Andrzej Plęs

Jak Boguchwała zagłuszała Radio Wolna Europa

Kiedy zdemontowano las anten zagłuszających, sprowadzono z Poznania potężny maszt dla fal średnich. Stał do 2002 roku i przypominał, że przez trzy lata Fot. archiwum prywatne Kiedy zdemontowano las anten zagłuszających, sprowadzono z Poznania potężny maszt dla fal średnich. Stał do 2002 roku i przypominał, że przez trzy lata zagłuszano tu zachodnie rozgłośnie
Andrzej Plęs

Kiedy zaczęli grodzić teren drutem kolczastym, po Boguchwale poszło, że obóz koncentracyjny budują. Tylko dla kogo? Ano dla Koreańczyków, bo właśnie w Azji trwała bratobójcza wojna

Od zakończenia wojny nie minęła jeszcze dekada, doświadczenia wojenne wciąż żyły w pamięci, więc ludziom w Bo- guchwale pod Rzeszowem wydawało się oczywiste, że skoro ogromny teren grodzony jest drutem kolczastym, to zapewne dla więźniów. Tylko jakich więźniów, skoro w Europie wojny się pokończyły? Ano dla koreańskich, a my przecież wtedy serdecznie kibicowaliśmy tym północnym. Głośno pytać nie ośmielił się nikt, bo przecież 1952 rok był, zimna wojna eksplodowała i kto pyta, ten szpieg imperialistów. Potem na ogrodzonym terenie postawili maszty drewniane, druty między nimi rozciągnęli, więźniów skośnookich nie było, ale nazwa "Korea" do tego miejsca przylgnęła na dziesięciolecia.

Stawiamy, nie gadamy

Jan Rałowski mieszkał po sąsiedzku tych drutów kolczastych, chłopcem był, kiedy stawiano maszty. Kilkanaście lat później został kierownikiem tego tajemniczego na początku lat 50. miejsca, a kierownikiem zostawał, kiedy to już nie takie samo miejsce było i mocno odarte już z tajemnic. Jednak wciąż pamięta, że władza ludowa wydarła pegeerowi 70 hektarów, na których wcześniej złociła się kukurydza, i zamknęła w nich swoje tajemnice.

- Najpierw rozciągnięto wokół terenu jeden mur z drutu kolczastego, potem następował trzydziestometrowy pas wolnej przestrzeni i drugie ogrodzenie z drutu - opowiada pan Jan. - Terenu przez całą dobę pilnowało trzech strażników pod bronią i z reflektorami co kilkadziesiąt metrów. Przed bramą była budka wartownicza, straż rozprowadzana była przez przełożonego jak w jednostkach wojskowych.

Budowano błyskawicznie i nikt nikomu nic nie tłumaczył. Jeszcze nie skończono grodzić, a w środku stanęło 40-50 drewnianych masztów, każdy na 30- -40 metrów wysoki, między którymi zaczęto rozciągać druty. Miejscowi nie wiedzieli, do czego druty mają służyć, ale odetchnęli z ulgą, że nie będą mieć po sąsiedzku skośnookich jeńców. No i prawie setka mieszkańców miała przez kilka miesięcy robotę przy budowie i jadło w specjalnej stołówce, którą zlokalizowano przy wartowni. A każdy musiał mieć specjalną przepustkę, żeby dostać się na teren budowy.

Miejscowi żyli z zamkniętą zoną w symbiozie, nawet pozwalano im wypasać krowy na tym trzydziestometrowym pasie dzielącym oba kolczaste ogrodzenia. Wypasać można było, tylko specjalną przepustkę na to trzeba było uzyskać.

A teraz głuszymy

Zimna wojna eksplodowała pięć lat wcześniej, wojna koreańska - ledwie rok wcześniej, "imperialiści" z Zachodu po falach radiowych sączyli jad propagandy zdrowemu socjalistycznemu narodowi polskiemu. Głos Ameryki walczył z miłującym pokój obozem socjalistycznym, Radio Londyn po polsku próbowało siać ferment nad Wisłą, Radio Wolna Europa z Monachium, oczywiście po polsku, próbowało zarzucić Polaków wrażymi informacjami. Władza nie mogła pozwolić, by lud polski tego słuchał, toteż postawiono na krańcach Polski trzy lub cztery takie instalacje. Pod Szczecinem jedną, pod Białymstokiem drugą, trzecią właśnie w Boguchwale, i pod Wrocławiem ponoć powstała czwarta. Dlaczego akurat w Boguchwale?

- W Rzeszowie właśnie powstawała rozgłośnia Polskiego Radia, teren w Boguchwale jest o 20 metrów wyższy niż nadajnik na Baranówce - próbuje wyjaśniać pan Jan. - A poza tym - kwestia transportu. Może teren Bieszczadów czy Beskidu byłby bardziej korzystny, ala to był początek lat 50., komunikacja drogowa była w fatalnym stanie, transport takich instalacji musiał iść koleją, a Boguchwała miała swoją bocznicę.

I ktoś musiał nasłuchiwać i zagłuszać. Nadzór był stały i całodobowy, przy obsłudze i konserwacji pracowali absolwenci szkoły radiotechnicznej z Dzierżoniowa, ale nad tym, co i jak zagłuszać, czuwał sztab ludzi służb specjalnych. Rałowski przypomina sobie, że rezydowali prawdopodobnie w budynku przy ul. Dąbrowskiego w Rzeszowie, tam gdzie dziś jest hotel Iskra i budynek poczty. I musieli być w stałej "gotowości bojowej", bo Amerykanie, londyńczycy i Wolna Europa próbowali zmieniać częstotliwości, żeby wymknąć się zagłuszarkom. Ci przy ul. Dąbrowskiego wymknąć się nie pozwalali i na bieżąco pokrywali wrogi sygnał własnym. Przy okazji nasłuchali się tego, czego przeciętnemu Polakowi słuchać nie było dane.

Rałowicz dopiero po latach dowiedział się, że specjalne urządzenia zagłuszające władza sprowadziła do Boguchwały... z Anglii. A 70 hektarów tutejszych anten nie tylko zagłuszało Zachód na falach krótkich i średnich, ale też przesyłało program Radia Rzeszów i Program 2 Polskiego Radia.

Zwijamy interes

Siedemdziesiąt hektarów anten zagłuszających w Boguchwale zwinęło się równie nagle, jak się pojawiło. I wtedy też nikt nie pytał, dlaczego i po co w ogóle było budować tę instalację. Trzy lata siały w eter "szumy i bulgoty", aż na fali odwilży w 1956 roku poczęły znikać i druty, i drewniane maszty. Zdemontowaną instalację ponoć kupili Chińczycy. To, co pozostało w ziemi, a czego nie zabrała władza, dyskretnie "zagospodarowali" między sobą miejscowi gospodarze, bo w gospodarce przecież wszystko się przyda. Z siedemdziesięciu hektarów za drutami kolczastymi zostało w zamknięciu kilkanaście; i już wcale nie po to, by zagłuszać. Z Poznania sprowadzono potężny stalowy maszt, na 125 metrów wysoki, ze szczytu którego anteny już tylko przesyłały program Polskiego Radia na falach średnich. W 1968 roku Jan Rałowicz został kierownikiem tego obiektu, zanim zaczął dowodzić stacją na Suchej Górze. Wtedy, a tym bardziej później, o "Korei" i jej zagłuszarkach mało kto pamiętał. Stalowy maszt padł w styczniu 2002 roku, kiedy przestał być potrzebny, bo fale średnie popadły w niełaskę polskich nadawców, a cała instalacja nadawcza w Boguchwale właśnie dla średnich została stworzona. 125 metrów stali poszło na złom, a Boguchwała odzyskała resztę swoich hektarów.

- W Boguchwale do dziś o tym miejscu mówi się "Korea", choć nikt nie zastanawia się dlaczego - opowiada Jan Rałowski. - Gdzie pracujesz? Na "Korei" - pada odpowiedź. Ale tylko najstarsi pamiętają ten las masztów zagłuszających i obawy mieszkańców, że za drutem kolczastym będziemy mieli jeńców azjatyckiej wojny.

Andrzej Plęs

Andrzej Plęs

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.