Roman Gumiński, ostatni pan na Zalesiu

Roman Dominik Gumiński w 1983 roku przeszedł na emeryturę i zamieszkał w Londynie. Zmarł 19 listopada 2014 roku Fot. zbiory Zdzisława Krawczyka Roman Dominik Gumiński w 1983 roku przeszedł na emeryturę i zamieszkał w Londynie. Zmarł 19 listopada 2014 roku

Komisarz ludowy dał im trzy dni na wyprowadzenie się z dworu. Zabrali trochę mebli, rzeczy osobistych i przenieśli się do mieszkania przy Hetmańskiej. Do Zalesia już nie wrócili

Roman Gumiński nie widział siebie w roli dziedzica. Po nauce w liceum w Krakowie marzył o studiach uniwersyteckich we Lwowie, jednak nagła śmierć ojca, w 1938 roku, zmieniła jego życie. Jako 18-latek musiał nauczyć się zarządzać potężnym folwarkiem. W swojej książce "W nurcie wydarzeń" wspomina: "zaczęto mnie tytułować panem dziedzicem, wcześniej mówiono panicz. Młodzi pracownicy folwarczni, chłopcy i dziewczęta, przy powitaniu całowali mnie w rękę. Było to dla mnie nowością, ale nie zbytnim zaskoczeniem".

Ród Gumińskich w Zalesiu pojawił się w 1852 roku. Protoplasta Jan, uczestnik walk niepodległościowych, po opuszczeniu austriackiego więzienia ożenił się z córką Konstantego Nowaczyńskiego, właściciela Zalesia. Po spłaceniu pozostałych spadkobierców stał się posiadaczem gruntów dzisiejszego Zalesia aż po ulice Sikorskiego i Paderewskiego. W skład majątku wchodził także teren w Białej tzw. Zajazie oraz las w Hermanowej zwany Przylaskiem.

Woły, konie, traktor

- Ojciec Romana, Jan, przewodniczący Towarzystwa Rolniczego Okręgu Galicji Wschodniej, wprowadzał nowoczesne metody uprawy roli. Zmeliorował wszystkie grunty rolne i łąki (poza Białą), sprowadzał maszyny omłotowe, kupił traktor - opowiada Zdzisław Krawczyk, mieszkaniec Zalesia. Właśnie przygotowuje do druku książkę o dawnym Zalesiu.

Folwark był potężną dobrze funkcjonującą fabryką. Do robót polowych wykorzystywano konie, a nawet woły, które sprzężone po dwa, orały pola. Przy folwarku był kierat napędzany przez konie. W ten sposób pompowano wodę ze stawu do poideł dla bydła i koni.

Zatrudniano kilkadziesiąt osób. Stała załoga zaliczana była do elity dworskiej. Wynagrodzenie etatowych pracowników opierało się głównie na tzw. ordynarii. Nie wypłacano im pieniędzy, lecz płacę w formie zboża, opału, przydziału nawożonej ziemi pod uprawę ziemniaków i prawo pasienia krów na przydzielonym pastwisku. Oprócz tego, zatrudnieni w folwarku mieli przydzieloną określoną powierzchnię łąk, z których zbierali siano. Mogli je sprzedawać i za te pieniądze utrzymywać rodzinę.

Po żniwach zbierano pozostawione na dworskim ściernisku kłóska zboża. Według zasady: jedno naręcze dla dworskiego karbownika, a drugie dla siebie. Ziarna mielono w żarnach. Z tej mąki pieczono placki na blasze.

Wysokość ordynarii i przydzielonej łąki zależały od stanowiska i stażu pracy. Młodsi pracownicy, jak chłopcy kredensowi, pokojówki, pomocnica kucharza, otrzymywali tylko wyżywienie, mieszkanie i zapłatę w gotówce.
Wszyscy stali pracownicy byli ubezpieczeni w Kasie Chorych, ale w nagłych przypadkach wzywano zwykle prywatnie lekarza - najczęściej Teofila Niecia z Rzeszowa.

Jak wyglądało życie w dworze

Roman Gumiński nie lubił wcześnie wstawać. Po śniadaniu ok. godz. 10. wsiadał do bryczki albo na konia i objeżdżał swoje posiadłości. Rozmawiał z robotnikami i nadzorcami, oceniał tempo prac itp. Po obiedzie obchodził swoje ziemie pieszo. Starsi mieszkańcy Zalesia pamiętają go jako szczupłego mężczyznę w wysokich skórzanych butach, który w towarzystwie psa w biało-czarne łatki wędrował po swojej posiadłości. Lubił wszystkiego sam doglądnąć. Po podwieczorku sprawdzał stajnie i wyznaczał karbownikowi plan robót na następny dzień. Potem zasiadał do ksiąg rachunkowych, korespondencji. Kładł się spać zwykle o północy.

W niedzielę cała rodzina jechała na sumę o godz. 11 w kościele parafialnym rzymskokatolickim w Słocinie albo na ciche nabożeństwo w cerkwi greckokatolickiej w Zalesiu, której Gumińscy byli kolatorami (czyli sponsorami).

Gumiński uwielbiał polowania. Nawet w czasie wojny uzyskiwał pozwolenia na odstrzał zwierzyny. Na biesiady do Zalesia zapraszano właścicieli ziemskich z okolicznych dworów: Chłapowskich ze Słociny, Jędrzejowiczów ze Staromieścia, Jarochowskich z Babicy.

Co jedzono? O tym mówi fragment wiersza odkryty przez Krawczyka w Bibliotece Jagiellońskiej:
"U Gumińskich w Zalesiu było polowanie, potem obiad wystawny w dziesięć strzelb za stołem. Po wódce i zakąskach jako główne danie szedł indyk obłożony kruchutkim kwiczołem..."

Ucieczka na wschód

Rodzinie Gumińskich herbu Rola nie dane było długo w spokoju gospodarzyć w Zalesiu. Nadszedł wrzesień 1939. Roman Gumiński, mając kategorię zdrowia C, nie został zmobilizowany do wojska. Przez pierwsze dni w Zalesiu, oprócz ostrzeżeń radiowych "uwaga, uwaga nadchodzi" i widoku pojedynczych niemieckich samolotów, niewiele wskazywało, że toczy się wojna.

Jeszcze 4 września odbył się ślub Stefana Gumińskiego, starszego brata, z Zofią Niklewską. Jednak już 7 września dotarły informacje, że wojska niemieckie są coraz bliżej Rzeszowa. Zapadła decyzja o ewakuacji rodziny w kierunku wschodnim w stronę Jarosławia. Zakopano rodowe srebra, cenne przedmioty i broń myśliwską. "Wyruszyliśmy w cztery pary koni jednym powozem, jednym wózkiem i dwoma wozami. Nie mieliśmy auta, bo zamówiony mercedes jeszcze nie został dostarczony, a stara limuzyna została oddana jako część wpłaconego zadatku" - wspomina Gumiński w swojej książce.

Jechali do Dzierążni, majątku rodzinnego matki niedaleko Tomaszowa Lubelskiego. Wkroczenie 17 września rosyjskich wojsk skomplikowało sytuację uciekinierów z Zalesia. W miasteczku Podhajce Gumińscy nakazali swoim furmanom wracać do Zalesia. Jednym z woźniców był mieszkający obecnie w Słocinie Kazimierz Pałka. Sami przedostali się do Lwowa.

Po kilkunastu dniach dostali informację, że muszą wracać do Zalesia, aby uchronić majątek przed przejęciem przez Niemców. Za łapówkę, w postaci dwóch zegarków wręczonych czerwonoarmistom, udało się im przejść przez graniczny most na Sanie.

Życie w Zalesiu pod okupacją, dzięki zaradności Gumińskiego, toczyło się w miarę normalnie. Niemcy poprawnie odnosili się do posiadaczy ziemskich. Wyznaczyli urzędników, którzy szacowali zbiory i określali kontyngent, czyli ilość zboża i żywca, jaka miała być dostarczona do punktów skupu. Jak dodaje Krawczyk, po odstawieniu tych obowiązkowych dostaw, reszta była sprzedawana lub wymieniana na inne deficytowe towary.

Urzędnicy niemieccy chętnie przyjeżdżali do Zalesia, gdyż nigdy nie opuszczali dworu z pustymi rękami. Dostawali masło, cukier, wędliny, które wysyłali do swoich rodzin w Niemczech. Takie prezenty ułatwiały uzyskanie w starostwie rzeszowskim przydziałów nafty, węgla, zezwoleń na bicie świń. Albo załatwić dokument chroniący przed wywózką na roboty do Niemiec. Odszukana w archiwach dworskich pieczęć dziadka Romana Gumińskiego, szlachcica Austro-Węgier, nadal była honorowana przez urzędników okupacyjnych.

W zaleskim dworze zakwaterowano żołnierzy niemieckich. Żaden z nich nawet nie podejrzewał, że Gumiński już od 1940 roku jest zaangażowany w działalność konspiracyjną. Był szefem "Uprawy" (później przemianowanej na "Tarczę"), organizacji posiadaczy ziemskich, która odpowiadała za zaopatrywanie żołnierzy Armii Krajowej w żywność, pieniądze, amunicję. Co kwartał zbierano z poszczególnych majątków dobrowolne daniny, jedzenie, kompletowano wyposażenie szpitali polowych. W lesie hermanowskim zorganizowano magazyn broni. Jak podkreśla Krawczyk, gdyby nie "Uprawa", działalność AK byłaby prawie niemożliwa z braku odpowiedniego zaplecza.

Parcelacja majątku i wygnanie

Klęski Niemców na wschodzie i zbliżanie się Rosjan wywołało obawy o losy majątku w Zalesiu. W 1944 roku Niemcy zaczęli namawiać ziemian, aby ewakuowali na zachód swój inwentarz i majątek, obiecując zapewnić transport kolejowy. Jak pisze Gumiński, z tej oferty skorzystał tylko Alfred Potocki z Łańcuta.

W lipcu Rosjanie wkroczyli do Zalesia. Kilka dni później zdobyli Rzeszów. Rozpoczęły się aresztowania żołnierzy AK. Mimo to nadal udawało się Gumińskiemu koordynować działalność "Tarczy" i zbierać pieniądze na działalność konspiracyjną. We wrześniu ogłoszono dekret o reformie rolnej. Gumiński dostał pismo z urzędu wojewódzkiego, że jego majątek przechodzi na własność państwa bez odszkodowania, a grunty zostaną rozparcelowane.

On zaś miał zostać przewodniczącym robotniczego komitetu, który będzie zarządzał folwarkiem w Zalesiu. Nie zgodził się odgrywać tej poniżającej roli. Przeprowadził się z rodziną do ciasnego mieszkania w kamienicy przy ul. Hetmańskiej. Komisarz ludowy pochodzący z Malawy dał Gumińskim i innym lokatorom trzy dni na wyprowadzenie się z dworu w Zalesiu. Pozwolił zabrać tylko rzeczy osobiste i część mebli.

Milicja aresztowała matkę i brata Romana. On sam uniknął wiezienia, gdyż w tym dniu mieszkał już przy Hetmańskiej. Musiał się ukrywać. Wyznaczył swojego następcę w konspiracyjnej organizacji i przeniósł się z wypuszczoną z więzienia matką do Lublina. Próby działalności podziemnej zakończyły się aresztowaniem Gumińskiego. Przesłuchiwano go w Urzędzie Bezpieczeństwa przy ul. Jagiellońskiej, w budynku gdzie wcześniej mieściło się gestapo. Bity, głodzony, przetrzymywany w celi zalewanej wodą nie załamał się. Ubowcom mówił tylko to, co sami już wiedzieli.

Został zwolniony, gdy udał, że zgadza się na współpracę. Raport o swoim zatrzymaniu i przesłuchaniu przekazał działaczom podziemia. Sam przygotowywał się do ucieczki na Zachód. Mając spreparowane dokumenty na inne nazwisko, wyjechał do Krakowa, a później do Poznania. Przy drugiej próbie udało mu się przedostać do Czechosłowacji i stamtąd do Norymbergi, już w amerykańskiej strefie okupacyjnej.

Wstąpił do armii gen. Andersa, a po demobilizacji rozpoczął studia w Irlandii, zdobywając tytuł magistra chemii i fizyki doświadczalnej. Pracował w międzynarodowej firmie Alcan. W 1951 roku w Londynie ożenił się z Natalią Jędrzejewiczówną, córką przedwojennych właścicieli rzeszowskiego Staromieścia. W 1983 roku przeszedł na emeryturę i zamieszkał w Londynie.

Dwór - podarunek dla uczelni

Bardzo angażował się w działalność organizacji emigracyjnych. Przez 13 lat był prezesem Polskiego Związku Ziemian w Wielkiej Brytanii, Kanadzie i USA. Współpracował z Polskim Związkiem Kawalerów Maltańskich. Za działalność w "Uprawie" został odznaczony Krzyżem Armii Krajowej. Za pracę na rzecz emigracji i Polaków otrzymał Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski.

Zmarł 19 listopada 2014 roku w wieku 94 lat. Jego prochy zostaną złożone w lipcu do grobowca rodzinnego przy kościele w Zalesiu. Wróci do rodowego majątku dopiero po śmierci.

- Po wyrzuceniu w 1944 roku jego rodziny przez komunistów nigdy do Zalesia już nie przyjechał - podkreśla Zdzisław Krawczyk, który wielokrotnie rozmawiał z Romanem Gumińskim. - Za bardzo go ta niesprawiedliwość bolała. Miał możliwość odzyskania majątku jako bezprawnie przejętego przez władzę, ale z niej nie skorzystał. Przekazał dwór jako darowiznę uczelni.

Jerzy Lenart
NOWINY

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.