Ostatnie lato Drugiej Rzeczypospolitej. Lipiec i sierpień 1939 r.

Czytaj dalej
Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Katarzyna Kaczorowska

Ostatnie lato Drugiej Rzeczypospolitej. Lipiec i sierpień 1939 r.

Katarzyna Kaczorowska

Polscy himalaiści zdobyli Nanda Devi. Mieczysław Fogg brał udział w pierwszej transmisji TV. A już we wrześniu miała wystartować Gwiazda Polski - największy balon stratosferyczny świata

Podobno marszałek Rydz-Śmigły w nocy z 31 sierpnia na 1 września grał w pokera. Co pomyślał, kiedy przyszła pierwsza wiadomość, że Niemcy zaatakowali? Próba przyszła 17 września, kiedy o 5 rano gen. Stachiewicz poinformował sztab, że Polskę zaatakowali Rosjanie. W niedzielę, krótko przed północą, Edward Rydz-Śmigły przekroczył polsko-rumuńską granicę w Kutach. Jechał kolumną, kilka limuzyn i dwie ciężarówki. Posterunek na moście granicznym miał płk Stefan Soboniewski, który wspominał:

Zameldowano mi, że zbliża się kolumna samochodów naczelnego wodza. - Czy pan oszalał - krzyknąłem na jakiegoś komisarza policji, który mnie o tym powiadomił. Każę oddać pana pod sąd wojenny za sianie paniki. To się nie może zdarzyć. Hetman nigdy nie opuszcza swoich wojsk! Lecz to był rzeczywiście Śmigły.

Napisać, że sytuacja była dramatyczna, to nie napisać nic. Na drodze kolumny aut stanął 47-letni płk Ludwik Bociański, żołnierz powstania wielkopolskiego, wojny polsko-bolszewickiej, we wrześniu awansowany na generalnego kwatermistrza rządu RP, który zamierzał powstrzymać Rydza-Śmigłego przed ucieczką. Panowie zaczęli się kłócić, w pewnej chwili marszałek odsunął podwładnego. Wtedy Bociański wyjął z kabury pistolet i strzelił sobie w serce. Szok trwał tylko chwilę, oficerowie towarzyszący naczelnemu wodzowi ciało wrzucili do jednego z aut kolumny. I odjechali do Rumunii.

Jak się później okazało, Bociański przeżył, a o dramatycznych zdarzeniach, jakie rozegrały się w nocy z 17 na 18 września na moście w Kutach, opowiadał tylko najbliżej rodzinie... Ale w ostatnie tygodnie wolnej Polski trudno było przewidywać, komu honoru stanie, a komu zabraknie.

Wiosna 1939 r. była wielkim świętem polskiego teatru - 9 marca odbył się jubileusz 30-lecia Lucyny Messal, słynnej Messalki. Tego samego dnia miała miejsce premiera „Weekendu Noela” Cowarda w Teatrze Nowym z wielką rolą Stanisławy Ćwiklińskiej, a w Teatrze Kameralnym odbyła się premiera sztuki „Elżbieta Królowa, kobieta bez mężczyzny” w przekładzie Zofii Nałkowskiej z kreacją Ireny Grywińskiej.

Co prawda wciąż szeptano o wojnie, ale słynna warszawska Ziemiańska - miejsce spotkań skamandrytów, reklamując się jako miejsce, gdzie w dobrym towarzystwie można przeczekać naloty - udowadniała, że strach ma wielkie oczy. Więcej plotkowano o zamknięciu na 17 dni w Berezie Kartuskiej Stanisława „Cata” Mackiewicza, zresztą tyle się działo. Trzydziestego pierwszego marca wrócił do kraju z emigracji w Czechosłowacji Wincenty Witos, który w maju objął stery Stronnictwa Ludowego. Kilka dni później Ernest Wilimowski ustanowił niepobity do dziś rekord polskiej ligi piłkarskiej, zdobywając 10 goli w meczu Ruch Chorzów - Union-Touring Łódź (12:1), więc kibice mieli o czym dyskutować nie tylko na meczach.

Początek czerwca był wyjątkowy dla koniarzy - w Warszawie otwarto nowy Tor Wyścigów Konnych Służewiec, ale spokój mąciła sprawa Jerzego Sosnowskiego. Członek kadry olimpijskiej w zawodach konnych, oficer Oddziału II Sztabu Generalnego, który do 1934 r. kierował w Niemczech polską placówką wywiadu, 17 czerwca został skazany na karę 15 lat pozbawienia wolności i 200 tys. zł grzywny za... zdradę i współpracę z Niemcami. Cóż, Abwehra skutecznie zasiała w polskich dowódcach Sosnowskiego podejrzenia nielojalności...

Wakacje w 1939 r. zaczęły się 23 czerwca. Już następnego dnia świętowano Dni Morza. Uważni obserwatorzy życia politycznego wyczuwali narastające napięcie, ale starano się je rozładowywać dobrym humorem. Rysunkowym też, bo w gazetach roiło się od żartów z Goebbelsa, Hitlera, rokowań Niemców z Rosją Sowiecką. To, że nadchodzi burza, można było wyczytać mimochodem. W Sopocie było mniej niż zwykle turystów, co choćby ze względu na silnie widoczną obecność nazistów w Gdańsku musiało skłaniać do refleksji. Oczywiście słaby ruch turystyczny odbijał się na kieszeni sklepikarzy i właścicieli domków letniskowych, ale rodaków w centrum kraju uspokajała obecność prezydenta Ignacego Mościckiego na dożynkach krajowych w Spale w lipcu, a warszawiacy z łamów „Gazety Polskiej” dowiadywali się, że: „Powstaje 110 nowych domów mieszkalnych. Wydział Nadzoru Budowlanego Zarządu Miejskiego zatwierdził w czerwcu 227 projektów budowlanych, z których 110 dotyczyło domów mieszkalnych, 36 - garaży; reszta zaś - to przebudówki i nadbudówki istniejących budynków, budowa sklepów, kiosków handlowych, przewodów spalinowych itd.”.

Groźniejsza od wojny wydawała się powódź, która latem spustoszyła Śląsk, okolice Sieradza i Częstochowy, województwo łódzkie, większe emocje zapewne budził pokaz próbnej transmisji telewizyjnej 26 sierpnia 1939 r. w Warszawie z udziałem Mieczysława Fogga. Wreszcie wielu czytelników prasy kibicowało pierwszej polskiej wyprawie, która wyruszyła w Himalaje.

Członkowie Klubu Wysokogórskiego Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego zdobyli Nanda Devi, ale radość z sukcesu przerwała tragiczna wiadomość - dwóch z trzech członków wyprawy zginęło w lawinie. Śmierć ponieśli Adam Karpiński i Stefan Bernadzikiewicz. Przeżył Janusz Klarner, który do Polski dotarł już po wybuchu wojny - przez Rumunię. Walczył w kampanii wrześniowej, potem w powstaniu warszawskim. Tamtą tragiczną, ale też wyjątkową wyprawę - bo Polacy ustanowili pierwszy rekord wysokości - opisał już na łamach konspiracyjnego „Taternika”. Klarner, który okupację przeżył, a po wojnie jeździł po kraju z odczytami o Himalajach, 17 września 1949 r. wyszedł z warszawskiego mieszkania i... zniknął. Rozpłynął się w powietrzu dokładnie w 10. rocznicę ataku Związku Radzieckiego na Polskę.

Prace nad największym balonem stratosferycznym świata Gwiazda Polski w Dolinie Chochołowskiej. Transport powłoki przed pierwszą (nieudaną) próbą startu
Narodowe Archiwum Cyfrowe Komedia „Madame Sans-Gene” Victoriena Sardou w Teatrze Letnim w Warszawie, w lipcu 1939 r. teatr obchodził swoje 70-lecie

Kiedy czytelnicy prasy czytali o tragicznej śmierci dwójki polskich himalaistów, nawet jeśli przewidywali wojnę, to pewnie nie zdawali sobie sprawy z jej oblicza. Życie przynajmniej do 1 września toczyło się w miarę normalnym rytmem, jeśli nie liczyć oczywiście wielkiej narodowej kampanii zbierania funduszy na uzbrojenie polskiego żołnierza czy propagandowej kampanii na rzecz żywych torped, które miały pokonać Niemców.

W lipcu „Kurier Ilustrowany” chwalił władze Warszawy:

W sierpniu 1935 r. gmina stołeczna przystąpiła do budowy wielkiej arterii nadbrzeżnej na Wybrzeżu Gdyńskim i Gdańskim, łączącej Żoliborz z Nowym Zjazdem. W 1936 r. budowa tej arterii była wykonana w kamieniu polnym. Ze względu na duże nasypy przy tej budowie i przewidywane osiadanie ziemi nie można było od razu dać nawierzchni gładkiej. Po dwóch latach użytkowania, tj. w ub. roku, gdy proces osiadania już się zakończył, ułożono nawierzchnię asfaltową na łącznej długości 3100 m.

Stolica Polski się rozwijała, podobnie jak zresztą cały kraj, który w ciągu zaledwie 20 lat od odzyskania niepodległości w 1918 r. dokonał gigantycznego dzieła scalenia ziem trzech różnych zaborów w jedno państwo z jednym systemem prawnym i szkolnictwem. O tym, że ważny jest rozwój gospodarczy, przypominał choćby dodatek gospodarczy do „Kuriera”, w którym autor T.N. pisał:

Gdynia, jako główny węzeł interesów polskich i kolonjalnych Polski - musi być wielkim miastem i wielofunkcjonalnym ośrodkiem gospodarczym. Wielkie miasto nie może się utrzymać ze sprzedaży usług transportowych - jego głównym źródłem dochodu musi być samodzielny handel międzynarodowy, a szczególniej przemysł portowy, oparty o uprzywilejowaną sytuację komunikacyjną, w jakiej znajduje się każdy port.

Gdynia, niewielka wioska rybacka na Oksywiu, prawa miejskie zyskała 4 marca 1926 r. Awansowała, bo tutejszy port rozwijający się od 1920 r. był jedynym liczącym się portem przeładunkowym i pasażerskim w kraju - polskim oknem na świat, którego nie mieliśmy w Gdańsku.

Piętnastoletni plan rozbudowy Polski ogłoszony na krótko przed wybuchem wojny przewidywał (o czym informowały odpowiednie plakaty propagandowe), że do 1942 r. kraj osiągnie „najwyższą doskonałość sił obronnych”, a w latach 1942-1945 miała zostać rozbudowana na wielką skalę komunikacja (co nie udało się również w Polsce Ludowej, o czym najlepiej świadczy sieć połączeń kolejowych pokazująca dawne podziały zaborowe). Lata 1945-1948 miały przynieść wzrost poziomu rolnictwa i oświaty, w czasie kolejnych trzech skok cywilizacyjny miał objąć miasta i przemysł, a do 1954 r. Polska miała wyrównać stan gospodarczy w całym kraju. Propaganda narodowa jasno i zwięźle precyzowała cele owej piętnastolatki:

Niezależnie od tego planu, we wszystkich wymienionych i innych dziedzinach pójdziemy z roku na rok wielkimi krokami naprzód, bo chcemy i musimy prześcignąć inne narody i państwa.

Jednym z elementów tego skoku cywilizacyjnego, który miał się dokonać do 1954 r., była budowa COP, czyli Centralnego Okręgu Przemysłowego, która ruszyła w 1936 r. Czterdzieści cztery powiaty, 6 mln ludzi - łącznie prawie 70 tys. km kw. powierzchni, na której z inicjatywy wicepremiera Eugeniusza Kwiatkowskiego rozbudowywano przemysł ciężki i zbrojeniowy, które miały się stać kołem zamachowym polskiej gospodarki i narzędziem wyjścia z kryzysu. Na rozwój COP przeznaczono w latach 1937-1939 około 60 proc. całości wydatków inwestycyjnych o łącznej wartości 1925 mln zł. I jeszcze 25 sierpnia 1939 r. dziennikarze wraz z oficjelami odwiedzili powstającą właśnie Hutę Stalowa Wola - właśnie w COP.

W kwietniu na ekrany kin wszedł „Doktor Murek”, na podstawie skandalizującej powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, z Franciszkiem Brodniewiczem - pamiętnym ordynatem Michorowskim z „Trędowatej” - w roli tytułowej. Majowa premiera „U kresu drogi” Michała Waszyńskiego była łabędzim śpiewem polskiej kinematografii, której charakter i styl wyznaczały nazwiska Jadwigi Smosarskiej, Józefa Węgrzyna czy Kazimierza Junoszy-Stępowskiego.

We wrześniu na ekrany polskich kin miała wejść ekranizacja powieści Elizy Orzeszkowej „Nad Niemnem” w reżyserii Wandy Jakubowskiej, realizowana w prawdziwych Bohatyrowiczach. Kopie filmu zaginęły w wojennej zawierusze. Jakubowska, więźniarka Pawiaka, 28 kwietnia 1943 r. trafiła transportem z Warszawy do Auschwitz. Dostała numer obozowy 43513 i zajęli się nią członkowie Polskiej Partii Socjalistycznej. Dzięki wcześniejszej żoliborskiej współpracy z socjalistami Jakubowska od pierwszych dni w Birkenau otrzymywała dodatkową żywność i odzież. Dostała także gryps z poleceniem, by zgłosiła się do pracy w Rajsku w charakterze fotografki, co pozwoliło jej przetrwać obóz we względnie dobrych warunkach aż do styczniowej ewakuacji w 1945 r. Pierwszym filmem, który Wanda Jakubowska pokazała widzom, był „Ostatni etap” - scenariusz napisała razem z inną więźniarką Gerdą Schneider, w sylwestra kończącego rok 1945 i witającego nowy rok 1946...

Latem 1939 r. Warszawa żyła jubileuszem 70-lecia Teatru Letniego - recenzent Adam Grzymała-Siedlecki pisał o jubilacie:

Niepowabny i mocno zębem czasu nadwyrężony drewniany barak szpecący Ogród Saski, zwany Teatrem Letnim, zbudowano w roku 1870. Żywot jego miał być w zasadzie nie krótszy niż czas gruntownego remontu w sali Teatru Rozmaitości (Narodowego). (...) ów prowizoryczny barak teatralny oparł się wszelkiej myśli rozumnej i ominął wszystkie kataklizmy.

Nie mógł przewidzieć, że ów barak, którzy przetrwał 70 lat, skończy życie w czasie bombardowania Warszawy we wrześniu, dwa miesiące po swoich urodzinach.

Prace nad największym balonem stratosferycznym świata Gwiazda Polski w Dolinie Chochołowskiej. Transport powłoki przed pierwszą (nieudaną) próbą startu
Narodowe Archiwum Cyfrowe 25 sierpnia 1939 r. Dziennikarze zwiedzają niemal ukończone hale Huty Stalowa Wola, jednej ze sztandarowych inwestycji Centralnego Okręgu Przemysłowego

Trzydziestego pierwszego sierpnia w czwartek Polskie Radio witało słuchaczy już o godzinie 6.30. Do godziny 23.15 wyemitowano pogadankę sportową, audycję dla młodzieży i dla mieszkańców wsi, koncert rozrywkowy, słuchowisko „Wielkie włóczęgi morskie”: „Tremolino” - rozdział ze „Zwierciadła morza” Josepha Conrada. Reporterzy pewnie szykowali się do relacjonowania startu Gwiazdy Polski - największego na świecie balonu stratosferycznego zbudowanego w 1938 r. Legionowie.

Dwa lata wcześniej fizyk prof. Mieczysław Wolfke zaczął szukać sojuszników do budowy Gwiazdy Polski i pobicia rekordu wysokości ustanowionego w 1935 r. przez Amerykanina Alberta Williama Ste-vensa, który wzleciał na 22 066 m. Polacy chcieli wznieść się na wysokość 30 tys. m. Przedsięwzięciu patronowali prezydent Mościcki, gen. broni Kazimierz Sosnkowski i Liga Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej. Powołano Komitet Organizacyjny I Polskiego Lotu Stratosferycznego, do którego wszedł ppłk obs. bal. Julian Sielewicz, który jako dowódca 2. Batalionu Balonowego z Legionowa zaakceptował cały projekt.

Budowa balonu zaczęła się 7 czerwca 1937 r. Rok później Poczta Polska wydała okolicznościowy znaczek z wizerunkiem stratostatu. Cały kraj puchł z dumy. Głównym konstruktorem został mjr pilot inż. Stanisław Mazurek, badaniami materiałów lotniczych kierował inż. Jan Zygmunt Karpiński. Gumowanie powłoki balonowej oparto na wynalazku dyrektorów fabryki gumy w Sanoku dr. Oskara Schmidta i Władysława Kubicy. Balon miał wystartować we wrześniu 1938 r. z Doliny Chochołowskiej w Tatrach Zachodnich. Ale halny skutecznie pokrzyżował plany. Start zreperowanej Gwiazdy Polski zamierzano powtórzyć we wrześniu 1939 r. w Sławsku, w Gorganach, we Wschodnich Karpatach. Tym razem balon miał być napełniony niepalnym helem, sprowadzonym specjalnie ze Stanów Zjednoczonych.

Prace nad największym balonem stratosferycznym świata Gwiazda Polski w Dolinie Chochołowskiej. Transport powłoki przed pierwszą (nieudaną) próbą startu
Narodowe Archiwum Cyfrowe Prace nad największym balonem stratosferycznym świata Gwiazda Polski w Dolinie Chochołowskiej. Transport powłoki przed pierwszą (nieudaną) próbą startu jesienią 1938 r. Finalnie start zaplanowano na wrzesień 1939 r.

Relacji ze startu Gwiazdy Polski nie było. 1 września w radiowy eter poszły słowa spikera: „Halo, tu Warszawa i wszystkie rozgłośnie Polskiego Radia. Dziś rano o godzinie 5 minut 40 oddziały niemieckie przekroczyły granicę polską, łamiąc pakt o nieagresji. Zbombardowano szereg miast. Za chwilę usłyszą państwo komunikat specjalny”.

Kolejne słowa wypowiedział prezydent Warszawy Stefan Starzyński, zamordowany w grudniu 1939 r.:

A więc wojna. Z dniem dzisiejszym wszelkie sprawy i zagadnienia schodzą na plan dalszy. Całe nasze życie publiczne i prywatne przestawiamy na specjalne tory. Weszliśmy w okres wojny. Cały wysiłek narodu musi iść w jednym kierunku. Wszyscy jesteśmy żołnierzami. Musimy myśleć tylko o jednym. Walka aż do zwycięstwa.

Katarzyna Kaczorowska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.