Mariusz Grabowski

Cat-Mackiewicz, kobiety, wino, polityka i suto zastawiony stół

Stanisław Cat-Mackiewicz w towarzystwie Ignacego Kleszczyńskiego na dachu Pałacu Prasy. Fot. NAC, 1-K-1024-1 Stanisław Cat-Mackiewicz w towarzystwie Ignacego Kleszczyńskiego na dachu Pałacu Prasy.
Mariusz Grabowski

Gdy został prezesem emigracyjnej Rady Ministrów, powiedział, że Polska jeszcze nigdy nie miała tak mądrego premiera. Co dowodzi, że i skromność nie była jego szczególnie mocną stroną

Jerzy Jaruzelski w biografii „Stanisław Cat-Mackiewicz. 1896-1966. Wilno, Londyn, Warszawa" zaznacza rzecz charakterystyczną: „Otóż był nieczuły na przyrodę, krajobraz, otoczenie fizyczne; coś mu się tam nieraz wyrywało o »tych pagórkach leśnych, łąkach zielonych, wodach w oczerecie«,lecz przeważnie drwiąco. Nudziła go wieś; nie znosił polowań, trąbek, bigosów przy ognisku, świerków w ponowie całego tego fałatowskiego instrumentarium".

Jak na obywatela Wielkiego Księstwa Litewskiego to dość zastanawiająca cecha. Szczególnie że później, na londyńskim bruku, gdy wydawał „Lwów i Wilno", nieraz posługiwał się podobną szlachecką retoryką. A jest w tym też sporo prawdy - Mackiewicz wolał konkrety: nadbieganie ze sztucerem przedkładał treściwie zastawiony stół, dobre trunki, kobiety, no i - rzecz jasna - polityczne kłótnie. W tych ostatnich nie miał równych, choć mówcą był wyjątkowo słabym i przed liczniejszym audytorium dukał, zacinał się i tracił rezon.

Z szablą u boku

Ze szlacheckiej tradycji Mackiewicz najbardziej lubił pojedynki. Plotka, której nigdy nie zaprzeczył, powiada, że w okresie wileńskim pojedynkował się siedem razy. Głównie o kobiety, ale też o dobre imię marszałka Piłsudskiego, którego w konserwatywno-endeckim Wilnie był raczej osamotnionym piewcą.

W jednym z takich pojedynków wziął udział razem z bratem Józefem. Poszło o wileńską powieść kryminalną napisaną przez młodszego Mackiewicza pod pseudonimem: Felicja Romanowska, a której antykomunistyczna wymowa nie spodobała się Marianowi Morelowskiemu, historykowi sztuki na Uniwersytecie Wileńskim. Pojedynek ma pistolety Józefa i Morelowskiego zakończył się bezkrwawo, gdy jednak naprzeciw naukowca stanął Stanisław z ciężką szlachecką karabelą, nie obyło się bez interwencji chirurga.

Gdy spogląda się na późniejsze fotografie Mackiewicza, na których prezentuje się on jako pyzaty apoplektyk o odętych ustach znamionujących skłonność do rozpusty i uciech stołu, trudno sobie wyobrazić, że na Litwie uchodził za mistrza szabli i rapieru, nieomal rębajłę.

Barwna legenda Cata podaje, że jeszcze w latach 60 .myślał o wyzwaniu na pojedynek kogoś z komunistycznego establishmentu, ale - jak tłumaczył znajomym - „nie ma pewności, czy towarzysze mają w ogóle zdolność honorową". Nie przeszkadzało mu to wadzić się z Marianem Hemarem, choć na odległość. Historia jest na tyle charakterystyczna, że warto ją przytoczyć: 25 sierpnia 1962 r. Radio Wolna Europa wyemitowało wiersz Hemara poświęcony Catowi. Jego najzłośliwszy fragment mówił:

W sam raz jak kiedyś Judasz,
taki wydawca,
któremu zapłacili srebrem
trzydzieści złociszów
przeliczył, schował,
zarobił rzetelnie od towarzyszów.
Po piętnaście od miasta.
Wy sobie wyobrażacie! Za Lwów piętnaście i za Wilno piętnaście!
I poszedł na dwie kolacje
Zjadł z apetytem obie

Powodowany wściekłością Mackiewicz osobiście wysmażył i złożył w październiku tegoż roku w stołecznym sądzie skargę z takim uzasadnieniem: „Proszę o ukaranie Mariana Hemara za przestępstwo, które poczynił w stosunku do mnie, a które jest przewidziane w art. 225 oraz 256 kodeksu karnego". Ponadto w zacietrzewieniu żądał dla Hemara listu żelaznego, żeby ten mógł przyjechać nad Wisłę i stanąć z nim na ubitej ziemi, na szable. Absurdalność tego pomysłu, w sytuacji gdy poeta był jednym z najbardziej znienawidzonych dla PRL przedstawicieli emigracji, nie przyszła dotkniętemu na honorze Catowi najwyraźniej do głowy.

Choleryk bez autocenzury

Motyw pojedynku będzie się w tym tekście przewijać dość często. Zarówno Jerzy Jaruzelski, jaki świadkowie jego życia i działalności zgodnie podkreślają, że należał do tych, którzy sens bytowania upatrują w nieustannym starciu. Z przeciwnikami osobistymi i politycznymi, ideami, faktami, nawet plotkami. Jadwiga Karbowska, która w tomie „Z Mackiewiczem na ty" spisała, choć wyjątkowo oględnie, swoje wieloletnie towarzysko-romansowe relacje z Catem, wspomina wielokroć, że dostawał ataków szału, czytając poranne dzienniki. Na cały głos wykrzykiwał obelżywości i klątwy pod adresem polityków, dziennikarzy i "wszystkich tych durniów z Warszawy".

Wybuchowość była jego cechą rozpoznawczą. Mówił głośno, co myślał, zarówno podczas kolegiów w kierowanej przez siebie redakcji „Słowa", na rautach w ambasadzie niemieckiej, na które zapraszano go przed wojną dość często, jak i w angielskich restauracjach, gdzie rzucił go emigracyjny los. Jerzy August Gawenda, socjalista, późniejszy emigracyjny wicepremier, wspominał, że Cat zachowywał się przy ludziach skandalicznie.

Wyzywał przeciwników od idiotów, kretynów, agentów, zaperzał się, gdy ktoś go mitygował, albo zwracał mu uwagę na niestosowność takiego zachowania. Był na tyle nieznośny, że wielu wolało nie wchodzić mu w drogę i rezygnowało z zaproszenia. Kto bowiem dostał się pod obcas Cata, był zaraz potem przedmiotem plotek, spraw honorowych i sprostowań. Tak było z premierem Władysławem Sikorskim, którego Mackiwicz wyjątkowo nie znosił, uważając za „ciężkiego idiotę i nieszczęście dla Polski". Historię waśni między nimi z trudem udałoby się zmieścić w opasłej księdze, bo prócz osobistych animozji dzieliła ich polityka. Usłużność Sikorskiego wobec Anglików była dla Mackiewicza niemalże zdradą narodową.

Musiał się wtrącić do wszystkiego. Gdy Antoni Słonimski znalazł się po klęsce wrześniowej w Paryżu i napisał wiersz atakujący polityków sanacji, zawierający dwuznaczny zwrot: „My z Pelcowizny", Cat wyszydzał go w typowy dla siebie sposób:

Pan Słonimski piszący o sobie »My z Pelcowizny« mieszkał naprawdę na ulicy Flory naprzeciwko Bagateli, a jego Pelcowizna jest taką samą hiperbolą poetyczną, jak ów »kopniak«, którego słabowity pan Słonimski nigdy by nie był w stanie nikomu wymierzyć

Choć ścieżki życia obu panów zbiegły się jeszcze niejednokrotnie, Słonimski nigdy nie wybaczył Catowi ówczesnej kpiny.

Przeświadczeniu o własnej nieomylności towarzyszył legendarny Mackiewiczowski snobizm. Gdy w czerwcu 1956 r. wrócił do Polski, natychmiast wszedł w buty Wileńskiego Żubra, strażnika dawnej Rzeczypospolitej. Kazał mówić do siebie „panie premierze", a w swoim mieszkaniu na Kanonii zorganizował udzielny skrawek "Wielkiego Księstwa Litewskiego". Nim rozpoczął wojnę z komunistami, która doprowadziła w konsekwencji do „Listu 34", zaproponował nawet „Trybunie Ludu", że będzie w niej prowadzić rubrykę heraldyczną.

Ostatnim jego pojedynkiem była sprawa Gastona de Cerizay, pod którym to pseudonimem pisywał barwne, plotkarskie listy z Polski do paryskiej „Kultury". Wywodził, że tow. Gomułka jest „nieskończenie bardziej inteligentny od profesora uniwersytetu Ignacego Mościckiego" albo że „robotnik polski jest klasą najbardziej niezadowoloną, najbardziej wyzyskiwaną". Sprawa zahaczyła o śledztwo MSW i proces polityczny, ale Cat już go nie doczekał.

Wino, kobiety, śpiew nie

W „Reakcjoniście", dokumencie nakręconym w 1996 r. przez Grzegorza Brauna, pojawia się kolejny interesujący nas wątek: Cata kobieciarza. Oto niemal wszyscy pojawiający się przed kamerą świadkowie jego życia wyrażają zdumienie, że Mackiewicz, raczej niepretendujący do ideału męskiej urody, był dla płci pięknej niczym magnes. Owszem, inteligentny ba, błyskotliwy, ale przecież gruby, niechlujny, wręcz wulgarny, choć czasami potrafiący wznieść się na wyżyny szarmu i elegancji.

Jadwiga Karbowska przytacza anegdotę z 1939 r., kiedy Cat świeżo wypuszczony z Berezy Kartuskiej (siedział tam kilkanaście dni za krytykowanie polityki Becka) idzie do tzw. Małego Qui Pro Quo w Ziemiańskiej. Wymizerowany, z ogoloną po aresztancku głową, zdezorientowany siada w pierwszym rzędzie. I wtedy Mira Zimińska, będąca u szczytu artystycznego powodzenia, zaczyna ze sceny rzucać w jego kierunku kwiaty. Wszyscy wstają z miejsc, klaszczą, kobiety przesyłają mu całusy. - Nie mogę żyć bez kobiet, podobnie jak nie mogę żyć bez papierosów - mówił

Cat wielokrotnie. Ożenił się dość wcześnie, w 1920 r., z Wandą Krahelską (miał z nią dwie córki - Barbarę i Aleksandrę), ale przez całe życie towarzyszyły mu zastępy innych pań. O kobietach myślał i pisał nieustannie, nawet w British Museum, kiedy to widząc siedzącego nad dokumentami Mieczysława Grydzewskiego, posyłał mu frywolne liściki:

Jest dziś 99 apetycznych kobiet w British Muzeum. Coś nadzwyczajnego! Czy to po śmierci Stalina ludzi zawsze tyle?

Albo gdy pisał akurat o romansach Adama Mickiewicza: „My tutaj Marylkę trzymamy za cycuszki, a Pan czyta".

Namiętność do płci pięknej była u Maciewicza tak silna, że w przerwach między kolejnymi romansami odwiedzał przybytki dla mężczyzn. W Londynie było to dlań dość przykre doświadczenie. Zdzisław A. Siemaszko wspomina w „Reakcjoniście", że Cat, wróciwszy któregoś dnia z eskapady do burdelu, rzekł rozgoryczony, że jest „coś znacznie gorszego od angielskiej kuchni -angielska kurwa". Nawet powściągliwy w sprawach osobistych Jerzy Giedroyc przyznawał, że Stanisław Mackiewicz „był wręcz niesłychanym kobieciarzem. O jego romansach krążyły legendy".

Niepowodzenia łóżkowe wetował sobie fotografią erotyczną. W 2006 r. na wystawie w Gdańskiej galerii Fotografii pokazano fragment Mackiewiczowskiego „Archiwum Londyńskiego", imponującego zbioru fotek znajomych i kochanek publicysty z czasów londyńskich. Brunetki, blondynki, kusząco rozebrane, niektóre całkiem nagie. Prężące się na łóżku, przeciągające się przed lustrem, seksownie siedzące na krześle. „Na jednym ze zdjęć widać w tle zaklejone taśmą okno (aby szyby nie rozprysły się podczas nalotu). Paski taśmy rzucają intrygujące cienie na obleczoną barchanowymi majtkami pupę ubierającej się piękności" - pisała w recenzji wystawy Aleksandra Kozłowska.

Jerzy Jaruzelski dowodzi, że najwięcej uczuć Cat zainwestował w hrabinę Renatę Ostrowską, sanitariuszkę z powstania warszawskiego, wolontariuszkę szpitala maltańskiego i najpiękniejszą kobietę polskiego Londynu. Poznali się przypadkiem. Jeśli wierzyć Jadwidze Karbowskiej, Cat, chcąc uświetnić swój wieczór autorski w jednej z kawiarni, szukał damy, najlepiej o arystokratycznym nazwisku, która pełniłaby funkcję gospodyni i stwarzała intymną atmosferę. Padło na Ostrowską, która wywiązała się z tego zadania znakomicie. Mackiewicz był tak zauroczony, że przełknął nawet afront, który mu uczyniła.

Pewnego dnia zwierzał się Karbowskiej:
- To ja jej najpiękniejsze anegdoty, wyszukane komplementy, wreszcie butelkę wina, i to jakiego wina. A ona, ona...
- Cóż takiego strasznego mogła zrobić?
- Przy końcu kolacji zapytała: »Czy mógłby pan jutro rano zanieść mego pekińczyka do weterynarza?«. Rozumiesz?!".

Dość burzliwy związek zakończył się w momencie, gdy Mackiewicz postanowił wrócić do Polski. Ale i Warszawie nie zapomniał o kochance - jego pierwsza książka zadedykowana była właśnie jej. W jednym z listów do Michała Kryspina Pawlikowskiego wyjaśniał: „Moja książka, którą napisałem, a nie zaczynam pisać, jak źle zrozumiałeś, miała się z początku nazywać »Lata nadziei. Edycja druga«. Obejmuje okres emigracji od 1939 do 1956. Będzie się nazywała »Zielone oczy«, bo Renata ma oczy tego koloru (...)".

Paradoksem historii hrabina Ostrowska także wróciła do Polski, choć znacznie później. Po 1989 r. przejęła 15 tys. ha i rodzinny pałac w Korczewie nad Bugiem. Zmarła w 2002 r.

„Jem, bo zawsze lubiłem..."

W papierach Melchiora Wańkowicza zachowała się taka oto zdumiewająca notatka o Mackiewiczu: „Bzdury pisał, ale mnie
zawsze interesował. Krążą o nim legendy. Wcale nie był gurmantem i szarmantem, ale żarłokiem i kobieciarzem (...). To zgniły produkt kultury post-szlacheckiej. Żarłok, kurwiarz, nieopanowany w piórze i nieopanowany osobiście. Uważany był za odważnego publicystę. Łoziński pisał o takiej odwadze szlachciurów z XVII i XVIII wieku, gdzie tylko sakiewka i szabla. Chytrusy, kombinatorzy, gnuśne typy i źli rolnicy (...)".

Nas z tej opinii interesuje fakt, że także Wańkowicz dostrzegł u Cata nieprawdopodobny pociąg do jedzenia. „Może gdyby nie uciechy stołu, inaczej by się to wszystko potoczyło?" - zastanawiała się Jadwiga Karbowska. Faktem jest bowiem, że Mackiewicz dla dobrego obiadu zrobiłby dużo. Mógł skrupulatnie ciułać funty, aby wreszcie przepuścić wszystko na homara i butelkę dobrego wina, nie troszcząc się o to, co będzie dnia następnego. Wspomnienia jego emigracyjnych niedoli pełne są opisów Mackiewicza zmagającego się samotnie z górą jadła i niezwracającego uwagi na otaczający go świat. „Gdy jadł, nawet trzecia wojna światowa musiała poczekać".

Krzysztof Muszkowski, publicysta i seretarz londyńskich „Wiadomości", daje w „Reakcjoniście" portret Cata w szponach monstrualnego obżarstwa: „Znany był ze swojego rubasznego zachowania w restauracjach. To znaczy, że jadł trzy potrawy jednocześnie, przeważnie palcami".

Wtóruje mu historyk Zbigniew S. Siemaszko: „Zakładał pod kołnierzyk wielką białą serwetę i jadł dwie zupy naraz, strasznie głośno i z wielkim zapałem. Widać było, że ten człowiek kocha jedzenie". Rzecz charakterystyczna: nie pijał kawy. Rekompensował to sobie słodyczami. Jego garnitur był wiecznie poplamiony sosami, a krawat nosił ślady obiadów z ostatniego tygodnia. Przypominał trochę Franca Fiszera, największego żarłoka przedwojennej Warszawy.

Szczególnie dogadzał żołądkowi w 1956 r., tuż przed powrotem do kraju. W głośnym tekście „Na granicy zdrady. Stanisława Mackiewicza powroty do Polski" Sławomira Canckiewicz pisze:, W okresie od marca do czerwca 1956 r. Mackiewicz otrzymał od oficera Departamentu 11085 funtów angielskich, a później dodatkowo jeszcze 300 dolarów amerykańskich. Przez prawie rok (między sierpniem 1955 a czerwcem 1956 r.) Mackiewicz pozostawał w sensie dosłownym po opieką Departamentu!".

Co ciekawe, pozostająca w Polsce córka Aleksandra wspominała, że w paczkach, które przychodziły z Londynu, były głównie portugalskie sardynki. Nigdy się nie dowiedziała, skąd u ojca takie zamiłowanie do tej przekąski.

Nie przeszkadzało mu wcale, że przez całe dziesięciolecia mówiono o nim, że musiał zjeść dziennie gotowaną kurę i popić to dwiema butelkami wina. Przeciwnie, traktował swoje obżarstwo jako dowód szlacheckiego ducha i kultywowanie tradycji Radziwiłłów, których był znawcą i wielbicielem. Gdy czytał znajomym opisy monstrualnych uczt Karola Radziwiłła „Panie Kochanku", z lubością klepał się po brzuchu i mlaskał.

Na koniec jeden z ostatnich opisów Cata, przytoczony przez Jaruzelskiego z czasów, gdy próbował sił jako wykładowca na uniwersytecie i objeżdżał Polskę z odczytami: „Otyły pan, z siwiejącą grzywą, czerwoną, apoplektyczną twarzą, wypukłymi oczami, żwawy, odziany niedbale, lecz z angielska, wyrafinowany szarmant i demagog". Relikt Wielkiego Księstwa, zagończyk, który jak mało kto umiał folgować swoim zachciankom.*

Mariusz Grabowski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.