria.pl Nasza Historia