Kanclerz klęczał w imieniu Niemiec. Jego gestu wówczas nie doceniono

Klęczącego kanclerza oglądają dziś w podręcznikach historii uczniowie nad Renem i nad Wisłą Fot. archiwum Klęczącego kanclerza oglądają dziś w podręcznikach historii uczniowie nad Renem i nad Wisłą

Willy Brandt nieoczekiwanie ukląkł przed pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie. - Uświadomiłem sobie, że samo złożenie wieńca to za mało - mówił

Klęczącego kanclerza oglądają dziś w podręcznikach historii uczniowie nad Renem i nad Wisłą. Wtedy jego gest był kompletnym zaskoczeniem. Niewiele wcześniej Willy Brandt złożył wieniec przed Grobem Nieznanego Żołnierza (ówczesne władze komunistyczne zadbały, by wieniec był większy niż ten, który Brandt zawiózł pod pomnik Bohaterów Getta) i poprzestał na zwyczajowym ukłonie. Więc przy kolejnym pomniku nawet dziennikarze nie bardzo patrzyli, co robi kanclerz.

"Poprawił szarfę przy wieńcu, a potem cofnął się kilka kroków wstecz. Wydawało się, że to jest jeden z wielu terminów protokolarnych gościa z zagranicy. Kilka sekund później ludzie w tłumie jakby obudzili się z odrętwienia. Reporterzy popychali się nawzajem na boki. Ci, którzy nie mogli zobaczyć, co się stało pod pomnikiem, wołali:, Co się dzieje? On klęknął, brzmiała odpowiedź" - relacjonował gest Willy'ego Brandta "Die Welt".
Kanclerz klęczał obojgiem kolan na stopniach monumentu, pochylając głowę, splatając dłonie i trwając tak przez długą chwilę w zadumie.

"Jeśli ten areligijny, nie będący współwinnym zbrodni, w czasie wojny nieobecny w Niemczech człowiek, na własną rękę obrał drogę przez dawne warszawskie getto i tam uklęknął - to nie klęczy tam z osobistego powodu. Klęczy ten, który tego czynić nie musi, za tych wszystkich, którzy muszą, ale nie klęczą - gdyż nie odważą się, albo nie mogą, albo nie potrafią lub nie chcą się odważyć. Przyznaje się zatem do winy, która go nie obciąża, i prosi o przebaczenie, którego sam nie potrzebuje. Klęczy więc za Niemcy" - relacjonował niemiecki dziennikarz.

Niemieccy politolodzy do dziś spierają się, czy uklęknięcie Brandta było gestem spontanicznym, czy starannie zaplanowanym symbolem, który miał przekonać Polaków, a pośrednio cały świat, że nowe Niemcy, całkowicie wolne od dziedzictwa wojny i nazizmu, są faktem.

Syn kanclerza Peter Brandt wspomina, że czyn ojca bardzo mocno poruszył jego matkę Rutt. Nawet żona nie do końca rozumiała, co wtedy przeżywał. Jak informowała "Deutsche Welle", po powrocie z Warszawy kanclerz miał jej powiedzieć, że "przecież trzeba było coś zrobić". Bliski współpracownik Brandta Egon Bahr wspomina, że wieczorem tego samego dnia, już na luzie, z kieliszkiem w ręce, skomentował zachowanie kanclerza jako niesłychane. Brandt odpowiedział: Nagle uświadomiłem sobie, że złożenie wieńca to za mało.

Czyn Brandta miał tym większą wagę, że kanclerz Niemiec odbywał wówczas pierwszą oficjalną wizytę w Warszawie. Jej celem było podpisanie układu między Warszawą a Bonn o normalizacji wzajemnych stosunków. W praktyce oznaczało to, iż Republika Federalna Niemiec uznaje granicę Polski na Odrze i Nysie Łużyckiej.

To gorzki paradoks, ale owo "klęczenie za Niemcy" przyjęto z wielką rezerwą w obu krajach. Niemcom wydał się on wyrazem przesadnej pokory wobec ówczesnej komunistycznej Polski, będącej członkiem wrogiego Układu Warszawskiego i mającej na sumieniu udział w tłumieniu Praskiej Wiosny. Dla środowiska wypędzonych i części chadeckiej opozycji krytycznie nastawionej do akceptacji zachodniej granicy Polski, kanclerz na kolanach w Warszawie był ostatecznym potwierdzeniem, że niemieckie "kresy wschodnie" trzeba uważać za utracone na zawsze. Wtedy aż 48 procent Niemców uważało gest Brandta za przesadzony (41 procent za właściwy).

Nawet Helmut Schmidt, czołowy polityk SPD, a od 1974 roku następca Brandta na fotelu kanclerza, przyznawał, że nie bardzo mógł zrozumieć gest kanclerza i zdawało mu się, że jednak trochę przesadził. Schmidt podkreśla, że dla wszystkich nie było do końca jasne, czy Brandt kierował swój gest był pod adresem zamordowanych Żydów i rządzących po wojnie państwem Izrael, czy jego uklęknięcie było adresowane jednak do Polski.

Jeszcze chłodniej zareagowały peerelowskie władze. Klękanie przed "niewłaściwym" pomnikiem, upamiętniającym Żydów, i to niespełna dwa lata po gwałtownej antysemickiej nagonce, której efektem były masowe wyjazdy z Polski obywateli żydowskiego pochodzenia, było Gomułce i jego ekipie kompletnie nie na rękę. Toteż gest Brandta został w mediach właściwie przemilczany. Gazety pokazywały niemieckiego kanclerza przed Grobem Nieznanego Żołnierza. Zdjęcia Brandta na kolanach weszły do powszechnej świadomości dopiero po 1989 roku.

Klaus Harpprecht, dziennikarz z otoczenia Brandta, odpowiedzialny wtedy w Urzędzie Kanclerskim za teksty przemówień kanclerza Republiki Federalnej, zanotował, że jedyną pozytywną, choć niepubliczną reakcją przedstawicieli władzy na historyczny gest było zachowanie Józefa Cyrankiewicza. Premier PRL-owskiego rządu i były więzień Auschwitz w samochodzie w milczeniu uścisnął Brandtowi dłoń.

Dzisiaj ani w Polsce, ani w Niemczech nie ma wątpliwości, że wydarzenie z 7 grudnia jest obok znaku pokoju Kohla z Mazowieckim w Krzyżowej jednym z kamieni milowych polsko-niemieckiego pojednania i zmiany wizerunku Niemiec w świecie. Czyn Brandta, także ze względu na towarzyszące mu niezrozumienie, chętnie porównuje się z pamiętnym listem biskupów polskich do niemieckich z 1965 roku zawierającym pamiętne słowa: Przebaczamy i prosimy o przebaczenie.

Podobieństwo wynika nie tyle nawet z faktu, że i biskupi z prymasem Wyszyńskim na czele, i Brandt byli nazywani zdrajcami. Kanclerz, podobnie jak Episkopat Polski, zdobył się na gest pokory. I gest ten przyniósł ostatecznie sukces. Także osobisty Willy'ego Brandta, uznanego Człowiekiem Roku przez magazyn "Time" w 1970 i laureata Pokojowej Nagrody Nobla rok później. W Warszawie doczekał się pomnika.

Uwga na gesty

Kanclerz Willy Brandt


Żył w latach 1913-1992. Od 1964 do 1987 roku był przewodniczącym partii SPD. W latach 1969-1974 kanclerz Republiki Federalnej Niemiec. Członek SPD od 1930 roku.

Po dojściu do władzy Hitlera wyemigrował z Niemiec. Po wojnie wrócił do Niemiec jako korespondent skandynawskiej prasy. W latach 1957-1966 był burmistrzem Berlina. A od 1966 do 1969 roku ministrem spraw zagranicznych RFN.


O tym, że politycy muszą uważać na gesty i liczyć się z tym, że będą one rozumiane wbrew ich intencjom, wiadomo nie tylko z relacji polsko-niemieckich. W 2009 roku amerykańskie media, a i opinia publiczna nie zostawiły suchej nitki na Baracku Obamie. Wszystko dlatego, że prezydent światowego mocarstwa zgiął się w ukłonie (niemal pod kątem 90 stopni), witając się z japońskim cesarzem Akihito i jego małżonką.

Obama pod naporem krytyki nawet nie próbował przywoływać argumentów etycznych, choć po Hiroszimie i Nagasaki gest pokory wobec japońskiej głowy państwa byłby pewnie zupełnie na miejscu. Zaatakowano go zresztą za to, że okazał przesadnie wielki szacunek człowiekowi, którego ojciec podjął decyzję o ataku na Perl Harbour. Prezydent tłumaczył więc, że chciał się tylko dostosować do japońskich zasad grzeczności. Poległ i tutaj.

Szybko mu wytknięto, że etykieta dworu japońskiego wcale nie oczekuje ukłonów od cudzoziemców i wystarczy, jeśli powitają oni cesarza przez podanie ręki. Z ręką też poszło zresztą Obamie tak sobie. Bo wprawdzie pokłonił się cesarzowi w pas, ale jednocześnie rękę wyciągnął do powitania pierwszy, dając do zrozumienia, że to on jest ważniejszy od gospodarza.

Najwyraźniej prezydent spontanicznie zdecydował się na taką formę powitania - podsumowywali z rezygnacją waszyngtońscy specjaliści od dyplomatycznej etykiety.

Jeśli nawet Obama popełnił gafę, to nie ma wątpliwości, że działał w dobrej wierze. Nie można tego z pewnością powiedzieć o Nikicie Chruszczowie, który przeszedł do historii jako jedyny - pożal się Boże - mąż stanu, który tłukł butem w pulpit w Organizacji Narodów Zjednoczonych.

Na posiedzeniu plenarnym ONZ 12 października 1960 r., podczas debaty na temat rozbrojenia i kolonializmu, było nudno. Chruszczow zgodnie z komunistyczną retoryką domagał się natychmiastowego przyznania niepodległości wszystkim koloniom i terytoriom zależnym na świecie. Kolonializm nazywał niesprawiedliwością i zagrożeniem dla światowego pokoju.

W odpowiedzi przedstawiciel Filipin i wspomniał o Europie Środkowo-Wschodniej - jak to określił - "połkniętej przez Związek Radziecki, której mieszkańcy pozbawieni są praw obywatelskich i politycznych".

Reakcję Chruszczowa tak opisał "New York Times": Krzyknął gniewnie, po czym znienacka zanurkował pod stół, a po chwili wyprostował się, potrząsając butem. Wykonał gest, jakby zamierzał cisnąć nim w przemawiającego delegata, następnie postawił but na pulpicie i zaczął nim rytmicznie uderzać o blat. Potem odłożył but i tłukł w pulpit pięściami, jak perkusista. A w jego ślad poszli niektórzy członkowie sowieckiej delegacji. Po czym Chruszczow założył but, podbiegł do mównicy i pukając wstrząśniętego Filipińczyka w klapy marynarki, wrzeszczał: Zabierzcie stąd tego palanta, tego imperialistycznego sługusa.

Próbujący przywołać Chruszczowa do porządku przewodniczący obradom Frederick Boland uderzał drewnianym młotkiem w pulpit tak energicznie, że aż go złamał. Chruszczow ironizował potem, że "całe ONZ jest warte właśnie tyle, co ten młotek".

Krzysztof Ogiolda
NOWA TRYBUNA OPOLSKA

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.