Szymon Kozica

Historia pewnej miłości, której żadna siła nie potrafiła zniszczyć

20 października 1938. Irena w wytwornej białej sukni, Walter w szykownym smokingu i modnym cylindrze. Ślub po raz pierwszy. Fot. archiwum rodzinne 20 października 1938. Irena w wytwornej białej sukni, Walter w szykownym smokingu i modnym cylindrze. Ślub po raz pierwszy.
Szymon Kozica

Irena i Walter pobrali się w październiku 1938. Byli szczęśliwym małżeństwem, cieszyli się z narodzin synów... ale wojna starła w pył ich marzenia. Waltera wysłała na front i wkrótce wszelki słuch po nim zaginął. Jak to się stało, że w kwietniu 1989, całe wieki później, jeszcze raz stanęli na ślubnym kobiercu? Tylko życie potrafi pisać takie scenariusze

Jest w Klenicy kościół, a przy nim figurka Jana Nepomucena, patrona szczerej spowiedzi, orędownika podczas powodzi. Nieopodal zaś cmentarz, który zasługuje na oddzielną opowieść. Niemiecko-polski. Ktoś wciąż dba o groby - jedne nieco porośnięte mchem, inne oplecione bluszczem - z tablicami „Hier ruht in Gott...” (Tu spoczywa w Bogu...). Na niewielkim wzniesieniu, w cieniu dostojnej lipy, czerwony pomnik: Irena Bielefeldt. Ta historia skończyła się w Klenicy, a zaczęła w Kleinitz.

I pieścić Cię, pieścić

Irena skończyła szkołę gospodarczą dla dziewcząt. Była już pełnoletnia, gdy latem 1935 rozpoczęła praktykę na plebanii w Züllichau (Sulechów). Waltera po raz pierwszy ujrzała w kościele. Wpadł jej w oko ten przystojny chłopiec w mundurze. Pochodził z Berlina, w Züllichau był w wojsku. Spojrzenie gdzieś ukradkiem, rumieniec, przelotny uśmiech, pierwszy spacer, coraz więcej chwil spędzanych razem... W święta Bożego Narodzenia odważyła się zaprosić go do Kleinitz. Marii, mamie Ireny, oczywiście się nie spodobał. Ale ojciec Franz, dziadek August, no i młodsza siostra Gretel okazali się bardzo mili.

Choć z każdym kolejnym spotkaniem uczucie rozkwitało, nie dało się nie zauważyć, że Waltera coś gnębi. Wspominał o ćwiczeniu przekraczania granicy, coraz rzadziej wychodził na przepustki, wreszcie się nie pojawił - raz, drugi... Irena była przerażona, gdy do Kleinitz zajechali dwaj żandarmi i zaczęli ją wypytywać o narzeczonego. A za chwilę wzięli na przesłuchanie do Züllichau. Padło słowo dezerter...

Wieści o Walterze nie miała żadnych. Aż któregoś dnia, sprzątając sypialnię rodziców, zdjęła obrus ze stołu. I zobaczyła schowany, ale otwarty już list. Adresowany do niej. Nadawca: Marianna Bielefeldt, matka ukochanego. 14 stycznia 1937 napisała: „(...) Walter i jego kolega Dimke zdezerterowali ze swojej jednostki i zostali złapani przez żandarmów w Misdroy, nad Bałtykiem. (...) Za oddalenie się z jednostki Walter został skazany na ciężkie roboty. Siedzi w jakimś karnym obozie pod belgijską granicą (bardzo bagniste tereny). Nie wiem, jak długo ma trwać ta jego kara, ale przynajmniej wiem, że żyje... i kiedyś wyjdzie na wolność. (...)”.

Irena była zdruzgotana. Jak mama mogła jej to zrobić?! Jak mogła ukryć ten list?! Postanowiła, że przy najbliższej sposobności opuści Kleinitz. W gazecie znalazła ogłoszenie: „Poszukiwana kobieta do prowadzenia domu w Berlin-Hermsdorf”. Pojechała, dostała tę pracę, spotkała się z Marianną. Po półtora roku przyszedł list od Waltera: „(...) Za dobre sprawowanie skrócono mi karę i na początku września wychodzę na wolność. Nie masz pojęcia, jak mocno się cieszę móc Cię wkrótce znowu wziąć w ramiona i wdychać woń Twoich włosów, patrzeć w Twoje ukochane oczy i pieścić Cię, i pieścić. Teraz, kiedy nasze spotkanie jest już tak blisko, niecierpliwa tęsknota jest największa. Ale i to wytrzymamy, moja ty najdroższa Reni. (...)”.

Wreszcie wrócił. Wyczerpany, wychudzony, mizerniutki, ale był. Znalazł pracę przy wieszaniu afiszy, postanowili się pobrać. Gdy Irena pojechała do Kleinitz po świadectwo urodzenia i metrykę chrztu, odkryła kolejny sekret mamy. Na dokumencie przeczytała: „20 stycznia 1920 roku, przed Sądem Grodzkim (...) Franz Birkner w obecności Marii Birkner, z domu Walde - jego małżonki, oświadczył, że adoptuje jej córkę Katarzynę, Irenę, Annę, która od tej chwili przyjmie jego nazwisko: Birkner”. Czyli Franz nie był jej ojcem...
„- Ale kto jest moim ojcem, mamo? (...)

- Miałam już 24 lata. W naszej wsi i bliskiej okolicy nie było kawalerów, a do tego ja, córka leśniczego, miałam wymagania. Jak wszystkie panny w owym czasie, chodziłam na zabawy. Tańczyłyśmy przeważnie same ze sobą. Wiesz, jaka była radość, kiedy pozwolono francuskim jeńcom wojennym, których sześciu pracowało na dworskich polach, uczestniczyć w naszych tańcach. Zakochałam się w jednym z nich, był taki ładny i miły. No i stało się. To był tylko taki krótki epizod. Twój ojciec był Francuzem, ponoć z jakiejś „cesarskiej wyspy”. Wkrótce Francuzi z dworu zniknęli, i także po twoim ojcu wszelki ślad zaginął. Zostało tylko wspomnienie i ty. Pamiętam tylko jego imię. Było mu Marcel. (...)”.

Wiadomości od Waltera nie było...

Irena zmieniła pracę, teraz roznosiła gazety. Wynajęli skromne mieszkanko. Do ślubu poszła w wytwornej białej sukni, a Walter w szykownym smokingu i modnym cylindrze. W kościele zabrzmiało cudowne Ave Maria. Był 20 października 1938.

Rok później Walter został skierowany do pracy w fabryce samolotów. Irena spodziewała się dziecka. W maju 1940 na świat przyszedł Karlheinz. A po dwóch latach Manfred. Zimą Waltera wzięli do wojska. Irena znów była w ciąży. Listy od męża przychodziły dość regularnie, jakoś się trzymała. Güntera urodziła w nocy, a nad ranem w pobliżu szpitala spadły bomby. Jedna uderzyła w oddział z noworodkami. Günter nie przeżył... Po kolejnym bombardowaniu w listopadzie 1943 podjęła decyzję: wraca do Kleinitz.

Dziadka Augusta już nie było, zmarł w lutym. Od nowego roku Irena posłała Karlheinza do przedszkola. Listy od Waltera przestały przychodzić. W styczniu 1944 dostała powiadomienie o zaginięciu męża... I wcale nie był to koniec złych wieści. W lutym zachorował Manfred. Siostra z zakonu marianek rozpoznała dyfteryt. Przyjechał stary lekarz z Kontopp (Konotop). Ale i on nie mógł pomóc, nie miał dostępu do antybiotyków. Irena pognała rowerem do apteki w Unruhstadt (Kargowa). Na poczcie Franz próbował dzwonić do szpitala. Z chłopcem było coraz gorzej, nie mógł oddychać, tracił przytomność. Skonał... Jakby tragedii było mało, w kwietniu w Breslau (Wrocław) zmarła nagle Gretel. Wiadomości od Waltera nie było...

Tymczasem Kleinitz szykowało się na wejście krasnoarmiejców. W styczniu 1945 zapadła decyzja o ewakuacji kobiet i dzieci. Droga wiodła przez Züllichau, most na Odrze w Tschicherzig (Cigacice), Grünberg (Zielona Góra), aż do Ochelhermsdorf (Ochla). Irena z Karlheinzem i Franzem ruszyli. Maria została. Przeżyła sowieckie piekło, ale nie wszyscy mieszkańcy mieli tyle szczęścia. „Uciekinierzy” wrócili z Ochelhermsdorf po dwóch miesiącach, przez Milzig (Milsko). Ze wsi znikały niemieckie napisy, wkrótce Kleinitz zmieniło się w Klinice. Wiadomości od Waltera nie było...

O to, by rodziny nie wyrzucono z domu, zadbał „gorzelany” ze swoim spirytusem. Na murze zawisła kartka „Zajęte”. Jeszcze wuj August zachęcał do wyjazdu do Niemiec, miał zapewniony transport Odrą. Ale Maria, Franz, Irena i Karlheinz zostali. Teraz byli autochtonami. Uczyli się polskiego, Polski i Polaków. W lutym 1946 zmarł Franz. W szkole Karlheinz nie miał łatwego życia wśród kolegów. Ale był twardy, ani myślał ze spuszczoną głową znosić upokorzenia. W roku 1947 rodzina dostała polskie obywatelstwo. Wiadomości od Waltera nie było...

W 1948 roku Klinice zostały przemianowane na Klenicę. Irena dorabiała, sprzątając i paląc w piecach w PGR-ze, który mieścił się w dawnym pałacyku myśliwskim Radziwiłłów, a Maria w nadleśnictwie. Karlheinz, teraz już Karol, musiał pasać krowy. W gospodarstwie były też świnie, owca, koza i kury. Do tego robota w polu, także przy uprawie lnu. Wiadomości od Waltera nie było...

Naraz latem 1953 do Ireny przyszedł list z Berlina. Oczywiście był już otwarty i przeczytany przez mamę. „Sąd w Berlinie Wschodnim orzekł rozwód z powodu stałego zamieszkiwania małżonki za granicą i niemożności współżycia małżonków”. Poczuła się jak rażona gromem. Skąd miała wiedzieć, że Walter żyje?! No skąd?! Sporo czasu minęło, zanim oswoiła się z myślą, że teraz, po dziesięciu latach rozłąki, już na pewno straciła ukochanego.

Szanuję, współczuję, dziękuję
Karol uczył się już w Technikum Mechanicznym w Zielonej Górze, mieszkał na stancji i korespondował z babcią Marianną z Berlina. Tym razem list przyszedł jednak nie od babci, a od taty. „(...) Kiedy w 1947 powróciłem z rosyjskiej niewoli do Berlina, was tam nie było, chociaż dom, w którym mieszkaliśmy, stał. Od twojej babci dowiedziałem się, że Mutti wyjechała z dziećmi do Kleinitz. Wielokrotnie próbowałem nawiązać kontakt z twoją matką. Odpowiedzi nie dostałem. W 1948 próbowałem się dostać do was przez zieloną granicę. Niestety złapali mnie. Konsekwencji nie było (...). Ale ja chciałem do mojej rodziny. Niestety oficjalnie także nie było to możliwe. Od wuja Augusta, który nas odnalazł, dowiedziałem się o wszystkim. Wiem, że wojna zabrała nam Güntera, którego nawet nie poznałem, i że zmarł nasz kochany Manfred. Wiem też, ile nieszczęść przytrafiło się rodzinie. Ale wiem także, że żyje twoja Mutti, od której nigdy nie dostałem żadnej odpowiedzi na moje listy. Nie znam przyczyn tego, ale życzę jej wszystkiego najlepszego i dziękuję jej na ciebie. Szanuj ją i kochaj. (...) Teraz próbuję sobie tu od nowa ułożyć życie. Cieszyłbym się, gdybyś mógł i chciał do mnie pisać. (...)”.

Pokazał ten list mamie. Z tatą korespondował regularnie. Był już na studiach, wziął ślub, został ojcem. W lutym 1962 Walter napisał, że w wypadku motocyklowym zginęła jego druga żona, że chciałby odwiedzić syna. I jeszcze zobaczyć się z Ireną. Zgodziła się. Spotkali się u Karolów w Zielonej Górze.

„- Długo, bardzo długo czekałam na ciebie. Czekaliśmy, twój syn i ja, i wreszcie jesteś.

- Był czas, że mocno za wami tęskniłem. Kiedy wróciłem z niewoli, nie było was. Inni wracali do żon i dzieci. A was nie było.

- Przecież chyba matka ci mówiła, gdzie jesteśmy i dlaczego. Wtedy w 1943 musiałam opuścić Berlin. Chroniłam dzieci.

- Tak, to wiem, nie wiem tylko, dlaczego nie powróciłaś razem z innymi.

- Walterze, a dokąd i do kogo miałam pojechać. Przecież nie wiedziałam, że wróciłeś. Ja nawet nie wiedziałam, że żyjesz. Nic, żadnego znaku życia. Wypłakałam oczy przez te lata. Pierwszy znak życia od ciebie to była wiadomość o rozwodzie.

- Jak to, przecież pisałem do ciebie list za listem. Od innych wiem, że poczta dochodziła. Od ciebie nie było odpowiedzi. Karlheinz ci pewnie powiedział, pisałem mu o tym, chciałem nawet do was dostać się przez zieloną granicę.

- Przecież wiesz, jak cię kochałam. Czy naprawdę sądzisz, że pozostałabym obojętna na twoje listy?

- No to co się stało? Przecież adres miałem prawidłowy. Inni listy otrzymywali, a ty nie?

- Nie jestem tego pewna, ale domyślam się dlaczego. Sprawdzę to. Tylko jak ona to zrobiła?”.

Gdy wróciła do Klenicy, natychmiast ruszyła na pocztę. Naczelnik pamiętał, że do Ireny przychodziło sporo listów z Berlina. W domu urządziła mamie awanturę. Ta rzuciła jej pod nogi paczkę listów związanych sznurkiem...

Walter napisał do Karola: „Niestety na powtórne zejście się z Twoją matką nie mogę się zdecydować. Kiedyśmy się u was spotkali, stwierdziłem z żalem, że to już nie ta kochana Reni, z którą się ożeniłem, o której śniłem i za którą tak mocno tęskniłem. (...) Ja ją szanuję, ja jej współczuję i ja jej dziękuję. Niestety w tym zmienionym świecie, tu, w Berlinie - nie mógłbym z nią zacząć nowego życia. Zbyt mocno oddaliliśmy się od siebie fizycznie i mentalnie. Przepraszam. (...) przekaż tę wiadomość Mutti”. Po policzkach Ireny płynęły łzy.

Zabrzmiało cudowne Ave Maria

Karol pracował w zawodówce w Sulechowie, później na uczelni w Zielonej Górze. Doktorat, stypendium Humboldta w Darmstadt w RFN, habilitacja. Wiosną 1973 w Berlinie zmarła Marianna, jesienią 1984 w Klenicy odeszła Maria. Obie w wieku 92 lat. Tymczasem Walter musiał pogodzić się ze śmiercią swojej trzeciej żony, a sam trafił do kliniki w Berlinie. Karolowi, który go tam odwiedził, zwierzył się, że jeszcze raz chciałby spotkać się z Mutti. Może teraz uda się wszystko naprawić... Napisał to też Irenie. W listopadzie 1988 Karol odebrał tatę z mostu granicznego we Frankfurcie i przywiózł do Klenicy. Po niekończących się wspomnieniach, wyjaśnieniach i rozmowach, wspólnych spacerach Irena dała się przekonać, pojechała z Walterem do Berlina Wschodniego. Ale wyznaczyła sobie czas próby.

W końcu 75-letni Walter oświadczył się Irenie. Kupił pierścionek. W sali ślubów zabrzmiało cudowne Ave Maria. Jak 20 października 1938. Ale to był 26 kwietnia 1989. Całe wieki później... Razem przeżyli jeszcze 12 lat. Upadek muru berlińskiego, aresztowanie Honeckera, pierwsze demokratyczne wybory... Walter zmarł w październiku 2001, spoczął w Berlinie. Irena odeszła w październiku 2011, przed śmiercią oświadczyła Karolowi, że ma być pochowana w Klenicy, w grobie swoich dziadków.

***
Jest w Klenicy cmentarz. Na niewielkim wzniesieniu, w cieniu dostojnej lipy czerwony pomnik...

PS Historię tę opisał Henryk Karol Skiba w książce „Dwa światy Ireny”, z której pochodzą cytaty w artykule.

Szymon Kozica

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.