Jak Lem w UFO nie uwierzył

Piotr Ogórek
Andrzej Banas / Polskapresse
Udostępnij:
Słynny autor książek fantastyczno-naukowych i futurolog nie wierzył w UFO. Tak wynika z jego listów z lat 70. pisanych do ufologa z Łodzi

Stanisław Lem to najsłynniejszy polski pisarz science-fiction. Jego powieść „Solaris” jest uznawana za klasykę gatunku. Książka opisuje nieudany kontakt ludzkości z obcą formą inteligencji. Jego wizję Obcego uważa się za jedną z najoryginalniejszych w historii literatury fantastyczno-naukowej. Nie oznacza to jednak, że Lem był człowiekiem bujającym w obłokach i wierzącym w niestworzone rzeczy.

Twardo stąpał po ziemi i nie przyjmował do wiadomości istnienia zielonych ludzików i latających spodków. Jasno dał temu wyraz w listach do Zbigniewa Blani, socjologa z Łodzi, który badał tzw. incydent w Emilcinie, będący jednym z najgłośniejszych przypadków lądowania UFO w Polsce. 10 maja 1978 r. w małej wsi pod Lublinem miał pojawić się statek kosmiczny, a okoliczny rolnik miał spotkać niskie, zielone istoty o skośnych oczach. Co z tym wszystkim ma wspólnego Stanisław Lem? Zbigniew Blania na kilka miesięcy przed Emilcinem korespondował z Lemem, którego starał się przekonać do naukowych dowodów, rzekomo potwierdzających istnienie UFO.

Dwa listy Lema z 1977 roku

Stanowisko Lema znamy dzięki oryginalnym dwóm listom pisarza, które odnalazł po blisko 40 latach Bartosz Rdułtowski. Publicysta zbierał materiały do swojej książki o Emilcinie, w której dowodzi, że cała sprawa była mistyfikacją. W tym celu przeszukał archiwum Blani, odkupione od jego siostry. - Redakcja „Polityki” przekazała mi Pana list dot. UFO. Zdziwiło mnie trochę to, że Pan, będąc socjologiem, więc naukowcem, żywi w kwestii trybu postępowań naukowych poglądy postawie (metodologicznej) w nauce obce - tak swój list datowany na 19 lipca 1977 roku zaczyna Stanisław Lem. Dalej możemy przeczytać, że Lem zdecydowanie nie zgadza się z tym, aby nauka zajmowała się „wszechmożliwymi hipotezami”. - (...) uczeni zamiast zajmować się normalnymi badaniami, przekształciliby się w „sprawdzaczy” konstrukcji, merytorycznie mieszczących się poza aktualnym obszarem badań - wyjaśniał pisarz.

Stanisław Lem, z wykształcenia lekarz, wysoko stawiał bezpośrednie dowody naukowe. A takich dowodów, wykraczających poza dane „psychologiczno-zmysłowe”, dla UFO brak. - Liczy się to, co nauka ustala zespołowo, ponadnarodowo, to, co może następnie podlegać systematycznym kontrolom sprawdzającym fakty podane, ponieważ, niestety, znane są wypadki usiłowania oszustw ze strony naukowców o skądinąd autentycznych dyplomach - pisał Lem w pierwszym liście z 1977 roku.

Ponury zatwardzialec

Lem jasno wypowiedział się także, że nie wierzy w żadne teorie spiskowe. - W wypadku UFO daję (...) wiarę alternatywnej hipotezie, że ich raczej jako zagadek (zidentyfikowanych niewątpliwie, a jednak mimo to nie przebadanych należycie) nie ma dlatego, ponieważ nie uważam za prawdopodobne, aby istniała (...) „zmowa nauki”, „zmowa USAF” (siły powietrzne USA - red.), „zmowa rządów”. Jestem więc, tj. będę w Pana oczach niechybnie ponurym zatwardzialcem konserwatywnej tępoty. Zmowa milczenia i mistyfikacja była, ale dotyczyła zupełnie czegoś innego.

- W połowie lat 50. zaczęły latać amerykańskie wysokopułapowe samoloty rozpoznawcze. Żeby ukryć istnienie tych szpiegowskich samolotów, Amerykanie przedstawiali różne pokrętne historie. Ludzie interpretowali je na swój sposób, opowiadając o niezidentyfikowanych obiektach latających - mówi Bartosz Rdułtowski. Lem nie chciał kontynuować dyskusji na ten temat (ostatecznie odpowiedział Blani jeszcze jednym listem). Ale zaproponował też powrót do sprawy za 5-6 lat. - Jeśli stan rzeczy będzie dokładnie taki jak dziś (garść „wiernych” czy też zapalonych rzeczników „ufologii” i obojętny świat nauki), uznam, że lekceważąc tę sferę zjawisk miałem rację, w przeciwnym razie udam się do Canossy - pisał na koniec pierwszego listu. Punktem wyjścia do całej historii była wypowiedź Lema w „Polityce”, która sprowokowała Blanię do wejścia z polskim pisarzem i wizjonerem w dysputę o UFO.

- Blania był wówczas jedynym polskim ufologiem. Był bardzo pewny swego i nie bał się polemiki z Lemem. Był również bardzo inteligentny i moim zdaniem tak naprawdę bardziej niż o dyskusję, chodziło mu o wypromowanie się. Poprzez dysputę z Lemem niewątpliwie chciał się uwiarygodnić - mówi Bartosz Rdułtowski. Potwierdza to post scriptum Lema z drugiego listu, datowanego na 25 września 1977 roku, gdzie napisał: „Redakcja POLITYKI napisała mi, że łamów pismo dyskusji udostępnić nie może, bo miejsca na nią nie ma; stąd ten list czysto prywatny”.

Lem aktualny po 40 latach

Bartosz Rdułtowski analizą zjawiska UFO zajmuje się od ponad 30 lat i uważa, że argumenty Lema nie straciły nic na aktualności. - Lem w 1977 r. był w stanie sformułować bardzo trafne uwagi, co bardzo mnie zaskakuje. To był wyjątkowo inteligentny człowiek - uważa. - Jak widać, nic się nie zmieniło i Lem miał rację. Nawet po 40 latach - dodaje. Zdaniem Rdułtowskiego, trafne jest np. spostrzeżenie Lema odnośnie zbioru fenomenów, których nie jesteśmy w stanie wytłumaczyć, a które nazywamy UFO.

- Nie świadczy to jednak, że ów zbiór ma jedną etiologię, czyli wspólne pochodzenie, za którym kryje się jakaś obca cywilizacja - mówi. - Blania twierdził, że odwiedzanie ziemi przez obce cywilizacje nie podlega naukowej wątpliwości. Jego zdaniem, nauka tego wręcz dowodziła, np. poprzez równanie Drake’a (wzór próbujący określić, ile cywilizacji technologicznych istnieje w galaktyce - red.). Odpowiedzi Lema są jednak dość jednoznaczne - uważa Bartosz Rdułtowski. Lem zdawał sobie sprawę z powyższych faktów i po dwóch listach zakończył korespondencję ze Zbigniewem Blanią. Ten, w wydanej w 1996 roku książce poświęcił jej specjalny rozdział „Potyczka z Lemem”. Także w latach 90. napisał kolejne listy do pisarza, ale ten nie był już zainteresowany kontynuowaniem korespondencji, bo wszystko, co miał do powiedzenia, napisał w latach 70.

- Dzisiaj, kiedy się patrzy na te listy, widać, że wywody Lema nie straciły nic na aktualności. Ufologia zabrnęła zaś w ślepy zaułek - uważa Rdułtowski. Zgrabnie podsumował to pisarz w drugim liście: „Nie zajmuję się osobiście sprawami, które mam za wyzbyte realnej perspektywy poznawczego rozwoju we względnie krótkim czasie osobniczego życia”. - Lem w listach do Blani zwrócił uwagę na jedną ważną rzecz, mianowicie na brak wiarygodności materiałów na temat UFO. Bo to jest największa bolączka ufologii - mówi Rdułtowski.

- Cały fenomen UFO to moim zdaniem ogólnoludzka potrzeba wiary w istoty górujące nad nami rozumem. Dla jednych rolę tę spełnia bóg, dla innych UFO. Na tę potrzebę nakładają się trzy częste cechy ludzi: niewiedza, naiwność, nikczemność. Większość obserwacji UFO da się tym wytłumaczyć. Niewiedza co do naturalnych zjawisk czy tajnej, wojskowej technologii, które możemy błędnie interpretować. Naiwność, bo większość ufologów taka jest - chcą wierzyć w to, co badają. Nikczemność, bo szereg zdarzeń UFO to oszustwa i mistyfikacje, jak choćby zdarzenie w Emilcinie.

Bartosz Rdułtowski od ponad dwudziestu lat tropi i wyjaśnia zagadki historii, zwłaszcza te dotyczące tajnych operacji wojskowych, drugiej wojny światowej oraz UFO. Oprócz zdarzenia w Emilcinie, opisanego w książce „Tajne operacje. PRL i UFO”, wiele miejsca poświęcił tajemnicom Gór Sowich i projektowi Riese. Autor ponad dwudziestu książek.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Nasza Historia
Dodaj ogłoszenie