Dorota Kowalska

Miękkie lądowanie. Jak powstawały WSI

Skarżących Antoniego Macierewicza za raport WSI było wielu. Ministerstwo Obrony Narodowej co rusz w swoim Dzienniku Urzędowym drukuje przeprosiny i Fot. Dariusz Gdesz / Polskapresse Skarżących Antoniego Macierewicza za raport WSI było wielu. Ministerstwo Obrony Narodowej co rusz w swoim Dzienniku Urzędowym drukuje przeprosiny i płaci
Dorota Kowalska

Teoretycznie miało to być nowe otwarcie. Zupełne zerwanie z komunistycznym wywiadem i niesławną WSW. Ale Wojskowe Służby Informacyjne niosły ze sobą znaczny bagaż z przeszłości

Wojskowe Służby Informacyjne, do dzisiaj jedna z najbardziej kontrowersyjnych służb wolnej Polski. Powstawały na przełomie lat 80. i 90., po obradach Okrągłego Stołu, już w nowej polskiej rzeczywistości. Jedni od lat WSI krytykują, nazywając je przedłużonym ramieniem Moskwy, miejscem schronienia dla ludzi byłych peerelowskich służb specjalnych. Inni bronią, wskazując na profesjonalizm ludzi, którzy się w nich znaleźli.

Wszystko zaczęło się w kwietniu 1990 r., kiedy rozformowano WSW, czyli Wojskową Służbę Wewnętrzną. WSW była instytucją kontrwywiadu wojskowego i służby zabezpieczającej bezpieczeństwo Siłom Zbrojnym Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej oraz utrzymania dyscypliny wojskowej.

W praktyce chodziło o zwalczanie szpiegostwa przeciwko wojskowym, przeciwko przemysłowi zbrojeniowemu, zwalczanie dywersji politycznej, terroru, sabotażu, zapobieganie tworzenia nielegalnych związków wewnątrz wojska, ale też zwalczanie przestępczości pospolitej wśród żołnierzy, utrzymywanie dyscypliny, werbowanie obcokrajowców, w tym dyplomatów, mogących mieć informacje ważne dla państwa, a przede wszystkim wojskowych.

Na czele WSW stał szef (w sumie przez te wszystkie lata było ich pięciu), aparat centralny podległy szefowi otrzymał nazwę Szefostwa. Przez pierwszą dekadę istnienia Wojskowa Służba Wewnętrzna dzieliła się na dwa podstawowe piony - operacyjny i porządkowo-dochodzeniowy - nadzorowane przez dwóch zastępców szefa WSW. Pion operacyjny (kontrwywiadowczy) był główny. Potem, w latach 60., utworzono dodatkowe stanowisko zastępcy szefa WSW do spraw politycznych.

Ale w kwietniu 1990 r. było jasne, że WSW - taka, jak byśmy to określili dzisiaj, „policja w wojsku" - kojarzona ze starym systemem nie ma najmniejszych szans na istnienie. WSW miała złą opinię, zarzucano jej, że jest kontynuacją Głównego Zarządu Informacji Wojskowej. I tak 30 sierpnia 1990 r. zakończyło się jej rozformowanie. Około 70 proc. oficerów WSW odeszło ze służby: albo na emerytury, albo na tzw. listy przejściowe, które de facto stały się formą przechowywania ludzi.

Rozliczeniem WSW zajęła się sejmowa podkomisja Janusza Okrzesika, podobnie jak przygotowaniem raportu z likwidacji tej służby. Efektem prac komisji Okrzesika był poufny raport (z kwietnia 1991 r.) dotyczący m.in. nieprawidłowości, a nawet nadużyć finansowych w dawnym Szefostwie WSW oraz działań WSW przeciw opozycji politycznej. Przede wszystkim jednak raport miał potwierdzić fakt współpracy oficerów WSW z KGB. Jak wynikało z dokumentu, w każdej instrukcji dotyczącej działań WSW istniał zapis o zwalczaniu wrogów politycznych. Oficerowie kontrwywiadu oddelegowywani byli do słuchania radiostacji zachodnich, studiowania niezależnych wydawnictw, a także brania udziału w praktykach religijnych. Nic zatem dziwnego, że zadecydowano o rozwiązaniu skompromitowanej służby.

„Raport podkomisji, którą kierowałem, na pewno nie był tak wstrząsający jak raport sporządzony przez »komisję Rokity«. Choćby dlatego, że nie ujawniliśmy żadnego przypadku morderstwa popełnionego przez WSW na działaczach opozycyjnych czy księżach. Zawarte w nim informacje niezbicie jednak dowodziły, że Wojskowa Służba Wewnętrzna służyła do tego samego co SB, to jest do zniewalania narodu, trzymania Polski w niewoli Związku Sowieckiego oraz zwalczania opozycji" - mówił Janusz Okrzesik „Dziennikowi Polskiemu".

Tak zwana komisja Okrzesika miała też stworzyć wytyczne, jak weryfikować funkcjonariuszy WSW. Bo to, co z tej służby zostało włączone do Zarządu II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Nazwę zmieniono na: Zarząd II Wywiadu i Kontrwywiadu Sztabu Generalnego WP. Służba podporządkowana była sztabowi generalnemu.

Nie było mnie wtedy w kraju, ale z tego, co potem opowiadano, wynika, że w otoczeniu prezydenta Lecha Wałęsy pojawiły się głosy, że istnieje potrzeba służb, które byłyby bliżej prezydenta

- opowiada gen. Marek Dukaczewski, były szef WSI.

Doszło do rozmów, w których oprócz ludzi prezydenta Lecha Wałęsy mieli uczestniczyć: Piotr Kołodziejczyk, minister obrony narodowej w rządach Tadeusza Mazowieckiego i Jana Krzysztofa Bieleckiego, oraz Czesław Wawrzyniak, szef gabinetu ministra obrony narodowej.

- W międzyczasie w Rosji doszło do puczu Janajewa, który był sporym zaskoczeniem dla Polski. Lech Wałęsa, wypowiadając się na ten temat, korzystał z analiz wykonanych przez służby wojskowe. Okazały się one bardzo trafne - opowiada gen. Dukaczewski. - To był kolejny impuls do tego, aby stworzyć takie wojskowe służby specjalne - tłumaczy generał.

Tak miały powstać Wojskowe Służby Informacyjne, w które przekształcił się Zarząd II Wywiadu i Kontrwywiadu Sztabu Generalnego WP Co ważne - Wojskowe Służby Informacyjne nie były już podległe sztabowi generalnemu, ale ministrowi obrony narodowej. Prezydentowi zdecydowanie bliżej do tego drugiego niż do sztabu generalnego Wojska Polskiego.

Za przegląd kadr mieli wówczas odpowiadać wiceministrowie obrony narodowej: Bronisław Komorowski i Janusz Onyszkiewicz. Założenie było takie, że do WSI mogli przejść tylko ci, którzy w pełni akceptowali zmiany, które zaszły w państwie, mieli silną motywację do pracy na rzecz ojczyzny, nie mieli za to żadnych spraw, które by ich obciążałyby. Krótko mówiąc: mieli czystą przeszłość.

W WSI pracowali profesjonaliści, absolwenci szkoły oficerskiej lub akademii wojskowej życiowo uformowani. Żeby trafić do służby, musieli przejść dwuletni kurs wywiadowczy lub roczny kontr-wywiadowczy

- tłumaczy gen. Dukaczewski.

Kilka lat temu, kiedy WSI zostały już rozwiązane, gen. Dukaczewski tak opowiadał o tych, którzy w tej służbie pracowali: „Inwestowano w nich przez wiele lat, są to ludzie, których, jak już wspomniałem, zaliczyłbym do elity Wojska Polskiego: pracowali w bardzo specyficznych warunkach, posiedli dużą wiedzę z różnych obszarów, także bezpieczeństwa państwa, regionu, innych państw, dobrze władają językami obcymi, znam takich, którzy posługują się siedmioma językami obcymi, w tym bardzo rzadkimi. Mogą być ekspertami przy ocenie różnych zjawisk polityczno-wojskowych, różnych sytuacji czy zagrożeń. Niestety, ich wiedza odeszła razem z nimi. W krajach znacznie od nas bogatszych nie zostawia się takich osób samych sobie, ale wykorzystuje się ich wiedzę. Byli przecież narożnych szkoleniach, kursach, brali udział w misjach tak pokojowych, jak bojowych - więc państwo po-winno teraz kapitał w nich zainwestowany z procentem odebrać".

O profesjonalizmie WSI mówi także Alex Makowski, były szpieg.

- Byłem z nimi związany od 2002 r., zrezygnowałem z agencji wywiadu i przeszedłem do wywiadu wojskowego. Spora różnica poziomów. WSI to absolutny profesjonalizm. Panowała dyscyplina wojska, super wyselekcjonowana kadra: najlepsi z najlepszych. Znacznie trudniej było dostać się do wywiadu wojskowego niż do cywilnego - opowiada Makowski. - Oficer, z którym współpracowałem w Afganistanie, to był światowy poziom. Facet, któremu bym zaufał w każdych okolicznościach, każdej sytuacji. Dzisiaj każdy wywiad, który prowadzi wojnę z terroryzmem, chciałby mieć u siebie takich ludzi - dodaje.

Oczywiście, o czym w tekście dalej, nie wszyscy byli tak euforycznie nastawieni do ludzi WSI. Wielokrotnie podnoszono, że tak naprawdę nikt nigdy nie dokonał prawdziwej weryfikacji tych, którzy do WSI przyszli z byłego już WSW. Profesjonaliści? Może, ale także w prowadzeniu ciemnych interesów. Romuald Szeremietiew nie zna szczegółów tworzenia WSI, nie wie, kto konkretnie rzucił taki pomysł, chciał WSI strukturalnie zreformować, ale nie dane mu było swojego pomysłu wprowadzić w życie. Nie zdążył. - Uważałem, że należy oddzielić od siebie służby wywiadu i kontrwywiadu, ale pozostawić je w jednej strukturze. Chodziło mi o to, aby ministrowi meldowały dwie osoby, właśnie szef wywiadu i szef kontrwywiadu, a nie jedna - szef WSI. Zawsze to bezpieczniejsze, mniejsze ryzyko manipulacji - tłumaczy.

Więcej oskarżeń

Propozycja likwidacji tej służby pojawiła się w 2006 r., kiedy Sejm podjął decyzję o rozwiązaniu służby. W jej miejsce powołano SKW i SWW. Likwidatorem WSI został Antoni Macierewicz, nominowany także na stanowisko wiceministra obrony narodowej. I tak dochodzimy do słynnej komisji weryfikacyjnej, nazywanej też komisją Macierewicza. Wynikiem jej prac jest tzw. Raport o działaniach żołnierzy i pracowników WSI z 16 lutego 2007 r. dokumentujący pozaprawne działania WSI, min. brak weryfikacji z lat PRL, tolerowanie szpiegostwa na rzecz Rosji, udział w aferze FOZZ, nielegalny handel bronią, dziką lustrację byłego wiceszefa ABW.

Jedną z najbardziej sensacyjnych spraw ujawnionych w raporcie były kulisty akcji „Zen". Zdaniem autorów dokumentu wspomniany już wyżej Aleksander Makowski, funkcjonariusz wywiadu PRL, agent WSI, który organizował osłonę żołnierzy w Afganistanie, dopuszczał się mistyfikacji. „W sprawie »Zen« służby, działając na zlecenie hochsztaplera, okradały państwo polskie i były gotowe narazić polskich żołnierzy i zwierzchników sił zbrojnych na najwyższe niebezpieczeństwo i międzynarodową kompromitację" - napisała komisja, której przewodniczył Macierewicz.

Według raportu WSI chciały wyłudzić od NATO wielomilionową nagrodę za rzekomą eliminację terrorystów. „Operacja »Zen« była swoistym przykryciem do zupełnie innych działań mających na celu odniesienie osobistych korzyści przez Makowskiego" - czytamy w dokumencie. Zdaniem Macierewicza już sama operacja „Zen" uzasadnia likwidację WSI.

Sam Makowski, który w PRL rozpracowywał Radio Wolna Europa, był też zastępcą szefa wywiadu, oświadczył po upublicznieniu raportu, że ujawnienie akcji służy „jedynie organizacjom i osobom, przeciwko którym były skierowane". Potem złożył pozew do sądu, żądając przeprosin od prezydenta, premiera i MON. Makowski nie kwestionuje, że był agentem WSI, ale uważa, że organa państwa nie miały prawa tego ujawnić. Twierdzi też, że nie popełnił żadnego przestępstwa, a jego współpraca nie wykraczała poza bezpieczeństwo wojska. Pomówieniem nazywa tezę, by podczas „Zen" chciano oszukać państwo.

Skarżących Antoniego Macierewicza za raport WSI było wielu. Ministerstwo Obrony Narodowej co rusz w swoim Dzienniku Urzędowym drukuje przeprosiny i płaci. Na problemy wynikłe z publikacji raportu MON wydał już kilkaset tysięcy złotych.

„Zapowiadano, że pokaże całą prawdę o źródłach patologii III RP, że odsłoni znaczną cześć tak zwanego układu oplatającego Polskę siatką niejasnych powiązań;że wyłamie jakąś nogę z tego słynnego już stolika, przy którym siedzą służby specjalne, biznes, politycy i gangsterzy. Zapowiadano, że pokaże, jak przez lata sterowane były media. Nic takiego się nie stało. Raport z weryfikacji WSI jest dokumentem pokazującym jakieś zdarzenia i nazwiska bez związku przyczynowo-skutkowego, bez wyśnienia, co było patologią, przestępstwem, a co po prostu zwykłą działalnością służb specjalnych.

Jak się okazuje, niewolnym od błędów, a także dekonspiracji aktywów tych służb, na co kraje cywilizowane sobie nie pozwalają. Być może w WSI były patologie, były nawet przestępstwa, ale raport w najmniejszym stopniu nie uzasadnia konieczności rozwiązania tych służb. Nie wskazuje, jakich to zaniedbam zaniechań dopuścili się kolejni szefowie MON czy prezydenci RP. Jest bardziej beletrystyką niż materiałem dla prokuratora, a takim zgodnie z ustawą być powinien. Raport to porażka nie tylko komisji weryfikacyjnej, ale także prezydenta RP, który skierował do komisji swoich przedstawicieli m.in. po to, by pilnowali rzetelności wykonywanej pracy. Ważnej także ze względu na dobro polskich zagranicznych misji wojskowych i bezpieczeństwo państwa. Można nawet mieć poważne wątpliwości, czy to dobro w procesie weryfikacji w sposób należyty chroniono" - pisała w „Polityce" Janina Paradowska.

- Można było dokonać oceny funkcjonowania służb wojskowych. Powinni to jednak zrobić profesjonaliści, a tacy są w Sejmie i służbach cywilnych. Trzeba było dokonać przede wszystkim audytu, ocenić, jaki jest rzeczywiście stan służb. I w zależności od tego, jaki byłby wynik tej rzetelnej oceny, podjąć działania. Albo tę służbę zreorganizować, albo przeorientować, albo rozwiązać. W przypadku IV RP, jak mówiłem, diagnozę postawiono na początku bez badania i zaordynowano postępowanie: pacjent musi umrzeć. A potem się okazało, że pacjent jest w zasadzie zdrowy. Mogę się założyć, że gdyby nawet nie wszystkie służby państwa, ale tylko sanepid i Inspekcja Weterynaryjna zrobiły dokładną kontrolę w małych zakładach mleczarskich gdzieś w Polsce, to znaleziono by więcej nieprawidłowości niż w tak rozległej skomplikowanej strukturze służb specjalnych, jaką były WSI - mówił mi swego czasu gen. Dukaczewski.

Nie wszyscy byli tak krytyczni wobec Antoniego Macierewicza.

„Gdyby w polityce sprawiedliwie rozdzielano razy i nagrody, Antoni Macierewicz za likwidację Wojskowych Służb Informacyjnych powinien dostać Order Orła Białego" - pisał na łamach „wSieci" Jerzy Jachowicz. Politycy PiS wciąż podnoszą to, o czym pisze w raporcie komisja Macierewicza: że WSI były bezpośrednim następcą służb PRL, czyli „długiego ramienia Moskwy", że miały współpracować z mafią, prowadzić nielegalne interesy, nielegalnie handlować bronią (w jednej z takich spraw zapadły nawet wyroki).

Byli funkcjonariusze WSI różnie po-radzili sobie w życiu.

Makowski miał opinię jednego z najzdolniejszych oficerów wywiadu swojego pokolenia. Bystry, oczytany, mówiący biegle - żeby nie powiedzieć: perfekcyjnie - po angielsku, uchodził za gwiazdę wywiadu. Trudno się więc dziwić, że od lat doskonale radzi sobie w biznesie, bo byli oficerowie służb już dawno otrząsnęli się po weryfikacyjnym szoku i od lat próbują dobrze sprzedawać swoje umiejętności na rynku pracy. Ostatnio pisze i świetnie mu to idzie. Jego „Tropiąc bin Ladena" zniknęło błyskawicznie z księgarskich półek. Jak mówił mi kiedyś: „To lata pisania raportów przyczyniły się do pewnej sprawności pióra, którą teraz wykorzystuję. Zdecydowana większość osób, z którymi pracowałem, jest dzisiaj na emeryturze, ale wielu oficerów poszło do biznesu i świetnie sobie radzi".

Bo, jak podkreślają inni nasi rozmówcy, zwłaszcza analitycy byłych służb, także Wojskowych Służb Informacyjnych, niekoniecznie szpiedzy, doskonale odnaleźli się w nowej dla siebie rzeczywistości.

Starsi są już nieaktywni zawodowo, ale sporo młodych oficerów WSI znalazło zajęcie w różnych instytucjach finansowych. Pracują w bankach, zajmując sprawami bezpieczeństwa, w ubezpieczeniach, firmach ochroniarskich. Trzeba pamiętać, że ci ludzie mają bardzo cenną wiedzę, często mówią kilkoma językami. Media od lat piszą, że byli oficerowie WSI żyją dzisiaj dostatnio, a z ich wiedzy skwapliwie korzystają prywatne firmy i instytucje.

- Większość z nich jest na emeryturze, ale aby utrzymać kondycję umysłową, często korzystam z ich wiedzy - opowiadał mi kiedyś gen. Dukaczewski. I wspominał, że kiedyś założyli wspólnie z kolegami z WSI stronę internetową, na której umieszczali różnego rodzaju analizy: tak polityczne, jak wojskowe. Wejść było bardzo wiele, najwięcej korzystali z ich materiałów ludzie obecnych służb.

Sprawa WSI nie cichnie. Pojawiły się pomysły powołania sejmowej komisji śledczej mającej wyjaśnić kulisy likwidacji WSI. Antoni Macierewicz wciąż biega po są dach i tłumaczy, jak zasadne było zlikwidowanie patologicznych Wojskowych Służb Informacyjnych. Spór o WSI, a na pewno o sposób, w jaki je zlikwidowano, trwał będzie pewnie jeszcze latami.

Dorota Kowalska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.