Iwona Kłopocka

Rzeczy, które wyszły z użycia za naszego życia

Takie wyposażenie klas w Polsce zdarzało się jeszcze pod koniec lat 60 Fot. Piotr Krzyżanowski Takie wyposażenie klas w Polsce zdarzało się jeszcze pod koniec lat 60
Iwona Kłopocka

Ostatnie osoby, które pisać uczyły się jeszcze piórem ze stalówką maczaną w kałamarzu, a w biurach używały kalki i ołówka kopiowego, zbliżają się do emerytury. Te rzeczy, niegdyś powszechne, na emeryturze są od dawna

Siedmioletnia Maja spod Opola czyta „Plastusiowy pamiętnik”, pierwszą szkolną lekturę (Boże, wybacz pani nauczycielce). Maja czyta z babcią, bo nawet jej mama już nie potrafi tego przetłumaczyć z polskiego na nasze. Drewniany piórnik? - dziwi się dziecko - jak to drewniany? Ale to jeszcze nic. Co to jest stalówka, co to kałamarz, bibuła?

Babci Basi, która sama była 7-latką pod koniec lat 60. XX wieku, łzy się kręcą ze wzruszenia. Pierwsze w życiu litery kreśliła stalówką, czyli cienkim, rozdwojonym na końcu ostrzem, umocowanym w obsadce i maczanym w ciekłym atramencie. Stalówka była następczynią stosowanych przez całe wieki piór gęsich. Pióra złożone z obsadki i stalówki weszły do użycia na przełomie XVIII i XIX w i przetrwały sto kilkadziesiąt lat. - W moim dzieciństwie dominowały dwa kolory. Ręce uwalane były atramentem, a kolana pomazane dezynfekującą zielonką - śmieje się Barbara Olejarczyk.

- Za kleksa w zeszycie dostawało się uwagę. - Babciu, co to są kleksy? - przerywa Maja.

Zeszyty pierwszaków do wczesnego Gierka usiane były atramentowymi plamami. Wystarczyło nieostrożnie przenosić pióro po zanurzeniu stalówki w kałamarzu. To naczynie na atrament pojawiło się w użyciu, kiedy tylko ludzie nauczyli się pisać piórem i stosowane było po­wszechnie aż do wynalezienia pióra wiecznego. W szkołach były to szklane, niezakręcane słoiczki. Dla zabezpieczenia przed rozlewaniem atramentu w blatach szkolnych stolików (wtedy jeszcze łączonych w całość z ławką) wycinano okrągły otwór o średnicy 45 mm, do którego wkładano kałamarz. Takie ławki w szkołach Opola służyły do końca lat 60. Rozmazywaniu się atramentu zapobiegało stosowanie bibuły. To cienki papier - biały, różowy lub niebieski - o dużych właściwościach chłonnych.

Przycięty do roz­miarów kartki zeszytowej był podstawowym wyposażeniem każdego ucznia. Na początku lat 70. największym szkolnym szpanem było posiadanie czterokolorowego długopisu. Z długopisami szkoła początkowo walczyła, twierdząc, że psują charakter, nie tylko pisma. Szkoła przymuszała do wiecznych piór, których obsługa wymagała pewnego namaszczenia i staranności. Wieczne pióro powstało wcześniej niż ołówek. W 1922 roku Howard Carter odnalazł w grobowcu Tutenchamona pierwsze narzędzie pisarskie, które bardzo je przypominało.

Była to zaostrzona z jednej strony trzcinowa rurka umieszczona w miedzianej oprawce z atramentem. Projekty przyrządów pisarskich z zapasem atramentu pojawiły się w 1508 roku w pracach Leonarda da Vinci (czego ten człowiek nie wymyślił!). 200 lat później pierwsze pióro po­zwalające pisać nieprzerwanie przez dłuższy czas pojawiło się w Wersalu za sprawą Nicolasa Biona, nadwornego inżyniera Króla Słońce. Maszynowo wieczne pióra zaczęto produkować w 1822 roku, gdy Adam Mickiewicz ogłosił swe „Ballady i romanse” (początek romantyzmu). 60 lat później Waterman opracował „zasilanie kanalikowe”, które zapobiegało robieniu kleksów, a Parker – specjalny system uniemożliwiający samorzutne ściekanie atramentu ze stalówki.

Najdroższe pióro świata (125 tysięcy dolarów) wyprodukowała firma Montblanc. Cacko, zrobione ze szczerego złota, pokryte zostało w całości malutkimi brylantami. Jest ich tyle, ile metrów nad poziomem morza wznosi się szczyt Alp. - Pióro zmieniło swój charakter. Z narzędzia pracy przekształciło się w przedmiot luksusowy. Pod naporem wszelkiego rodzaju długopisów, cienkopisów, piór żelowych, producenci piór wiecznych z przedmiotu użytku codziennego uczynili obiekty pożądania, dostępne osobom zamożnym, wrażliwym na piękno i przywiązanym do tradycji - podkreśla Rafał Dębowski, adwokat, członek Polskiego Klubu Miłośników i Kolekcjonerów Piór.

Z królestwa biurokracji

Piętnujący absurdy biurokracji Franz Kafka powiedział, że „kajdany udręczonej ludzkości są z papieru kancelaryjnego”. Kiedyś pisało się na nim wszelkie urzędowe podania i pisma. Nawet taka jest jego słownikowa definicja: „papier o ustalonym formacie używany do pisania akt urzędowych, podań itp.”. Służył też za jednostkę miary szkolnych wypracowań z języka polskiego: „Napisz na trzy strony papieru kancelaryjnego”.

Na nim też rozwiązywało się zadania maturalne. W 1980 roku klasa IVa matematyczno-fizyczna w II LO w Opolu zapełniła na maturze 128 stron papieru kancelaryjnego Kochanowskim (była podwójna rocznica poety i temat obstawiano jako pewniak). Rekordzistka wypisała się na 13 stron i było to wielokrotnie więcej niż wymagane współcześnie 250 słów. Dziś papier kancelaryjny jest w odwrocie, ale nie zniknął zupełnie.

Na forum internetowym młoda mama apeluje: „Pomocy, dziewczyny! Piszę odwołanie do przedszkola i nie zmieści się ono na jednej stronie papieru kancelaryjnego. Gdzie mam kontynuować?”. Życzliwa odpowiedź: „Nie dziwię się, że ci dziecka nie przyjęli, jak taka nieogarnięta jesteś. Napisz na kompie, drukuj dwustronnie i podpisz”. - Nie przypominam sobie w ostatnich latach, by ktoś przyniósł podanie na papierze kancelaryjnym - mówi Zofia Grabarek, opolska urzędniczka. Tak jak kasta petentów przestała używać tego papieru, tak kasta biuralistów odwykła od maszyn do pisania. Kiedyś przez wszystkie urzędy niósł się charakterystyczny stukot klawiatury i odgłos przesuwania wałka zakończony dzwoneczkiem.

- Dziś maszyny mechaniczne i taśmy barwiące kupują najczęściej starsi ludzie, którzy nie chcą lub nie umieją korzystać z komputerów. Mieliśmy też zamówienia z kół łowieckich i agencji celnych. Te ostatnie używają maszyn do wypełniania druków, gdzie konieczne jest uzyskanie kopii przez przebitkę - mówi Joanna Bartoszek, współwłaścicielka firmy Biuro-Tech z Lublina, największego w Polsce sklepu z maszynami do pisania. Firma handluje zarówno starymi maszynami, jak i nowymi. Na rynku pozostał już tylko jeden producent z jednym modelem maszyny elektronicznej - niemiecki Triumph Adler.

Taka maszyna kosztuje 1,5 tys. zł. Z biur zniknęły też kalki i ołówki kopiowe. Młody internet pyta „a co to takiego?”. Kalka kopiująca to papier powleczony z jednej strony tuszem lub pigmentem zmieszanym z woskiem, służący do jednoczesnego sporządzania wielu kopii tekstu. Wymyślona została w 1806, a od 1871 produkowana masowo i przez kolejnych ponad 100 lat stanowiła podstawowy artykuł w każdym biurze. Wyparła ją kserokopiarka (w Polsce w latach 90. XX wieku). W dobie powszechnej komputeryzacji wyszła niemal całkowicie z użycia, chociaż wciąż jeszcze jest produkowana.

W dawnych czasach urzędnika można było rozpoznać po fioletowych ustach - od ślinienia ołówka kopiowego, zwanego też chemicznym. Rdzeń ołówka zrobiony był ze ścieralnej glinki, nasączonej barwnikiem rozpuszczalnym w wodzie, np. fioletem metylowym. Ponieważ jego śladu nie dawało się zetrzeć gumką, używany był - nim popularny stał się długopis - do wypełniania np. dokumentów finansowych. Określenie „kopiowy” pochodzi stąd, że dokument zapisany takim ołówkiem można było skopiować (uzyskując obraz w lustrzanym odbiciu) przy użyciu specjalnej wilgotnej bibuły i prasy - dzięki temu można było na przykład przechowywać kopie wysyłanej korespondencji.

Dziś można go kupić na aukcjach internetowych. 70 ołówków znanej marki Koh-I-Noor poszło niedawno za 30 zł. Internetowy „pomysłowy Dobromir” podpowiada, że ołówek kopiowy może służyć jako tester miodu. Prawdziwy miód nie zmieni swojej barwy po zetknięciu z ołówkiem, a sztuczny zabarwi się na ciemno.

Pudełko z dziurkowaną tarczą

W sieci można obejrzeć zabawny filmik, pokazujący reakcje współczesnych amerykańskich dzieci na widok telefonu tarczowego. Są na tyle bystre, by domyślić się, że to coś służy do dzwonienia, ale z samą operacją już sobie nie radzą. Paluszki nawykłe do klawiatury i ekranów dotykowych z trudem kręcą tarczą, a młode główki nie rozumieją sensu wkładania palca w otworki, podpisane kolejnymi cyframi. Notabene reagują tak samo jak ich prapradziadkowie, gdy połączenia przestała realizować miła pani z centrali telefonicznej, a bakelitowy cud techniki trzeba było obsłużyć samemu.

Amerykańscy operatorzy telefoniczni robili instruktażowe filmy, pokazywane w kinach, jako część seansu filmowego. Siedmiominutowy film z 1927 roku szczegółowo pokazuje, jak dzwonić: „Najpierw znajdź właściwy numer w książce telefonicznej… Uwaga: kreski nie wykręcamy!”. Stary telefon przetrwał w muzeach techniki, w zwrocie „wykręcić numer” i pamiętnym dzwonku (kiedyś, młody Czytelniku, wszystkie telefony wydawały ten sam jednoznacznie rozpoznawalny dźwięk). Miłośnicy retro instalują go sobie w swych wypasionych smartfonach. Mechanicznych maszyn do pisania używają dziś głównie ludzie starej daty, którzy skapitulowali przed komputerem

Iwona Kłopocka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.