Śmierć przychodziła dwa razy

Pamięci ofiarom II wojny światowej i ukraińskiego nacjonalizmu - Dylągowa Fot. IPN o/Rzeszów Pamięci ofiarom II wojny światowej i ukraińskiego nacjonalizmu - Dylągowa

Starców, kobiety i dzieci zapędzili do kościoła, gdzie chcieli ich spalić. Mężczyzn pognali do odległej o 5 kilometrów wsi. Ale stał się cud, na kilka miesięcy

Czesława Frańczak pamięta, jak starcy, kobiety i dzieci leżeli krzyżem na kościelnej posadzce i śpiewali: "Słuchaj Jezu, jak Cię błaga lud, słuchaj, słuchaj, uczyń z nami cud". Pewnie cudu mało kto się wtedy spodziewał, wszak zapowiedziano im, że kościół zostanie zaminowany, podpalony i runie. Zapewne z nimi wszystkimi w środku. A jednak cud się stał, ocaleli. Na kilka miesięcy, bo po tym czasie napastnicy wrócili i z Dylągowej niewiele zostało.

Odwet

Był to koniec wojny i początek tzw. pokoju pojałtańskiego, ale na ziemi dynowskiej pokoju nie było. Tu wciąż palono, mordowano, grabiono i porywano. Sotnie Ukraińskiej Powstańczej Armii napadały na polską ludność, żołnierze Armii Krajowej walczyli z UPA, jedni i drudzy zbrojnie przeciwstawiali się Ludowemu Wojsku Polskiemu, dla którego UPA i AK na równi stanowiły zagrożenie dla rodzącej się socjalistycznej Polski, wojsko starało się spacyfikować jednych i drugich. Czasami dochodziło do egzotycznych sojuszy dwóch przeciwko trzeciemu.

Ale nie 25 kwietnia 1944 r., kiedy 32 żołnierzy AK pod dowództwem ppor. Aleksander Gruby "Sępa" zaatakowało posterunek ukraińskiej policji w Jaworniku Ruskim. Uczestnicy akcji pochodzili głównie z Błażowej i Dynowa. Późniejsze badania historyczne, zeznania świadków, potwierdziły, że żaden z mieszkańców Dylągowej nie brał udziału w akcji w Jaworniku. Nie było również poszlak wskazujących, że żołnierze AK w czasie akcji współpracowali z mieszkańcami, ale ocaleli z ataku ukraińscy policjanci zauważyli, że napastnicy wycofali się w kierunku Dylągowej. I tu poszukali odwetu.

- Przebieg pacyfikacji w Dylągowej był podobny do scenariusza zbrodni dokonanej przez nacjonalistów ukraińskich i policję niemiecką zaledwie dwa miesiące wcześniej, 28 lutego 1944 r., w Hucie Pieniackiej - tłumaczy dr Artur Brożyniak z rzeszowskiego oddziału IPN. - Wtedy to banderowcy, nie mogąc samodzielnie dokonać jej zniszczenia, nakłonili okupacyjne władze niemieckie do pacyfikacji wioski. Pozorem było przebywanie we wiosce oddziału partyzantki sowieckiej.

W ekspedycji karnej udział wzięły ukraińskie oddziały SS i UPA. Zginęło około tysiąca mieszkańców Huty Pieniackiej i okolicznych wiosek, którzy schronili się w niej przed banderowcami. Można przypuszczać, że próba zniszczenia Dylągowej przy wsparciu Niemców była elementem akcji antypolskiej realizowanej przez banderowców. Natomiast atak na posterunek Jaworniku był tylko pretekstem.

Groza i cud

Przyszli do wsi 25 kwietnia. Czesława Frańczak była wtedy dzieckiem, ale tamten strach pamięta doskonale. - Wleźli do chałupy, wszystkich wypędzili, pognali do kościoła - wspomina. - Księdza Paściaka poszli budzić, nie chciał im otworzyć, to walili kopytami w drzwi. W końcu otworzył, kazali mu wziąć klucze od kościoła, powiedzieli, że będą kościół minować, a potem go spalą razem z ludźmi. Ksiądz płakał, prosił, żeby dali się przedtem ludziom z Bogiem pojednać. Mówi o nich - gestapowcy, choć nie wyklucza, że wśród nich byli i banderowcy. "Gestapowcy" pozwolili odprawić księdzu mszę, ale po 15 minutach zaczęli się niecierpliwić, że to tak długo trwa. Wtedy i rodzinę Tadeusza Banasia zabrali z domu, jego dziadka, mamę i jej siostrę.

- Dziadek upadł po drodze, nie mógł dalej iść, pozwolili mu wrócić, powiedzieli, żeby wracał do dzieci, które zostały w domu - opowiada. - A jak mama z siostrą leżały krzyżem w kościele, to siostra mamy powiedziała do niej, że jak będą rozstrzeliwać co dziesiątego i padnie na moją mamę, to ona pójdzie za nią, żeby mama mogła wrócić do dzieci. Bo i taka zapowiedź była, że będą rozstrzeliwać. Chłopom kazali z domu zabrać łopaty, kopać dół przy kościele. A pani Czesława pamięta, jak ludzie leżeli na posadzce kościelnej i śpiewali "Słuchaj Jezu, jak Cię błaga lud", kobiety płakały.

- Raz za razem śpiewali, to się oprawcy zaczęli niecierpliwić. Banaś dodaje, że oprawcy zachowywali się jak bydło, po chórze kościelnym chodzili, cygary palili, księdzu nie pozwolili odwrócić się przodem do ludzi, co krzyżem leżeli. Cały czas twarzą do ołtarza miał być. "Gestapo" dzieci zabrało na plebanię, cukierkami przekupywało, żeby powiedziały, czy ich ojciec ma w domu broń, naboje pokazywali, żeby powiedziały, czy ojciec też takie ma. Bo cały czas szło o to, żeby znaleźć winnych napadu na posterunek policji ukraińskiej w Jaworniku. Jednak ludzie cud wyśpiewali. Ktoś z Dylągowej zdołał wtedy uciec ze wsi, dotarł do Pawłokomy, tam spotkał "uczonego człowieka", jak określa go pani Czesława.

"Uczony człowiek" przygnał na koniu do Dylągowej, musiał mieć mir wśród okupantów, bo jak nakrzyczał na nich, że chcą spalić kościół, który nic im nie zawinił. I karać ludzi, którym żadnej winy nie wykazano. Ten "uczony człowiek" pani Czesławy, to pewnie Kazimierz Mięsowicz, komendant powiatowy Policji Polskiej w Krośnie. Wtedy i później wielu Polaków ocalił przed niemiecką agresją. Przecież nie znaleźli żadnej broni, żadnego winnego, to za co pacyfikować. Jeszcze ksiądz ludziom kazał przynieść jajek, masła, chleba, kiełbasy - na przebłaganie oprawców.

- Żeby pojadły, żeby dobre były - tłumaczy pani Czesława. - Pojadły i pojechały, ludzie poszli do dom. Gestapowcy odstąpili, ale towarzyszący im banderowcy jeszcze nalegali, żeby rozstrzelać choć co dziesiątego. I na to "gestapowcy" się nie zgodzili. Bo "ordnung muss sein". Ordnungu nie było, bo być nie mogło, banderowcy rezali Polaków, Armia Krajowa nie była bezczynna. - Polska partyzantka znalazła w Pawłokomie popa, co Rusinów do biedy namawiał - opowiada pani Czesława. W jej ustach Rusini to Ukraińcy, a bieda znaczy mordy, gwałty i grabieże. - Wzięli go, położyli i cepami - zgodnie (czyli rytmicznie) - łup, łup, łup. Byłam wtedy w Pawłokomie, to widziałam.

Jawornik - dom ludowy

Tego pamiętnego dla Dylągowej 25 kwietnia baby i starców pognali do kościoła, mężczyzn - do domu ludowego w Jaworniku Ruskim. Gnała policja ukraińska albo banderowcy, sprzymierzeni z hitlerowcami, miejscowi dziś już nie kojarzą. Ale są jeszcze ci, którzy pamiętają z relacji rodzinnych, co się tam wyrabiało. - Chłopy w domu ludowym leżały na ziemi, na brzuchach, a Ukraińcy skakali na nich ze sceny - opowiada Florian Pustelnik. Florian Cichy omal nie stracił wtedy ojca.

- W polu orał, zabrali go od konia, poprowadzili do Jawornika - mówi. - Z 75 chłopa wtedy zabrali, Murasa też wtedy z pola zabrali. I trzymali w Jaworniku do południa następnego dnia, skakali po ludziach, kolbami bili, mścili się na Dylągowej. A potem dostali rozkaz, żeby chłopów przyprowadzić do Dylągowej. Chłopy do Dylągowej wróciły pod eskortą ukraińskiej policji. Ledwie żywe. Pan Tadeusz wspomina, że wielu z nich chorowało od ran odniesionych przez tę dobę w domu ludowym. Przez odbite nerki, płuca, obrażenia głowy.

I - mówi - byli tacy, którzy w ciągu kilku lat od tego zmarli. Broni we wsi nie znaleźli, nabojów też, żadnych dowodów, że którykolwiek z miejscowych uczestniczył w ataku na posterunek w Jaworniku. Trzeba ich było puścić, choć banderowcy wciąż nalegali, żeby choć co dziesiątego rozstrzelać. Nie było za co, ale dopadli Jaśka Kłyża, bo krew miał na ubraniu. Czesława Frańczak zapewnia, że Kłyż po chorych ludziach chodził, "cięte bańki" stawiał, stąd ta krew. Inni mówią, że królika wcześniej zabił, ślad został. Dla oprawców krew to krew, powiedzieli, że od tego, że trupy nosił. Zabrali chłopa, do dziś nikt nie wie, co się z nim stało. Ku pamięci miejscowi mu pomnik postawili w 1999 roku. Pomnik jak grób, ale pusty.

Cudu nie było

Był w kwietniu 1944, kiedy Dylągowa ocalała. Cud się nie zdarzył październikowej nocy 1945 roku, kiedy Dylągową "odwiedził" kureń UPA. Zaatakował jednocześnie pięć wiosek zamieszkanych przez ludność polską. - Na Dylągową napadła sotnia "U-4" dowodzona przez Włodzimierza Szczygelskiego "Burłaka" - opisuje dr Brożyniak. - Zorganizowany opór stawiła tylko samoobrona w Sielnicy, powstrzymując na krótko natarcie UPA.

W Dylągowej i Bartkówce opór stawiły pojedyncze osoby. Celem ataku było zniszczenie zabudowań. Członkowie UPA podzieleni byli na dwuosobowe patrole (jeden podpalał, a drugi osłaniał go ostrzałem). W Dylągowej banderowcy spalili około trzystu zabudowań. Ocalało tylko kilka budynków i plebania. Ludzie opuszczali swoje domy i ukrywali się w lasach, wąwozach, gonieni kulami napastników. W czasie pierwszego napadu na Dylągową zginęły trzy osoby, od ran zmarły dwie kolejne. Dwóch lub trzech członków sotni "Burłaki" zastrzeliła samoobrona w Dylągowej. Po napadzie większość mieszkańców opuściła miejscowość, pozostało około sześćdziesiąt ludzi - większości starszych. Niedługo cieszyli się względnym spokojem.

- Wieczorem 1 stycznia 1946 r. sotnia "U-2", zaatakowała Dylągową i Sielnicę - dodaje dr Brożyniak. - W Dylągowej banderowcy spalili pozostałe gospodarstwa, w tym plebanię i zamordowali ośmiu mieszkańców. To także im poświęcona będzie 4 października w Dylągowej uroczystość odsłonięcia. Im i wszystkim ofiarom II wojny światowej i ukraińskiego nacjonalizmu w Dylągowej.

Andrzej Plęs
NOWINY
Współpraca: Natalia Chrapek i Szymon Kardyś

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.