O Zabłockich, Kawiarni Wiejskiej i ortalionach

Janina i Witold Zabłoccy . Nie szczędzili pieniędzy na cele charytatywne Fot. Sławomir S. Nicieja, "Z Kijowa na Piccadilly" Janina i Witold Zabłoccy . Nie szczędzili pieniędzy na cele charytatywne

Kijów i fortuna wyrosła z handlu nasionami. Ucieczka do odrodzonej Polski i przystanek w Bydgoszczy. Później trafiony biznes w Anglii

Z wielkim sentymentem wspomina się powojenne czasy, kiedy to krewni z Anglii przysyłali "pachnące lepszym życiem" prezenty. Przesyłki te trafiały do polskich odbiorców głównie dzięki firmie "Tazab", której właściciel, Tadeusz Zabłocki, miał bliskie związki z Bydgoszczą. Mieszkał w kamienicy przy ul. Konarskiego 7.

Wiadomości na temat życia Tadeusza Zabłockiego i jego bliskich znalazły się w książce prof. Stanisława Sławomira Nicieji pt. "Z Kijowa na Piccadilly", wydanej w 1993 roku. Trochę materiałów o tej rodzinie udało się również znaleźć w Bydgoszczy. Dokumenty związane z rodziną Zabłockich znajdują się m.in. w Archiwum Państwowym przy ul. Dworcowej 65. Warto też było zajrzeć do lokalnej prasy z okresu międzywojennego.

Kijów jak w bajce

Zanim w historię rodziny Zabłockich h. Łada wpisała się Bydgoszcz, był Kijów. Zabłoccy mieszkali w eleganckiej kamienicy przy Bulwarze Bibikowa 4, w dziewięcio-pokojowym apartamencie wypełnionym cennymi dziełami sztuki.

Senior rodu, Witold Zabłocki nie miał ani kresowych korzeni, ani wsparcia w postaci fortuny rodziców. Miał za to bogatą rodzinną historię. Wśród jego przodków byli m.in. konfederaci barscy, uczestnicy powstania listopadowego oraz Stefan Garczyński, przyjaciel Adama Mickiewicza. Pochodził z Wielkopolski, jego ojciec był właścicielem dwóch niedużych majątków: Szczepice i Malice pod Kcynią. To stamtąd przyszły biznesmen wyruszył w świat.

Najpierw ukończył gimnazjum w Gnieźnie, potem Szkołę Handlową w Gdańsku. Z dyplomem wyjechał do Moskwy, następnie do Kijowa. Dzięki sprzyjającym okolicznościom i współpracy z dr. Samuelem Szmitdem zarobił duże pieniądze na handlu nasionami roślin pastewnych, nie znanymi w Rosji, m. in. koniczyny. I właśnie czterolistna koniczynka stała się znakiem firmowym utworzonej przez obydwu panów firmy.

Zabłocki był już zamożnym człowiekiem, gdy w 1900 r. założył rodzinę. Ożenił się z Janiną Sochaczewską z Chyrówki (ziemia kijowska), młodszą od niego o 21 lat panną z zasłużonej kresowej rodziny, skoligaconej m.in. z Pruszyńskimi. Późniejszy pisarz, dyplomata i dziennikarz Ksawery Pruszyński był jego kuzynem.

Głomazdino i Berlin

Zabłoccy nie szczędzili pieniędzy na cele charytatywne. Przekazali sporą sumę na budowę kościoła pw. św. Mikołaja w Kijowie. Często wspomagali finansowo Rzymsko-Katolickie Towarzystwo Dobroczynności. Pani Janina należała do grupy pań, które opiekowały się przytułkiem dla staruszek, uczestniczyła w kwestach i specjalnych kiermaszach.

Witold Zabłocki został właścicielem jednego z pierwszych na Ukrainie samochodów. Stać go było nie tylko na wysoki poziom życia w Kijowie, ale i na kupno posiadłości Głomazdino pod Rylskiem, w powiecie kurskim (ponad 2 tys. ha). Rządcą tego majątku został Ludwik Mościcki, brat przyszłego prezydenta Polski. Natomiast Michał Mościcki, syn prezydenta Ignacego, przez pewien czas pomagał dzieciom Zabłockich w nauce: urodzonej w 1901 r. córce Irenie i o trzy lata od niej młodszemu synowi Tadeuszowi.

Janina Zabłocka miała do dyspozycji mały pałacyk w Berlinie i tam głównie przebywała. Córka też często mieszkała z dala od domu - w Niemczech, potem w Szymanowie u niepokalanek. Syn uczył się w Kijowie.

Z Warszawy do Wtelna

Firma ciągle się rozwijała, przynosząc coraz większe zyski. Mogło się więc wydawać, że nic tej sielanki nie zakłóci. Wybuch wojny w 1914 r. był jednak początkiem jej końca.

Życie rodziny skoncentrowało się wówczas w Kijowie. Irena kontynuowała naukę w sławnym Żeńskim Gimnazjum Wacławy Peretiatkowczowej. Tadeusz - w Gimnazjum Męskim im. Naumenki. Ale to już nie było spokojne życie. Gdy w mieście nasiliły się aresztowania, morderstwa i rabunki, a ich kamienica spłonęła, Zabłoccy uciekli do odrodzonej Polski. Jednak nie czekało ich tam bajkowe życie, podobne do tego, jakie przed wojną wiedli w Kijowie.

Witold Zabłocki zmarł na tyfus w Warszawie. Wdowa początkowo planowała życie we Wtelnie z Henrykiem Zabłockim, kuzynem zmarłego męża, który był dyrektorem majątków przejętych od Niemców. Po jego niespodziewanej śmierci musiała podjąć decyzję, co dalej. Tym bardziej, że nagle z wielkiej fortuny, z powodu złych inwestycji i inflacji zostały jej tylko marne szczątki.

Bydgoszcz z hrabiną

Ostatecznie pani Zabłocka postanowiła zamieszkać w Bydgoszczy. W mieście nad Brdą nowy dom znalazło wielu krewnych i znajomych z Kijowa, w tym liczne grono współpracowników z Towarzystwa Dobroczynności, np. adwokat Stanisław Żeromski czy sędzia Bernatowicz, lekarze Antoni Nowiński i Edmund Sągajłło itd.

Początkowo zatrzymała się w "Hotelu pod Orłem". I to właśnie ten adres podał jej syn w ogłoszeniu zamieszczonym we wrześniu 1920 r. na łamach "Dziennika Bydgoskiego", gdy zgubił dokumenty oraz świadectwa szkolne.

Rodzina szybko przeniosła się do pensjonatu Heleny Leszczyńskiej przy ul. Gdańskiej 5 (do 1931 r. nr 19). 7 października 1920 r. Irena Zabłocka złożyła w magistracie wniosek o przydzielenie jej 3-7 umeblowanych pokoi i zgodę na osiedlenie się w Bydgoszczy, ze względu na edukację dzieci, jak i na fakt, że w Wielkopolsce ma wielu krewnych ze strony męża. Ten dokument zachował się w Archiwum Państwowym.

Prośba byłej kijowianki nie pozostała bez echa - rodzina otrzymała do dyspozycji sześciopokojowe mieszkanie przy ul. Konarskiego 7 (do 1931 r. nr 2), wcześniej należące do niemieckiego lekarza. Z czasem udało się sprowadzić tam meble z berlińskiego pałacyku.

Podobnie jak w Kijowie, tak w Bydgoszczy Zabłocka mieszkała razem z ciotką, siostrą swojej zmarłej matki - hrabiną Stanisławą Ursyn Pruszyńską. Po czterech latach rodzina już na krótko zmieniła adres na kamienicę przy ul. 20 Stycznia 18 (do 1931 r. nr 29).

Pani Janina, razem z przyjaciółką Kicińską, założyła "Kawiarnię Wiejską" przy ul. Gdańskiej 51 (do 1931 r. - nr 31). W lipcu 1926 r. w "Dzienniku Bydgoskim" pojawiło się ogłoszenie:
"Orbis w Bydgoszczy. Jak się dowiadujemy zostanie niebawem w Bydgoszczy otwarty oddział biura kolejowego "Orbis". Prowadzić go będą pp. Zabłocka i Kicińska w domu p. Świetlikowej przy ul. Gdańskiej 31-32 w "Kawiarni Wiejskiej". Zapowiada się także sprzedaż biletów kolejowych zagranicznych. "Kawiarnia Wiejska" prowadzona będzie jak dotąd".

Pani Janina nadal swój wolny poświęcała na działalność charytatywną w Związku Polaków z Kresów Wschodnich. Jej córka rozpoczęła studia w Instytucie Rolniczym. Syn najpierw uczył się w Gimnazjum Kresowym (w bydgoskim archiwum zachowało się jego świadectwo). Następnie miał krótki epizod w Szkole Kadetów we Lwowie. Kariera wojskowa nie leżała w jego naturze, dlatego wrócił do Bydgoszczy i kontynuował naukę w Gimnazjum Humanistycznym przy ul. Grodzkiej. Wśród jego przyjaciół był m.in. syn Antoniego Chołoniewskiego, mieszkający z rodzicami przy ul. Gdańskiej 119 (do 1931 roku - nr 67).

Poznań, Warszawa, Łódź

Początkowo Tadeusz chyba nawet nieźle sobie radził w szkole, skoro zdecydował się na dawanie korepetycji. 11 lutego 1922 r. w "Dzienniku Bydgoskim" pojawiło się ogłoszenie z jego ofertą. Jednak później, może właśnie po powrocie ze Lwowa, nie należał już do wyróżniających się uczniów. Zanim otrzymał świadectwo dojrzałości, powtarzał ostatnią klasę.

Na studiach prawniczych w Poznaniu szło mu o wiele lepiej. Po ich ukończeniu otrzymał pracę w Warszawie, w Ministerstwie Spraw Zagranicznym, skąd skierowano go m.in. do konsulatu polskiego w Paryżu. Od 1932 r. był zastępcą konsula generalnego w Amsterdamie. Po powrocie do kraju prowadził kancelarię adwokacką w Łodzi. Przez cały ten czas systematycznie publikował artykuły w prasie, m.in. w miesięczniku "Tęcza".

W tym czasie jego matka mieszkała już w Warszawie. Jeszcze gdy syn studiował, przeniosła się do stolicy. W Bydgoszczy nie został nikt z rodziny - ciotka nie doczekała przeprowadzki. Stanisława Ursyn Pruszyńska zmarła w lutym 1926 r. i została pochowana na cmentarzu Nowofarnym. Niestety, jej grobu już nie ma. Został zlikwidowany i to całkiem niedawno.

Pani Janina najpierw podjęła pracę jako gospodyni w Ambasadzie Amerykańskiej u ambasadora Johna B. Stetsona. W 1926 r., na prośbę Michała Mościckiego, objęła stanowisko gospodyni u jego ojca, gdy ten został prezydentem RP. Po śmierci żony Mościckiego Zabłocka została przedstawicielką szwajcarskiej firmy handlującej serami.

Sześć lat później, w miarę spokojną egzystencję rodziny, przerwał wybuch wojny.

Londyn do końca

Tadeuszowi udało się opuścić okupowaną przez dwóch agresorów Polskę w listopadzie 1939 r. Trafił do Francji, dwa lata później osiadł w Anglii. W czasie wojny był rzecznikiem prasowym Ministerstwa Informacji i Dokumentacji. W ramach służbowych obowiązków utrzymywał bliskie kontakty z "Dziennikiem Polskim". Często też publikował swoje artykuły na łamach tej gazety - organie rządu polskiego.

W 1947 r. zdecydował się założyć firmę wysyłkową "Tazab". I to okazało się strzałem w dziesiątkę. Szybko zaczęły powstawać oddziały firmy, m.in. w USA. To właśnie dzięki Zabłockiemu Polacy na emigracji mogli wysyłać swoim krewnym w kraju paczki z żywnością, lekarstwami, w tym tak potrzebną streptomycyną.

Wśród jego klientów były tak znane postacie jak np. Witold Małcużyński i Roman Polański. Jak w swojej książce podkreśla prof. Nicieja, mówiono, że to właśnie Zabłocki ubrał Polaków w ortaliony. Była też druga, istotna strona tego przedsięwzięcia. Dzięki Zabłockiemu pracę miało wielu zdemobilizowanych polskich wojskowych, w tym czterech generałów: Włodzimierz Leon Dembiński, Bronisław Antoni Noel, Bronisław Regulski Kordian Józef Zamorski. Do grona jego współpracowników należała też m.in. publicystka i pisarka Stefania Kossowska.

W Anglii znalazła się również siostra Tadeusza - Irena wraz z mężem Jerzym Bączkowskim, przed 1939 r. ułanem, przyjacielem majora Henryka Dobrzańskiego- Hubala, a w czasie wojny żołnierzem armii gen. Maczka. Tyle że jej życie na emigracji potoczyło się inaczej niż życie brata.

Ferma drobiu, którą założyła, nie okazała się dobrym pomysłem. Po jej likwidacji zarabiała na życie pracując w domu starców. W ramach odskoczni od codziennych kłopotów zaczęła przelewać na papier obrazki ze swojej przeszłości, w tym z czasów ukraińskich. Opowiadanie "Kujawski bal" wzbudziło zachwyt Melchiora Wańkowicza. Potem powstały książki pt. "Wróble noce" oraz "Droga do Braiłowa". W tej ostatniej pani Irena wspomniała o Bydgoszczy, o "Kawiarni Wiejskiej", nawet o pani Kicińskiej... W 2005 r. otrzymała Nagrodę Literacką Związku Pisarzy na Obczyźnie.

Tadeusz Zabłocki zmarł w 1997 r., jego siostra dziewięć lat później. I to właśnie m.in. dzięki nim w historię Bydgoszczy wplótł się kresowy wątek, a nasze miasto nawet żartobliwie nazywano małym Kijowem.

Gizela Chmielewska
GAZETA POMORSKA

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.