Zuzanna Wierus

Koniec hipokryzji, czyli jak rodziła się seksuologia

Koniec hipokryzji, czyli jak rodziła się seksuologia Fot. archiwum
Zuzanna Wierus

W XIX w. przerażał nie tylko niski stan wiedzy Polek i Polaków o seksie, ale nawet ubogi sekssłownik. Seksuologia rodziła się w ekstremalnie trudnych warunkach

Kiedy młody Stanisław Kurkiewicz rozpoczynał praktykę w krakowskim Szpitalu św. Łazarza, niejednokrotnie wprowadzał co młodsze pacjentki w stan pewnego zakłopotania. Oprócz typowego wywiadu lekarskiego dotyczącego samych dolegliwości, ich nasilenia i okoliczności pojawiania się, dopytywał się bowiem także o życie intymne dam i satysfakcję z niego płynącą. Cóż było robić przeciętnej pacjentce? Oczywiście oblać się rumieńcem i zareagować świętym oburzeniem. Ewentualnie udać, że się nie dosłyszało pytania.

Hipokryzja obyczajowa

Przełom XIX i XX w. w Europie w sferze obyczajowości charakteryzował się daleko posuniętą hipokryzją. Z jednej strony, powszechnie uważano, że należy bez ograniczeń spełniać potrzeby seksualne mężczyzn, którzy (podobnie zresztą jak dziś) rzadko żenili się przed 30. rokiem życia i do tego czasu, jak to eufemistycznie określano, musieli się wyszumieć (czyli, mówiąc prościej, używać sobie bez ograniczeń z kim popadnie). Z drugiej strony, kobietom odmawiano posiadania jakichkolwiek potrzeb seksualnych: miały siedzieć w domu i rodzić dzieci, a w trakcie ich poczynania zaciskać zęby i myśleć o ojczyźnie.

Milczącemu przyzwoleniu na korzystanie przez mężczyzn z uciech cielesnych towarzyszyła jednak daleko posunięta tabuizacja sfery intymnej. O seksie nie mówiło się w zasadzie nic.

Rozwój sekspolszczyzny

Pioniera polskiej seksuologii przerażał jednak nie tylko nikły stan wiedzy jego podopiecznych. Niepokoiła go także kondycja związanej z seksualnością terminologii. Był przekonany, że gdyby Polacy poznali słowa, których mogliby bez skrępowania użyć podczas wizyty u lekarza, nie wstydziliby się zgłaszać do niego ze swoimi problemami; „Na przypadłości płciowe chętniej szukalibyście rady lekarskiej, gdybyście mieli pod ręką wyrazy i wyrażenia dla tych spraw, jasne, a łagodnie (tj. nierubasznie) brzmiące, a więc możliwe do używania w towarzystwie z osobami światłymi i ułożonymi".

Dlatego też doktor ubogacał nasz język, jak tylko mógł. To właśnie dzięki niemu słownik XIX-wiecznej sekspolszczyzny wzbogacił się m.in. o: płcenie, łechtaczenie, trudnoszczytaka, napopędaka, samieństwoiprzebłogoś. Niema się z czego śmiać - pewnie tak właśnie nazywalibyśmy intymne czynności i defekty w pożyciu, gdyby ktoś wtedy wziął na poważnie zbiór dobrych rad profesora Kurkiewicza.

Tadeusz Boy-Żeleński (inny znakomity ekspert od seksu i płciowości), który się trochę z Kurkiewicza podśmiewał, ale jeszcze bardziej go bronił, musiał się z nim zgodzić. Zauważał bowiem, że od czasów Fredry nikt się o intymny słownik Polaków specjalnie nie troszczył i że po Fredrowskich bindach, obłapianiu, ciamajdach, jebcach, jeburach, miękkochujach, piździnach i psiochach Polacy zmuszeni byli podejmować poszukiwania we własnym zakresie. I w efekcie - jak pisze Boy - nie wiadomo było, jak nazwać „wiadome czynności: „Czy »dusz bratnich pokrewieństwem«? Czy »tarzaniem się w rozpuście«? »Serc komunią« - czy też »świństwem« Lub czym innym w takim guście?".

Dostrzeganie problemu nie przeszkadzało jednak Boyowi w ciągłym podśmiewaniu się z kurkiewiczowskiego języka: „Terminologia ta bywa czasem szczęśliwa, czasem nazbyt robiona i dziwaczna; na ogół neologizmy Kurkiewicza, w związku z drastycznymi tematami opisywanymi z jakąś naiwną skrupulatnością, dają wrażenia tak nieprzeparcie humorystyczne, że czytając, niepodobna raz po raz wstrzymać się od śmiechu".

Z tej właśnie troski o obudzenie seksualnej świadomości w narodzie w gabinecie Kurkiewicza (pardon! „Poradni płciowniczej"!) mieszczącym się przy ul. Stefana Batorego 20 w Krakowie używało się takich terminów jak: chwalca zwisakowy (dla tych mniej domyślnych: mężczyzna dumny ze swojego zwisaka i jego niepodlegających żadnej wątpliwości osiągnięć) czy napopędak.

Co więcej, szalony doktor nie tylko tworzył seksualne neologizmy, ale też pretendował do ustalenia własnej normy językowej w tej dziedzinie, bo: „zamiast - »bawić się bzyćko« lub też ludowych określeń typu »ognie biją«, »natura tężeje«, »chwyciło razem« itp. - mówię »tam a tam napinam się płciowo«, »to a to napina mnie płciowo«, »dostaję napięcia tu i tu«, »mam napięcie płciowe«, »mam napięcie płciowe i gotowość płciową« - »chce mi się« i »chcę coś przedsięwziąć płciowo«, »mam chętność płciową« i »parcie do czynności płciowej«, »rozochocenie«, »rozbudzenie«, »rozgorzenie«, wreszcie »żar płciowy"«, »zachwytowanie«, »błogość wznoszącą się do szczytu«". W 1913 r. udało mu się dopiąć swego - profesor Stanisław Kurkiewicz wydał wtedy bowiem książkę, którą trudno byłoby nazwać bestsellerem. A mianowicie: „Słownik płciowy".

Kurkiewicz okazał się na tym polu pionierem. Niestety walczącym z wiatrakami - jego próby zrewolucjonizowania polskiego sekssłownictwa tak, żeby było ono akceptowalne dla krakowskich mieszczan, spełzły na niczym. Choć ogrom włożonej przez niego w „Słownik płciowy" (o wdzięcznym podtytule „do użytku przy zeznawaniu przed lekarzem") pracy może robić wrażenie -neologizmy, zwane przez samego autora kurkiewami, można liczyć w tysiącach. Niestety, tylko jednemu wyrazowi udało się na stałe wejść do polskiego słownika - to słowo „sexuologia" wymyślone przez Kurkiewicza w tym samym czasie całkowicie niezależnie od Iwana Blocha, któremu do tej pory przypisuje się jego autorstwo.

Niepoważna nauka

Poczciwy Kurkiewicz był okrutnie wyszydzany przez kolegów po fachu, a jego stateczniejsze dzieła w lekarskim gronie Krakusów (i nie tylko) nie były traktowane poważnie. O przyczynach wykluczenia Kurkiewicza ze środowiska medycznego rozprawiał w jednym ze swoich felietonów Boy-Żeleński, który pisał: „Ten sposób wydawania swoich prac, odbijająca od przyjętej »etykiety« naukowej, pewne wreszcie osobiste dziwactwa samego autora postawiły go poza nawiasem naszego świata naukowego".

Kurkiewicz nie poddawał się jednak i wytrwale niósł przed narodem seksualnej oświaty kaganiec. W 1905 r. własnym sumptem wydał bowiem pracę "Z docieków (studiów) nad życiem płciowym. Tom I. Nieświadome błądzenia i cierpienia", która była pierwszym profesjonalnym opracowaniem przeznaczonym dla szerokiego grona odbiorców. W swoim dziele Kurkiewicz nie tylko szczegółowo opisywał istotę popędu płciowego i wskazywał na różnice przejawiania się go w zależności od płci, ale też przełamywał panujące w społeczeństwie tabu na temat seksualności kobiet, której istnienia w tamtych czasach nawet nie podejrzewano.

Tom II publikacji pt. "Szczegółowe odróżnienie czynności płciowych" można uznać za pierwszy polski poradnik seksuologiczny z prawdziwego zdarzenia. Także w tych książkach przedstawiał naukowe zagadnienia w sposób, który dziś uznalibyśmy za dość... egzotyczny. Mimo dość kontrowersyjnych sposobów głoszenia swoich nauk i nieuznania przez środowisko doktorowi Kurkiewiczowi nie można odmówić ogromnego wkładu w rozwój seksuologii i oświaty seksuologicznej. Oprócz wydawania dość trudnych zdaniem opinii publicznej dzieł i przyjmowania pacjentów w gabinecie działał także na rzecz otwarcia placówki zajmującej się badaniami nad seksualnością, prowadził nauki świadomego rodzicielstwa dla młodzieży i dorosłych, krótko mówiąc - traktował śmiertelnie poważnie to, co wtedy (a czasem i dziś) uznawało się za zwykłą fanaberię. Niechciane ciąże i aborcje stanowiły jednak w tym czasie ogromny i niewygodny problem społeczny - usuwając ciążę, najczęściej korzystano z usług niewykwalifikowanych akuszerek, co nierzadko kończyło się śmiercią pacjentek.

W Warszawie z tym problemem próbowali w tym czasie walczyć Tadeusz Boy-Żeleński (z wykształcenia lekarz) i felietonistka (a zarazem kochanka Boya) Irena Krzywicka. Boy poświęcił temu zagadnieniu wiele książek i felietonów (min. „Piekło kobiet", „Jak skończyć z piekłem kobiet?"), jednak nawet jego twórczości niestety daleko było do właściwego Kurkiewiczowi wdzięku.

Praca u podstaw

Największym problemem przełomu XIX i XX w. były nie tylko niechciane ciąże i pokątne aborcje - efektem ubocznym panującego w społeczeństwie seksualnego dyletanctwa było niekontrolowane szerzenie się chorób wenerycznych, które - nim Alexander Fleming w 1928 r. odkrył penicylinę - leczono silnie toksyczną rtęcią.

Szczególnie przykry bywał los kobiet zarażanych przez swoich mężów przypadłościami, które nabyli, używając sobie w młodości bądź nawet już podczas trwania małżeństwa (korzystanie z usług prostytutek było wówczas na porządku dziennym). Kobiety nie miały praktycznie żadnych szans na podjęcie działań profilaktycznych, a skutki złego prowadzenia się ich mężów spadały zazwyczaj na nie. Kurkiewicz dostrzegał powszechne traktowanie małżeństwa jak kontraktu handlowego i brak odpowiedzialności mężczyzn za ciężarne partnerki, które były zmuszone bądź do dokonywania aborcji, bądź rodzenia dzieci, na których przez całe życie ciążyło piętno bękartów. Dostrzegał również problemy homoseksualistów żyjących w związkach heteroseksualnych z powodu presji społecznej. Co nie znaczy, że odczuwanie pociągu do osób tej samej płci uważał za normalne i akceptowalne.

Z tych samych powodów także wspomniany wcześniej Tadeusz Boy- Żeleński (z Ireną Krzywicką) starał się jak najbardziej spopularyzować ideę powszechnej edukacji seksualnej. Jedną z inicjatyw środowiska. Wiadomości Literackich i samego Żeleńskiego było zakładanie poradni lekarskich mających pomagać kobietom w zapobieganiu niechcianej ciąży. Pierwsza taka poradnia powstała w Warszawie pod koniec 1931 r. O tym jaka była skala jej działalności, niech świadczy to, że w ciągu pierwszych sześciu miesięcy 1932 r. udzielono porad aż 2226 kobietom. W prowadzonej przez Boya poradni nie usuwano ciąż, sam Boy zresztą uważał aborcję za zło konieczne, jednak zauważał potrzebę podejmowania tego tematu i złagodzenia ustawy antyaborcyjnej: „Głosić wzniosłe teorie o »prawie płodu do życia«, znów grozić matce więzieniem w imię praw tego płodu, ale i równocześnie nie troszczyć się o to, aby nosicielka miała co do ust włożyć... I rzecz szczególna, ten sam płód, nad którym trzęsą się ustawodawcy, póki jest w łonie matki, w godzinę po urodzeniu traci wszelkie prawa do opieki prawnej, może zginąć pod mostem z zimna".

Przekonywał, że nie można nazywać zbrodnią tego, co jest powszechne. Tym bardziej że sądy skazywały na więzienie nieliczne kobiety, które decydowały się na aborcję, większość ciężarnych korzystała z usług lekarzy działających w aborcyjnym podziemiu i z pomocy niewykwalifikowanych akuszerek, tym samym narażając na szwank własne życie i zdrowie. Boy był przekonany, że nie można karać kobiet, które nie mają środków do życia, mają już pięcioro (lub więcej) dzieci do wykarmienia albo wraz z mężem i liczną dziatwą gnieżdżą się w jednej izbie. Warto dodać, że Tadeusz Boy-Żeleński był nie tylko inicjatorem kampanii na rzecz aborcji i świadomego macierzyństwa, ale też akcji mających na celu ograniczenie roli Kościoła katolickiego w państwie czy zmianę prawa małżeńskiego.

Boyowi swoją działalnością zdarzało się tak mocno nadeptywać co niektórym na odcisk, że odwdzięczano mu się, powszechnie publikując takie oto wierszyki satyryczne:
„(...) Że już nie ma czci dla księdza,
Że się w kraju płodność zmniejsza,
Że nie tylko czas się spędza
Boya wina, Boya wina,
Boya bardzo wielka wina!
Że żyć można z tamtą i tą Potem znowu z tamtą i tą
Że można być masochistą,
Lub-bezkarnie!!! -pederastą!
Boya wina, Boya wina,
Boya bardzo wielka wina!"

Sam adresat tych docinków zdawał się jednak nimi nadmiernie nie przejmować - nadal robił swoje,mimo że jego działalność nie do końca odpowiadała zarówno przedstawicielom państwa, jak i Kościoła. Podobnie było z Ireną Krzywicką, choć jej motywacje były zgoła inne. Ją do podjęcia dzieła edukacji seksualnej w społeczeństwie zainspirowała... choroba weneryczna narzeczonego. Mimo że dla jego rodziny była to prawdziwa zmaza na honorze, Irena stwierdziła... że to choroba jak każda inna i zgodziła się poczekać na ślub kolejne dwa lata. Była to decyzja dość niespotykana w tamtych czasach, choć trzeba mieć na względzie to, że Jerzy Krzywicki był po prostu jedną z najlepszych partii ówczesnej stolicy.

Kiedy Krzywicka poznała Boya, wspólnie otworzyli pierwszą w stolicy Poradnię Świadomego Macierzyństwa. Pracowali tam honorowo lekarze gotowi służyć radą każdej pacjentce. Niestety, wiele z nich po prostu wstydziło się z niej korzystać. Ogromny wpływ na tak kiepskie funkcjonowanie ośrodka miała wspomniana wyżej nagonka ze strony prasy i Kościoła, widzących w tej inicjatywie prostą drogę do całkowitej demoralizacji oraz upadku społeczeństwa.

Na szczęście publiczna dyskusja na temat wspólnego dzieła Boya i Krzywickiej nie potrwała zbyt długo, a to za sprawą redaktora „Wiadomości Literackich", który w dodatku „Życie Świadome" publikował teksty o antykoncepcji, aborcji, a także planowaniu rodziny. Nie robił sobie zbyt wiele ze złośliwych opinii doradzających zmianę tytułu gazety na "Wiadomości Ginekologiczne". To właśnie na łamach jego pisma Krzywicka i Boy mieli największe pole do popisu i skwapliwie z niego korzystali, zgodnie działając na rzecz zwiększenia świadomości w społeczeństwie.

Sztuka kochania w PRL

Tak jak Stanisław Kurkiewicz uważany jest za ojca polskiej seksuologii, tak na miano matki bezsprzecznie zasługuje Michalina Wisłocka. Po wojnie, w 1952 r. 31-letnia wówczas Wisłocka uzyskała dyplom lekarza. Zajmowała się leczeniem niepłodności i antykoncepcją. Jeździła po kraju, tłumacząc Polkom, jak chronić się przed niechcianą ciążą. Była zwolenniczką tzw. kapturka nakładanego na szyjkę macicy, nieufnie natomiast podchodziła do tabletek antykoncepcyjnych. Założyła Towarzystwo Świadomego Macierzyństwa i kierowała Pracownią Cytodiagnostyczną Towarzystwa Planowania Rodziny.

„Panią od seksu" została po opublikowaniu „Sztuki kochania" w połowie lat 70. Był to pierwszy w świecie za żelazną kurtyną poradnik seksuologiczny - lekarka opisywała w nim doświadczenia swoich pacjentów, przedstawiała różne metody antykoncepcji i zachęcała do świadomego korzystania z uciech, nie wyłączając z nich zmian pozycji i erotycznych zabaw.

Sama tak pisała o swojej książce: „»Sztuka kochania« nie zawiera recepty na miłość, nie jest też podręcznikiem technik seksualnych. »Kochanie« to piękne polskie słowo, które w odczuciu określa ciepły, serdeczny, pełen przyjaźni i harmonii seksualnej kontakt dwojga bliskich sobie ludzi. Moja książka powstała w roku 1974, w wyniku piętnastoletniej pracy lekarskiej oraz społeczno-publicystycznej".

Dzisiaj nakład, w jakim rozeszła się „Sztuka kochania" - ponad 7 min egzemplarzy - wskazywałby na to, że należy obwołać ą bestsellerem. Zrobiła zresztą furorę nie tylko w Polsce, ale także w innych krajach bloku radzieckiego. Doczekała się nawet chińskiego tłumaczenia. Choć Wisłocka osobiście nie miała wielkiego doświadczenia w tej materii, zdecydowanie zrewolucjonizowała myślenie o seksie. Niejednokrotnie, jak to bywa z idącymi pod prąd, solidnie obrywała za swoje poglądy. Porównywano ją do Hitlera, nazywano morderczynią i opętaną, próbowano sprowadzać na „właściwą drogę". Paradoksalnie jednak największy bój toczyła z kolegami lekarzami, którym nie w smak były uświadomione kobiety - umiejętne stosowanie antykoncepcji oznaczało bowiem brak chętnych na zabiegi usuwania niechcianych ciąży.

W 2011 r. sześć lat po śmierci Wisłockiej, w 90. rocznicę jej urodzin, na kamienicy, w której mieszkała, umieszczono tablicę pamiątkową z napisem: „W tym domu mieszkała Michalina Wisłocka, najwybitniejsza popularyzatorka wiedzy seksuologicznej i pionierka leczenia niepłodności w Polsce. Uczyła ludzi szczęśliwej miłości"

Zuzanna Wierus

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.