Opolskie ślady Ewy Demarczyk

Krzysztof Ogiolda
Wikipedia/Jan Popłoński
Udostępnij:
- Miałem wtedy niespełna trzy lata, ale w zakamarkach pamięci zachowałem głos rodzącej się Ewy Demarczyk. Nikt z rodziny nie przypuszczał, że będzie prawdziwą gwiazdą - mówi Jerzy Poliwoda.

Pan Jerzy jest w prostej linii potomkiem Franciszka Poliwody, "polskiego króla" - działacza plebiscytowego i Związku Polaków w Niemczech. Jest też kuzynem śpiewaczki, która piosenką "Czarne Anioły" z muzyką Zygmunta Koniecznego wygrała pierwszy opolski festiwal w kategorii "piosenka estradowo-artystyczna". Wraz z zespołem "Piwnicy pod Baranami" młodziutka wtedy Ewa przyjechała nad Odrę z Krakowa.

- Towarzyszyły jej mama i młodsza siostra Lucyna - opowiada Jerzy Poliwoda. - Wszystkie ulokowały się w naszym mieszkaniu przy Niedziałkowskiego 1. W czasie prób pełniło ono rolę poczekalni, przebieralni, charakteryzatorni i baru dla artystów "Piwnicy". Przewijali się przez nie m.in. Zygmunt Konieczny i Piotr Skrzynecki.

Ten ostatni na festiwalowy koncert poszedł w pożyczonej od pana Jerzego białej koszuli. Nieco już "wesołemu" artyście jego własna gdzieś się zapodziała. Ostatecznie garderobę z Opola dostał na pamiątkę.

- W przygotowaniach do występów było wówczas sporo improwizacji dodaje pan Jerzy. - Jeszcze na godzinę przed występem ciocia Janka, czyli mama Ewy, kończyła szyć jej sukienkę. Kiedy przy prasowaniu wylała na nią wodę, cała rodzina pomagała w suszeniu. Ewa w tej sukience i Piotr w mojej koszuli zdążyli do amfiteatru dosłownie w ostatniej chwili przed występem. Ewa zaśpiewała "Czarne Anioły" i "Karuzelę z Madonnami", a opolski amfiteatr oniemiał z zachwytu. Tym razem nie mieliśmy wątpliwości, że narodziła się gwiazda. I to w miejscu tak bliskim sercu rodzin Poliwodów i Demarczyków - pod Wieżą Piastowską.

Pan Jerzy siedział na widowni razem z narzeczoną. Po koncercie przedstawił ją kuzynce, a ta zdążyła tylko szepnąć mu do ucha: "superdziewczyna". Za kilka miesięcy - 14 września 1963 - z mamą i siostrą krakowska pieśniarka przyjechała do opolskiej katedry na ślub pana Jerzego i jego żony Bogusi. Obecność słynnej już śpiewaczki bardzo dodała uroczystości splendoru. Rok później Ewa Demarczyk koncertowała w paryskiej "Olimpii".

Dwie siostry, dwaj bracia

Zdjęcie Ewy Demarczyk z czasów szkolnych
Zdjęcie Ewy Demarczyk z czasów szkolnych Archiwum rodzinne/NTO

Od lewej: Ewa Demarczyk, jej siostra Lucyna i kuzynka Basia.
(fot. Archiwum rodzinne/NTO)

Wspólna historia rodzin Poliwodów i Demarczyków zaczyna się w polskim konsulacie w Bytomiu (przeniesionym tu z Opola) sporo przed wojną. Andrzej Demarczyk, dziadek pana Jerzego i ojciec jego mamy mieszkał w konsulacie ze względu na niebezpieczeństwo niemieckich represji wobec polskich działaczy. W tym samym konsulacie pracował ojciec Jerzego, Wojciech Poliwoda i jego starszy brat Józef.

- Dom Demarczyków był znany z tego, że tam chętnie przyjmuje się gości i pięknie śpiewa. Wojciech i Józef dodali do tego towarzystwa dwa niezłe tenory. Wkrótce miało się okazać, że w zamian zyskają żony. Wojciech zakochał się w mojej mamie, Helenie. Stryj Józef w jej siostrze Jadwidze. Obie pary zaręczyły się w 1927 roku - mówi pan Jerzy.

Siostry Demarczykówny miały młodszego brata Leonarda. Wysłany, sporym wysiłkiem rodziny, na studia do Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie zakochał się i związał z piękną krakowianką Janiną Bańdo. Młodzi zamieszkali przy ul. Wróblewskiego 4 w Krakowie i w ich domu za lat parę przyszła na świat wyczekana córeczka Ewa.

- Miałem wtedy niepełna trzy latka, ale w zakamarkach pamięci przechowuję jej pierwszy po narodzeniu krzyk - dodaje Jerzy.

Jurek Poliwoda zdążył się urodzić w 1938 roku w Opolu i to nie byle gdzie, bo w budynku polskiego konsulatu. Placówkę dyplomatyczną przeniesiono tu z Bytomia w 1931 roku, a wraz z nią przyjechali także jej pracownicy. Kiedy pan Jerzy był ledwo rocznym Jureczkiem, okazało się, że z powodu nadciągającej wojny konsulat musi zostać ewakuowany, a pracownicy w obawie przed niemieckimi represjami muszą szukać schronienia za granicą lub w Polsce.

Wuj Leonard i ciocia Janina znaleźli miejsce dla rodzin krewnych z Opola i nie tylko. W 90-metrowym mieszkaniu całą okupację spędziło 17 osób: gospodarze i krewni.

Zaczarowana dorożka

Joanna i Leonard - rodzice Ewy Demarczyk
Joanna i Leonard - rodzice Ewy Demarczyk Archiwum rodzinne/NTO

Zdjęcie Ewy Demarczyk z czasów szkolnych
(fot. Archiwum rodzinne/NTO)

W styczniu 1941 roku przyszła na świat Ewa Demarczyk. Rok później jej siostrzyczka, Lucynka.

- Pamiętam, jak asystowałem jako maluch przy ich pierwszych kąpielach, które instruktażowo wykonywała moja mama, znana w rodzinie z ciepłych rąk do niemowląt - opowiada Jerzy Poliwoda.

Z tamtego krakowskiego czasu pan Jerzy pamięta dobrze wspólną z Ewunią przejażdżkę dorożką. Marzył o tym długo, ale grosików potrzebne na taką wycieczkę wciąż brakowało. Kiedy o dziecięcym pragnieniu dowiedziała się ciocia Janka, pieniądze potrzebne na "zaczarowaną dorożkę" jakoś się znalazły.

- Ewa od małego dziecka była wrażliwa na ludzką krzywdę - przypomina sobie jej opolski kuzyn. - Gdy po naszym domu chodził od mieszkania do mieszkania proszący o strawę żebrak, Ewa podbiegła do niego, usiadła przy nim na schodach i razem się posilali.

W Krakowie pod koniec stycznia 1945 roku Polacy pochodzący z Opolszczyzny powołali do życia Komitet Obywatelski Polaków Śląska Opolskiego. Miał on za zadanie organizowanie kadr do obsadzienia polskiej administracji. Poliwodowie i Demarczykowie honorowo weszli w jego skład.

Pan Jerzy jest dumny z faktu, iż jego ojciec został 5 kwietnia 1945 mianowany kierownikiem Urzędu Stanu Cywilnego w Opolu. Rodzina ruszyła więc pociągiem na Śląsk. Poliwodom przydzielono mieszkanie przy Niedziałkowskiego 1 (właśnie tu 18 lat później przebierała się na festiwalową estradę Ewa Demarczyk). Na Wieży Piastowskiej witał ich długo wyczekiwany biało-czerwony sztandar. Dziadek Jerzego, Andrzej Demarczyk, nie czekając na sprzęt i fachowe zabezpieczenia wdrapał się na czubek ratuszowej wieży w Opolu, by przy oklaskach przechodniów strącić z jej szczytu swastykę.

- Myślę, że przeszedł wtedy do historii miasta - mówi pan Jerzy. - Pamiętam do dziś, jaki byłem z niego dumny.

Od 1947 roku Demarczykowie z Krakowa byli zapraszani do Opola na każde Boże Narodzenie i Wielkanoc.

- Mama robiła świetne wypieki, no i chcieliśmy się choć tak odwdzięczyć za lata okupacyjnej gościny - mówi pan Jerzy. - W naszym mieszkaniu odbywało się także przyjęcie z okazji Złotych Godów dziadków Demarczyków. Ewa dała wtedy prawdziwy pokaz muzycznego talentu. Gra na pianinie i śpiew 11-latki wprawił rodzinę z zachwyt. Do dziś mam zrobione przed katedrą zdjęcie gości. Stoję na nim tuż obok Ewy.

Fortepian ważniejszy od piłki

Joanna i Leonard - rodzice Ewy Demarczyk
(fot. Archiwum rodzinne/NTO)

Jako dzieci Ewa i Jurek nie tylko śpiewali razem. W miejscu, gdzie dziś jest amfiteatr, grali w piłkę i w dwa ognie. Ewa z wyjątkową zaciętością. Pływali też razem kajakiem po stawku przy Barlickiego. Zaliczyli nawet wywrotkę. Na szczęście staw nie był głęboki, a dom, w którym można się było osuszyć nieodległy.

Młodzi spotykali się, a kiedy Ewa wracała do Krakowa, wymieniali listy i zdjęcia. Dwa z nich pan Jerzy przechowuje do dziś. Szkolne pokazuje sympatyczną dziewczynę, na nieco późniejszym - z 1956 roku Ewa Demarczyk - jest już młodą piękną kobietą.

- W jednym z krakowskich listów pisała mi o radości, jaką sprawili jej rodzice, kupując fortepian - opowiada pan Jerzy. - Pisała o postępach w szkole muzycznej, ale i o pasjach sportowych. Miała w głowie składy i wyniki piłkarskiej drużyny Wisły Kraków. Ja równie zażarcie kibicowałem opolskiej Odrze. Ostatecznie u niej sztuka wzięła górę nad sportem. Studiowała w Wyższej Szkole Muzycznej, a w 1961 zaczęła występować w studenckim kabarecie "Cyrulik". Zrozumiałam, co jest moim powołaniem, mówiła wtedy. W czasie studiów w szkole teatralnej dostrzegli ją artyści z "Piwnicy pod Baranami". Od opolskiego festiwalu dzielił Ewę tylko krok.

Kuzynostwo przez lata utrzymywało bliskie kontakty. Pan Jerzy z żoną Bogusią wiele razy byli zapraszani na koncerty i recitale Ewy. Po nich zwykle się spotykali.

- Mogłem się wtedy przekonać, jak wiele wysiłku kosztuje ją każda artystyczna uczta - wspomina pan Jerzy - potrzebowała czasem kilkunastu minut, żeby ze swojego Olimpu zejść do ludzi. Zachwytów nad swoim głosem ani pochlebstw nie lubiła. Ostatni raz osobiście rozmawiałem z nią po recitalu w Opolu w 1999 roku.

Jerzy Poliwoda ma do dziś numer telefonu artystki, ale w minionych 14 latach skorzystał z niego może dwa razy. Szanuje to, że Ewa chce pozostawać we własnym świecie, z dala od publiczności i komercji.

- Kiedy w 1986 powstał w Krakowie Teatr Muzyki i Poezji Ewy Demarczyk, była szczęśliwa - mówi - bo też na koncerty ciągnęły tłumy. Ale z czasem pojawiły się konflikty z władzami miasta i sponsorami. Dla Ewy liczyła się zawsze tylko artystyczna jakość, nie rozumiała zasad komercji i nie umiała się do niej stosować. Kiedy władze jej ukochanego miasta zamknęły teatr, poczuła się zraniona i ta rana nie zagoiła się do dziś. Unika ludzi, żyje we własnym świecie. I ja ten jej wybór szanuję.

KRZYSZTOF OGIOLDA, Nowa Trybuna Opolska

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Nasza Historia
Dodaj ogłoszenie