Ewa Bilicka

Jak ze Śląska do Brazylii wyjeżdżali

Większość polskich Brazylijczyków nie zna języka polskiego, ale - jak mówią - serce wciąż bije im bardziej w rytm mazurka, niż samby... Fot. Sławomir Mielnik Większość polskich Brazylijczyków nie zna języka polskiego, ale - jak mówią - serce wciąż bije im bardziej w rytm mazurka, niż samby...
Ewa Bilicka

Stare Siołkowice na Opolszczyźnie odwiedzili "polscy Brazylijczycy". Przyjmuje się bowiem, że ze Śląska pochodzi pierwszy emigrant, który ruszył na podbój Ameryki Południowej.

Większość polskich Brazylijczyków nie zna języka polskiego, ale - jak mówią - serce wciąż bije im bardziej w rytm mazurka, niż samby...
Sławomir Mielnik Lourival Dembicki, brazylijski urzędnik, ma ponad 70 lat i uczy się od kilku miesięcy języka polskiego

Lourival Dembicki, brazylijski urzędnik, ma ponad 70 lat i uczy się od kilku miesięcy języka polskiego
(fot. Sławomir Mielnik)

Niedziela, Stare Siołkowice, po odpustowej sumie i korowodzie. "Canarinhos" przeszli z kościoła pod wezwaniem św. Michała Archanioła do restauracji "Stantin" na typowy śląski obiad: rosół, rolada, kluski, zołza. Brazylijczycy lubią celebrować jedzenie, cieszyć się nim. A że śląskie smaki bardzo przypadły im do gustu, gościom dopisują też humory.

Pani Róża - jedna z nielicznych, która zna polski - zaczyna nucić:
Heja, heja, gdzies ty był
Za góreczką piwom pił
Przepił kunie, przepił wóz
Na czym będę du.. wiózł.

Róża Leśniakowska ma 94 lata, galicyjskie korzenie i doskonały humor. Przyśpiewki nauczyła się od dziadków. Serce się jej raduje, bo przyjechała do Polski, rodzinnego kraju dziadków. Była już w Krakowie, Wieliczce, a teraz - na Śląsku, w Starych Siołkowicach na Opolszczyźnie.

To dla Brazylijczyków polskiego pochodzenia wieś szczególna, bo stąd pochodził ojciec polskiej emigracji do kraju nad Amazonką. Ponad dwieście lat temu Sebastian Woś (Wosh), mieszkaniec Starych Siołkowic, prawdopodobnie uciekając przed wojskiem, postanowił wyemigrować za ocean, najpierw do Urugwaju, potem do Brazylii.

Przyjął nowe imię i nazwisko: Edmund Saporski i zaczął organizować życie Polaków w nowym kraju, sprowadzać do Brazylii kolejnych rodaków. Z jego inicjatywy nad Amazonkę przyjechało grubo ponad 100 rodzin mieszkających w Popielowie i w okolicznych wioskach, a także inni mieszkańcy będących wówczas pod zaborami ziem polskich.

- Jest uznawany za ojca polskiej emigracji, od niego wszystko się zaczęło - mówi Anisio Oleksy, który tydzień temu spacerował po Starych Siołkowicach. - To moja siódma podróż sentymentalna do Polski. Od lat osiemdziesiątych obserwuję, jak zmienia się kraj naszych praojców. Jest coraz ładniej i coraz bardziej chce się tu przyjeżdżać.

Wśród Polaków, którzy wyjechali przed wiekami do Brazylii, był dziadek pani Róży.

- Dziadek - Marek Niemiec był wojskowym, ale w Brazylii miało mu się żyć lepiej - mówi pani Róża po polsku. Widać, że to wciąż język jej serca. - Mogę wiele gadać po polsku, ale nie mam z kim.

Skąd wziął się eksodus do kraju nad Amazonką? Władze Brazylii były zainteresowane zasiedleniem dzikich ostępów - ziemię dawały więc przybywającym osadnikom za bezcen. Dużo ziemi - bo Brazylia to kraj ogromny. Owszem, trzeba było na niej ciężko pracować: najpierw ją wykarczować potem zasiać, zebrać plony, zbudować dom i budynki gospodarcze, zorganizować pastwiska. Ale opłacało się. Ziemia w zamian dawała sute plony. Krowy dawały tłuste mleko i pyszne mięso. Powstawały fortuny. Na liście gości, jacy przyjechali do Siołkowic, są nazwiska rolników, urzędników, biznesmenów i dyplomatów.

- Mój dziadek dostał wiele ziemi za pół ceny. Najpierw to był las, a w nim robaki. Dżungla. Część wykarczował, dom zbudował. Ożenił się, miał gromadkę dzieci - wspomina Róża.

Wprawdzie miała osiem lat, gdy dziadek umarł, ale dobrze pamięta, jak po polsku mówił i śpiewał. Początkowo mała Róża miała kłopot z przyswojeniem języka polskiego. Aż poszła do polskiej szkoły.

- Prowadząca lekcje siostra chciała, abym powiedziała "Zdrowaś Mario...". A ja nic, bom nie umiała. To ona wzięła witkę i stwierdziła: Musisz się modlić, za dziadków - wspomina.
I tak Róża nauczyła się polskiego. Śpiewająco.

Czasami po polsku myśli, lubi też wspominać wesela urządzane w naszym polskim, nie brazylijskim stylu. Kiedy to pod nóż szły dwie krowy, osiemdziesiąt kur, trzy prosiaki, a weselisko z poprawinami trwało trzy dni.
- Kocham Polskę i kocham Brazylię- mówi.

Większość polskich Brazylijczyków nie zna języka polskiego, ale - jak mówią - serce wciąż bije im bardziej w rytm mazurka, niż samby...
Sławomir Mielnik Róża Leśniakowska ma 94 lata, galicyjskie korzenie i doskonały humor

Róża Leśniakowska ma 94 lata, galicyjskie korzenie i doskonały humor
(fot. Sławomir Mielnik)

Latem 1875 r. do "Landratury", czyli do starostwa w Opolu, wpłynął wniosek 26 rodzin z Siołkowic i okolicy (w sumie 111 osób) z prośbą o zwolnienie ich z obywatelstwa pruskiego. Prośbę uzasadniali zamiarem opuszczenia Prus i osiedlenia się za oceanem w Brazylii. Już po paru dniach otrzymali tzw. Entlassungsschein, co oznaczało "wolną drogę".

- Była wolność poruszania się, emigracji. Więc mieszkańcy tych ziem nie mieli raczej problemu z wyjazdem - mówi redaktor Engelbert Miś, emerytowany dziennikarz, zresztą potomek legendarnego Wosia. Redaktor Miś już był zaangażowany w organizację pierwszych wizyt (o)polskich Brazylijczyków.

Choć pruskie władze wydawały glejty na wyjazd, to z niepokojem patrzyły na zjawisko. Szczególnie, że z roku na rok było one coraz bardziej wyraziste. W 1876 r. lokalny inspektor szkolny pisze: "I w tym roku duża liczba osób, szczególnie z Siołkowic i Popielowa, zamierza wyruszyć do Brazylii, (…) jest nie do pojęcia ten pęd w nieznane, do nadzwyczajnie niepewnej dla nich egzystencji, (…) o tym, że takie to warunki panują w Ameryce Południowej, a tym samym i w Brazylii mówi się dzieciom w szkole, aby przez nie trafić do ich rodziców i zniechęcić do emigracji. Jednak bezskutecznie, a Popielów i Siołkowice to główne siedliska tej emigracyjnej epidemii."

Powiatowy inspektor szkolny zwołał zaś nadzwyczajną konferencję dla wszystkich nauczycieli poświęconą problemowi przestrzegania przed emigracją.

Funkcjonariusze lokalnej administracji stale monitorowali zjawisko. Wójt gminy Siołkowice nakazał sołtysom sporządzenie wykazu tych, którzy zamierzają bez dokumentów wyemigrować do Ameryki. Podobną listę stworzono w gminie Popielów. Na listach były całe wielopokoleniowe rodziny. Działania władzy nie przynosiły efektu, bo zza oceanu przychodziły wieści przeczące przestrogom urzędników przed zagrożeniami na obczyźnie.

W listach tych przeczytać można było, że Brazylia to kraj bogatych w ryby rzek, pięknego oceanu, żyznych ziem. Na emigrację decydowali się zwykle ubożsi Ślązacy lub ci, którzy - jak Woś - musieli uciekać przed władzą. Nie wszyscy czekali na legalne glejty, niektórzy emigrowali na czarno. Zwykle były to podróże za darmo, pod opieką wysłanników z Brazylii, zwanych agentami.

Emigranci wsiadali do pociągu w Opolu lub w Lewinie i udawali się do Antwerpii, stąd płynęli parowcem do nowej ojczyzny. Wielu wracało zresztą na Śląsk, ale już jako agenci, aby kolejnych mieszkańców agitować za wyjazdem. Agenci w pozyskiwaniu emigrantów zobowiązani byli stosować konkretne kryteria, np. że będą wysyłać wyłącznie całe rodziny, bezdzietne małżeństwa tylko wtedy, gdy małżonkowie mają poniżej 45 lat.

Pruscy urzędnicy monitorowali sytuację i zdawali ze swych obserwacji raporty. Prokuratura opolska dysponowała kopią listu "agenta" Woscha z Siołkowic. Agent powiadamia, że wciąż nie jest w stanie podać dokładnej informacji w wiadomej sprawie, gdyż nie otrzymał jeszcze z Brazylii telegraficznej odpowiedzi. Obiecuje, że jak tylko taka nadejdzie, to natychmiast będzie powiadomiony o tym "czy i kiedy on i jego przyjaciele na koszt rządu brazylijskiego mogą zostać przewiezieni do Curitiby (stąd pochodziła większość Brazylijczyków, jacy tydzień temu odwiedzili Siołkowice).

Ministerstwo spraw wewnętrznych informowało jednocześnie rejencję opolską, że "warto, by karczmarz Wolff z Siołkowic jako ten, u którego codziennie gromadzą się ci, którzy swą własność już sprzedali, zbierał informacje o "agentach". Zbierano też informacje w samej Brazylii, na przykład o tym, że Franz Motzko z Dobrzenia Małego - były sanitariusz, który już wyemigrował do kraju nad Amazonką - planuje wrócić w rodzinne strony, zapewne z zamiarem agitowania do dalszej emigracji. Dochodziło nawet do karania grzywnami tych, którzy współpracowali z agentami. Nie brakowało też współpracujących z władzami.

"Buhnenmeister" (mistrz budowy ostróg wodnych) z Chróścic wysłał do opolskiej rejencji informację, że niejaki Schulz z Naroka wydaje się być największym agitatorem zachęcającym do emigracji. Gdy tylko otrzyma list, zaznajamia całą wieś z jego treścią, zachwalając uroki Brazylii.

Fala emigracji rosła, co roku do "Landratury" wpływały kolejne listy, na których znajdowało się nawet ponad 200 nazwisk.

Ponoć kiedyś zapytano chcących emigrować o powód takiej decyzji. Odpowiedź brzmiała: Za kwotę, którą zamierzają zabrać ze sobą, tutaj mogliby kupić co najwyżej 1-2 morgi, tam, w Brazylii, nieporównywalnie więcej.

W Brazylii Polacy początkowo bardzo kultywowali rodzime tradycje, kuchnię, zwyczaje. Ale z jednej strony takich emigrantów, jak oni, było tu bardzo dużo, z innych krajów Europy. Siłą rzeczy narodowości się mieszały, przenikały. Z drugiej zaś strony same władze brazylijskie były za tym, aby narodowościowe kolonie pozbawić autonomii, miały się one stać elementem nowego państwa, a nie enklawą innych narodowości.

Około 1930 r. - jak mówili sami polonusi w czasie wizyty, rząd brazylijski nakazał wprowadzenie w kolonii standardów brazylijskich, w tym języka portugalskiego jako głównego, by doprowadzić do integracji z krajem i poczucia odpowiedzialności za kraj. Dlatego teraz wśród Brazylijczyków, jacy przyjeżdżają do Siołkowic, niemal nikt nie mówi po polsku.

Lourival Dembicki, brazylijski urzędnik, ma ponad 70 lat i uczy się od kilku miesięcy języka polskiego - chodzi na kurs, jest jednym z 18 Brazylijczyków chcących poznać język swych przodków. Z uśmiechem dodaje, że jest najstarszym z kursantów.

- Gramatyka polska! - mówi z ciężkim westchnieniem. - Mam do niej osiem różnych podręczników.
Pragnie nauczyć się polskiego, bo postanowił odkryć historię swych przodów. Zadanie to karkołomne, biorąc pod uwagę fakt, że za punkt wyjścia ma jedynie pruski dokument wojskowy z imieniem i nazwiskiem swego przodka oraz fotografię.

- Żadnych więcej wspomnień - mówi. - Żadnych więcej dokumentów. Nawet nie wiem, skąd dziadek dokładnie pochodził. Gdy zacząłem się interesować swymi korzeniami, to nie było już nikogo w rodzinie, kto mógłby mi o tym opowiedzieć.

Dziadek miał ośmioro dzieci. Każde z nich ożeniło się lub wyszło za mąż za kogoś innej narodowości. W rodzinie byli więc Portugalczycy, Niemcy, Hiszpanie, Włosi. Tato Lourivala ożenił się z Włoszką. - W domu nie mówiło się więc po polsku, ale po portugalsku, czasem po włosku - mówi Brazylijczyk.

Do Polski, na Śląsk, przyjechał teraz pierwszy raz. Na razie to był rekonesans, bez większych efektów, nie odnalazł śladów przodków. Ale Lourival planuje następną podróż, dłuższą, wtedy zajrzy do archiwów, ksiąg parafialnych. Może się uda znaleźć igłę w stogu siana.

EWA BILICKA, Nowa Trybuna Opolska

Pisząc tekst korzystałam z artykułu Heleny Kokot i Józefa Moczki "Emigracja do Brazylii z Siołkowic, Popielowa i okolicy w latach 1875-1886".

Ewa Bilicka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.