Opowieść o stroju śląskim w opolskim wydaniu

Redakcja
Tak wyglądałaby XIX-wieczna wersja Basi Kurdej-Szatan
Tak wyglądałaby XIX-wieczna wersja Basi Kurdej-Szatan Fundacja Warsztatów Fotograficznych 2.8
Udostępnij:
Co kilkanaście lat Muzeum Wsi Opolskiej w Bierkowicach przewietrza skrzynie i szafy, by gościom w dżinsach i na szpilkach przypomnieć, co niegdyś się nosiło

Strój Ślązaczki mógłby być bardzo ładny, jeśli nie byłby tak skomplikowany - napisał Izmaił Sriezniewski. Ten rosyjski filolog i slawista w roku 1839 wyruszył z Charkowa do krajów wówczas pod obcym panowaniem. Trasa uwzględniała Berlin, Pragę, Wiedeń, Opawę. Następnego roku Sriezniewski jest już we Wrocławiu, a za chwilę w Brzegu. Z Brzegu dyliżansem - to ledwo rzut beretem - zastajemy go w Opolu, skąd wypady do okolicznych miast, miasteczek, wiosek. Dyliżansem, furmanką, pieszo.

Ówczesna fotografia rejestruje rzeczywistość w wersji czarno-białej, Sriezniewski dopowiada: Ślązak wraz z rodziną wraca z kościoła (dodajmy: żeby było stylowo, niech to będzie kościół drewniany) w tradycyjnym stroju. Szczególnie upatrzył sobie kolor niebieski, bo "wszystko na nim i na jego małżonce i na jego dzieciach jest po prostu niebieskie lub niebieskie z czerwonym lub niebieskie z białym. Westa powinna być koniecznie niebieska i wyszyta wokół dziurek i kieszeni, a czasem i dookoła kołnierzyka i pół czerwoną nitką, inni każą przyszywać sobie różne figurki i koło żółtych guzików".

Jeszcze jeden fragment, ponieważ o stroju męskim będzie tutaj niewiele: "Na westę wkłada się wełnianą niebieską kamizolkę lub zupanik - kurtkę z króciutkimi połami. Na kamizolkę nakłada się płaszcz nazywany przez Ślązaków hanakiem (...) i płaszcz ten jest wełniany niebieski z białą lub czerwoną podszewką (...). Na nogach buty, pod lub na galoty, na głowie kapelusz kuobuk z niedużym rondem - i Ślązak jest ubrany".

Być może w pamięci Izmaiła Sriezniewskiego warianty stroju na Śląsku Opolskim zespoliły się w jedno, bo skąd niby przekonanie o skomplikowaniu czegoś, co takie nie było? A może decydowało męskie spojrzenie, które multiplikuje przedmioty?

Tak czy inaczej, gdyby nie przyjaciel Rosjanin, wiedza o śląskim stroju byłaby skromniejsza. I gdyby nie muzea...

Danuta Liberda, skrzypaczka, i Monika Targowska, bez swojego fletu
Danuta Liberda, skrzypaczka, i Monika Targowska, bez swojego fletu Fundacja Warsztatów Fotograficznych 2.8

Dyrektor Urszula Zajączkowska z "córką", przeniesione w początek XX w
(fot. Fundacja Warsztatów Fotograficznych 2.8)

Niegdyś, to znaczy kilkadziesiąt i sto kilkadziesiąt lat temu. Pomysł na tegoroczne wietrzenie liczącej 900 sztuk garderoby, zakończone wystawą okazał się wystarczająco ciekawy, by Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego zdecydowało się wesprzeć go finansowo. Efekt? W spichrzu z Grudyni możemy przyjrzeć się manekinom i niebanalnym zdjęciom.

Z jednej strony są to wydruki fotografii archiwalnych, powiększone i udoskonalone technicznie, z drugiej - utrzymane w podobnej konwencji i w zbliżonej scenerii wykonane współczesne portrety osób z lokalnego świecznika.

Biała chusta z frędzlami, głęboko nasunięta na czoło, kaftan z bufkami i fartuch w haftowane kwiaty (obowiązkowo fioletowe) odbierają Urszuli Zajączkowskiej z Muzeum Śląska Opolskiego urzędowy splendor i, co tu dużo mówić, do pani dyrektor ewidentnie skracają dystans.

Teresa Smolińska, kierownik Katedry Kulturoznawstwa i Folklorystyki Uniwersytetu Opolskiego, sprawia wrażenie, jakby przedwcześnie straciła i profesurę, i stanowisko. A przecież "tylko" odważyła się włożyć wełnianą kraciastą chustę, długaśną spódnicę, kaftan z falbaną z czarnej koronki i dla kompletu dopasowała nieco zatroskaną minę.

Szef skansenu, Jarosław Gałęza, w zawadiacko nałożonym kapeluszu i podtrzymujących gacie szelkach wygląda jak własny, zresztą ujmująco sympatyczny pracownik.

Członkinie grupy Kuratorki prawdopodobnie właśnie wyszły spod pierzyny, zaś skrzypaczka Danuta Liberda bardziej przypomina amatorkę z Komprachcic niż muzyka poważnej filharmonii.
Zabawnych metamorfoz jest dwadzieścia, autorzy zdjęć - Sławoj Dubiel, Sławomir Mielnik i Michał Grocholski - odrobili zadanie na szóstkę, komisarz wystawy Magdalena Górniak-Bardzik bezbłędnie podpowiedziała stylizacje (łaskawie darujmy przekłamania, choćby frywolną pozę członkini Sodalicji Mariańskiej, bo jakże urocza). Celowo pojawiły się "fałszywki": trudno mówić o ludowym stroju - rzecz raczej w dopełnieniu obrazu dawnej wsi opolskiej - w przypadku wykreowanego na farorza księdza profesora Piotra Maniurki.

W ornacie starego kroju i z wymodlonym brewiarzem. Świadomym odstępstwem od pocztu jest także aktor Andrzej Czernik, tu w roli lwowskiego, melancholijnego batiara. W kamizelce, nieco bufiastych spodniach, z taszą przewieszoną przez kierownicę roweru przypomina, że współczesny Śląsk Opolski to także Kresy II Rzeczpospolitej.

Za gwiazdę "kolekcji" robi niewątpliwie Barbara Kurdej-Szatan: blond warkocze, mazelonka z opleckiem, spod którego wystają rękawy haftowanej koszuli, przepyszny kolorowy wianek. Gdyby telewidz zobaczył ją w tej kreacji, natychmiast zrezygnowałby z Orange'u i przeszedł do Playa.

Pod koniec XIX stulecia, w które to czasy z wdziękiem wprowadza śliczna Basia, podstawę stroju, czyli ubrania świątecznego, rzeczywiście stanowiła suknia z doszytym stanikiem (w innych regionach oddzielne), haftowanym i obowiązkowo zapinanym na guziki (nie sznurowanym!). Koszulkę w wydaniu lux szyto z najcieńszego batystu, do tego panny i mężatki przywdziewały fartuch, zwany zapaską, by wszystkie te wspaniałości częściowo przykryć kabadkiem.

Całości dopełniał długi, biały, haftowany, przypominający ręcznik szal. Na głowie pyszniła się komoda (tak nazywano czepiec), na komodzie - chustka, i jakby tego było mało, kapelusz biały lub czarny (niestety, brakuje go w zbiorach, ale z opisów wjazdu Ślązaków do Teksasu wynika, że jak najbardziej były w modzie). Buty dopełniały całości lub nie, wszystko zależało od kasy. Ich najbardziej kosztowną odmianę stanowiły trzewiki z wężowej skóry. Własnoręcznie dziergane pończochy, w najstarszej wersji niebieskie lub czerwone, dokładnie opinały nogi. Pod spódnicę raczej nie zaglądajmy; majtki należały do rzadkości. A jeśli już je nakładano, powodzeniem cieszył się wariant z klapą.

Ubiór męski, ludowy, w niedalekiej przyszłości wyparty przez miejski: kamizela, westa z mosiężnymi guzikami, koszula, płaszcz, chustka pod szyją, spodnie - ciemne lub jasne - plus wysokie buty. W zbiorach należy do rzadkości.

Danuta Liberda, skrzypaczka, i Monika Targowska, bez swojego fletu
(fot. Fundacja Warsztatów Fotograficznych 2.8)

W wiek XX Ślązaczki z naszego regionu wkraczają w stonowanym ciemnym stroju (wpływ protestantyzmu). Rozszerzający się ku dołowi kaftan, nazywany jaklą, dokładnie przykrył stanik, w nowej, siermiężnej wersji. Wszelkie ozdoby ze stanika przeniosły się na jaklę, a to w postaci doszytej piętnastocentymetrowej falbany (patrz zdjęcie prof. Smolińskiej i Marii Ołdak), a to haftów, koronek, nacinań, marszczeń i co tylko podpowiadała wyobraźnia.

Fartuch, bez którego nie wypadało wyjść nawet "na plac", wypełniają całe łąki kwiatów haftowanych, fabrycznych, malowanych farbą olejną (z biedy lub w pogoni za modą). Można by jeszcze o kształtach fartuszków, kiedyś prostych: klinach, marszczeniach, zaokrągleniach...

Renesans przeżywają czepce. Brokatowe, batystowe, tiulowe z koronkowym naszyciem, z falbaną z klockowej koronki, haftowane białą, złotą lub srebrną nicią (te ostatnie, jak gminna wieść niesie, były dziełem mężczyzn, w długie zimowe wieczory wymachujących igłą). Dla znacznego dodania urody do czepców doszywano z tyłu wiązane kokardy, przyozdabiano je wstążkami z metra rozmaitej długości. Warto sobie wyobrazić, że w Prudnickiem takie wstęgi sięgały aż do kostek.

Cóż by to był strój bez chust... Etnografowie dzielą je na nagłowne, naramienne i odziewcze (jakby nie wszystkie służyły ubraniu). Te ostatnie chroniły przed zimnem, znakomicie sprawdzały się wielkie płaty tkanin wełnianych, w kratę lub węzełki. Pod koniec ubiegłego wieku nagle o sobie przypomniały w postaci spódnic i kostiumów, wykończonych oryginalnymi frędzlami.

Drugie życie otrzymały także tzw. heklówki - chusty naramienne (na wystawie w jedwabnych heklówkach szpanuje dyrektorski duet z doktorskimi tytułami: Violetta Rezler-Wasielewska i Renata Kobylarz-Buła). Taką chustę można było kupić, ale bordiura to często praca ręczna, polegająca na heklowaniu, czyli szydełkowaniu. (Tu morał - dbajmy o heklówki, jeśli jeszcze mamy je w domu. Występowały tylko na Opolszczyźnie).
I wreszcie - tybetki i chusty tureckie, z czarnym, pozbawionym wzoru polem pośrodku, nazywanym wziradłem (lustrem). Najpiękniejsze i najdroższe. Taka chusta kosztowała tyle co krowa. Szczególnym wzięciem cieszyły się wśród żołnierzy napoleońskich, którzy proponowali takie ceny, że kobiety płakały i sprzedawały.

Na wsi gruba kobieta była piękną kobietą. Etnografowie ze zdumienia przecierali oczy, gdy się okazało, że wiekowy gorset w talii odpowiadał dzisiejszemu rozmiarowi 36, ale już na poziomie bioder przekraczał czterdziestkę. A że niektórym dziouchom do tej czterdziestki brakowało, niedobory sztukowały... sianem. Upychały go pod listwą oplecka.
Małgorzata Goc, szefowa działu etnografii w Muzeum Śląska Opolskiego, zapewnia, że podobnych oszustw było więcej. Spódnicę szyto z drogiego materiału, ale fragment przykryty fartuchem to już tkanina gorszej jakości. Kwiaty na przyodziewek nanoszono za pomocą pompki, także z użyciem szablonu. Jednych stać było na prawdziwe korale, inni musieli się zadowolić szklanymi lub drewnianymi paciorkami albo ugniatali je z chleba i dla niepoznaki barwili.

Po co owe fałszerstwa, po licho materiały zastępcze? Nie można było skromniej? Rzecz jasna chodziło o dodanie urody, choć nie tylko. Strój świadczył o pochodzeniu, o społecznym statusie, określał, gdzie kto mieszka, jako że każdy subregion lansował własną modę. Sto lat temu na Śląsku mniejszą wagę przywiązywano do wyposażenia domu niż do stroju. Przechowywano go z troską, starannie, wszak wkładało się go do ślubu i przy innych świątecznych okazjach, nierzadko do grobowej deski. A nawet dłużej. Poniektóre omy kazały się chować w mazelonce, w kaftanie, w komodzie, w drogocennej chuście.

Wietrzeniu starej garderoby z użyciem zdjęć w skansenie towarzyszyła sesja fotograficzna. Wzięły w niej udział panie, które na otwarciu wystawy pojawiły się w śląskich strojach - autentycznych, zrekonstruowanych, kompletnych i zaledwie w chustach po ciotce, po babce. Grupa kroszonkarek z Tułowic wystąpiła w strojach z różnych opolskich subregionów, tworząc tym samym żywy atlas. Jego dopełnieniem stała się raciborska kreacja Jadwigi Chromik, rodem z Zielonej Góry. Lata temu pani Jadwiga zapłaciła za swoje cudo 1200 zł, czego do dzisiaj nie żałuje. Mówi: - Od 22 lat mieszkam na Opolszczyźnie. To już moje strony. Jak inaczej miałabym wyrazić przywiązanie do nich?

Podczas konferencji poprzedzającej wernisaż wypłynęły dodatkowe zdjęcia. Na jednym, z 1934 r., miss Górnego Śląska, niejaka Kreczencja z Dobrzenia, daje do zrozumienia, że naszym wieśniaczkom marzy się już miastowa moda; na głowie żadnego wianka, ramiona wolne od chusty, suknia, a raczej jej obrzeże wydaje się nie mieć niczego wspólnego z ludowym strojem. Drugie zdjęcie, zrobione niedługo po wojnie: stragan, kobieta w śląskim stroju sprzedaje płody rolne, klientka ubrana ganz po miejsku. Ostatnia fotografia, z roku 2004, przenosi do Pietrowic Wielkich. W odpustowym tłumie pojedyncze panie ubrane na wzór swoich babek. Dobre i to.

Danuta Nowicka
NOWA TRYBUNA OPOLSKA

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Nasza Historia
Dodaj ogłoszenie