Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Konkwistador pozna panią, czyli polscy oficerowie w Afryce

Czytaj dalej
Fot. NN, Instytut Polski i Muzeum im. gen. Sikorskiego w Londynie
Wojciech Rodak

Konkwistador pozna panią, czyli polscy oficerowie w Afryce

Wojciech Rodak

W czasie II wojny setki polskich oficerów pełniły służbę w brytyjskich koloniach w Afryce. Wielu uległo czarowi kontynentu i jego pełnych uroku mieszkanek

Pracowali w ekstremalnych warunkach klimatycznych, na terenach, które kilkadziesiąt lat wcześniej nazywano „grobem białego człowieka”. Groziły im malaria i cała gama niebezpiecznych chorób tropikalnych. Dokuczały tęsknota za krajem, koszarowa rutyna i samotność. Anglicy raczej nie odnosili się do niech przyjaźnie. Dla Afrykanów, na których patrzyli z wyniosłym pobłażaniem, byli tylko białymi, którzy mówią kiepsko po angielsku. Pociechy szukali w towarzystwie swoich rodaków, przy kieliszku, oraz w ramionach czarnych kobiet. Tak mniej więcej wyglądała codzienność większości z 273 polskich oficerów, którzy w latach 1941-1943 służyli w armii brytyjskiej w Afryce Zachodniej. Przypomnijmy ten zapomniany epizod II wojny, który nazywano żartobliwie „ostatnim polskim eksperymentem kolonialnym”.

„Dezerterzy”

W czerwcu 1940 r., po zaskakująco krótkiej kampanii, wojska niemieckie zajęły Francję. Ze znajdujących się na jej terytorium polskich żołnierzy, około 27 tys. udało się szczęśliwie ewakuować do Wielkiej Brytanii. Dyslokowano ich głównie w Szkocji. Trawiła ich tam, jak pisał były oficer „Dwójki” por. Jerzy Rostworowski, „zabójcza bezczynność”:

„Wojsko to straszna rzecz, gdy nie ma akcji. Po dwóch latach wojny żołnierze stali się zawodowymi żołnierzami, wojsko nie bawiło nikogo. Wszyscy oczekiwali »zero hour«, ale ta godzina nie nadchodziła. Mijały miesiące, mokre i zimne otulone w szkocką mgłę, tysiące ludzi ginęło na froncie rosyjskim, tysiące Polaków gniło w obozach jeńców. Kraj trzymał się twardo, mimo prześladowań, którym nie dawano w Anglii wiary. W Szkocji nic się nie działo, ta sama bezczynność, ta sama ohyda wojskowego skoszarowanego bytu. I stosunki nie układały się najlepiej, wybujałe ambicje pewnych dowódców, wzajemne użeranie się i wygryzanie ze stanowisk, których było zbyt mało, nadmiar oficerów i zamknięte możliwości awansu, wpływy polityczne londyńczyków [władz polskich na emigracji - red.], którzy szukali popularności i poparcia dla swych haseł wśród wojska - wszystko to składało się na atmosferę wyczerpującego oczekiwania”.

Jednak nagle przed tonącymi w „polskim bagienku” oficerami otworzyła się nowa perspektywa. 11 lipca 1941 r. naczelny wódz Władysław Sikorski ogłosił nabór ochotników do służby w oddziałach armii brytyjskiej stacjonujących w koloniach Afryki Zachodniej (Nigeria, Złote Wybrzeże, Gambia i Sierra Leone).

Polscy oficerowie w służbie brytyjskiej. Od lewej: kpt. Wyganowski, por. Menczyk, por. Kowalik (Nigeria, 1942 r.)
Dla takich właśnie piękności polscy oficerowie tracili głowę

Rozkaz ten był efektem zabiegów obu stron. Nasi politycy od końca 1940 r. intensywnie poszukiwali pracy dla „nadwyżki” polskich oficerów. Józef Retinger, szara eminencja „dworu” Sikorskiego, negocjował nawet z rządem belgijskim, by naszych wojaków wysłać do Konga. Ostatecznie jednak zainteresowanie rekrutacją polskich kadr wyraził premier Winston Churchill. Wynikało ono z tego, że brytyjskie kolonie w Afryce Zachodniej były zagrożone atakiem z terenów sąsiadujących z nimi francuskich terytoriów zamorskich, wciąż kontrolowanych przez współpracujący z nazistami rząd Vichy. Ich utrata byłaby dla imperium strategiczną porażką. Tam bowiem znajdowały się drogocenne złoża różnych surowców, np. cyny w Nigerii. Poza tym wzdłuż wybrzeży Czarnego Kontynentu przebiegały szlaki zaopatrzenia pomiędzy metropolią a jej azjatyckimi posiadłościami. By przygotować się na ewentualną vichystowską inwazję, Brytyjczycy szybko rozbudowywali swoje oddziały kolonialne. Żołnierzy i podoficerów rekrutowano spośród Afrykanów, głównie z wyznających islam ludów północnej Nigerii. Szkolić ich jednak musieli oficerowie zawodowcy. A tych w brytyjskiej armii, zajętej walką na trzech kontynentach, brakowało.

W związku z tym deficytem Anglicy zgłosili zapotrzebowanie na 400 polskich oficerów. Chętnych było dwa razy tyle. Jednak sito selekcji - preferowano zdrowych i silnych kawalerów przed czterdziestką - przeszło tylko 273 żołnierzy. To, że większość z nich nie znała języka Szekspira ani brytyjskich regulaminów wojskowych, nie zrażało Anglików. Priorytety dyktowała potrzeba chwili. Potem jednak te braki zaciążyły mocno na stosunkach wyższych szarż obu nacji.

Przejście kilkuset oficerów na brytyjską służbę znów zamąciło w „polskim bagienku”. Niejeden wyższy oficer oskarżał ich o „zdradę sprawy narodowej” i „dezercję”. Ochotnicy za bardzo się tym nie przejmowali. Wszystko było dla nich lepsze niż wegetacja w Szkocji. Niektórzy wręcz nie mogli się doczekać „nowych przygód i przeżyć alkoholowo-miłosnych”.

Dwuletnie kontrakty z polskimi oficerami zawarto 7 września 1941 r. Niedługo potem załadowano ich na okręt SS „Narkunda” płynący do Freetown - stolicy kolonii Sierra Leone.

Podróż trwała dwa tygodnie. Większość wojaków zapewne chciała, by nigdy się ona nie kończyła. Na statku nie obowiązywała wojenna reglamentacja żywności. Luksusowe menu było dostępne za darmo i bez ograniczeń. To samo dotyczyło wszelkich napitków. Czynniki te sprawiły, że na rozbrzmiewającym co rusz pijackim rykiem pokładzie mało kto pamiętał o grasujących na Atlantyku U-Bootach.

Po przybyciu statku do Freetown polskich oficerów rozdzielono na grupy. Jedna została, by pełnić służbę w Sierra Leone, a resztę załadowano na mniejsze statki i odtransportowano do Gambii, Nigerii i na Złote Wybrzeże (dzisiejsza Ghana). Niepewnie rozpoczynali swoją afrykańską przygodę.

„Dziś wkładamy tropikalne mundury” - pisał ppor. Henryk Giełdziński. „Przyznam, że czuję się trochę rozebrany. Patrzę na swoje nagie kolana i zdaje mi się, że jestem nieprzyzwoity”.

Nie była to bynajmniej największa "nieprzyzwoitość", jakiej dopuścili się nasi rodacy pod równikiem.

Znawcy Japończyków

Polscy oficerowie, jak już wspomniano, wyruszali na Czarny Kontynent najczęściej bez żadnego przygotowania - angielski u nich kulał, nie znali ani panujących w koloniach warunków, ani brytyjskich zasad musztry i regulaminu. Rozsiani po garnizonach Afryki Zachodniej byli zagubieni. Nie bardzo wiedzieli, czego od nich oczekiwano i z jaką materią przyjdzie im się zmierzyć.

Brytyjczycy nie ułatwiali im zadania. Przyjęli ich różnie, choć na ogół we wzajemnych relacjach dominowały służbowa poprawność i chłód. Poprawiły się one dopiero z czasem - gdy Polacy lepiej opanowali angielski i przyswoili sobie zasady obowiązujące w armii Jej Królewskiej Mości.

Początkowo służba Polaków, z których większość trafiła do Nigerii, polegała głównie na szkoleniu afrykańskich rekrutów. Nudę i monotonię deszczowej Szkocji zastąpiła rutyna upalnej Katsiny, Freetown czy Kumasi. Do upadłego ćwiczono tak uwielbianą przez Afrykanów musztrę.

Co rano i całe prawie przedpołudnie ze wszystkich zakamarków koszar i placu ćwiczeń dochodziło monotonne: Left, right, left, right, left, right. Powtarzane przez podoficerów w języku tubylców: Hagu dama, hagu dama!

- wspominał por. Lucjan Kneblewski.

Nielicznym Polakom, tym, którzy lepiej opanowali język angielski, przydzielono ciekawsze zadania. Jednym z nich był służący we wschodnim Sierra Leone por. Jerzy Rostworowski. Czujnie, na czele oddziału rekrutów z ludu Fulani, patrolował dżunglę przy granicy z francuską Gwineą, z której spodziewano się możliwej inwazji. „Wolałem być jednym z trzech białych ludzi na obszarze wielkości Lubelszczyzny, niż wegetować w koszarach” - podkreślał były oficer „Dwójki” we wspomnieniach pt. „Słoneczny rytm”.

Polscy oficerowie w służbie brytyjskiej. Od lewej: kpt. Wyganowski, por. Menczyk, por. Kowalik (Nigeria, 1942 r.)
Hulton-Deutsch Collection/CORBIS/Corbis via Getty Images Żołnierze 3. Regimentu Nigeryjskiego, m.in. tych żołnierzy szkolili polscy oficerowie

Koniec końców do ataku sił Vichy nie doszło. W listopadzie 1942 r. kolonie kontrolowane przez kolaborantów Pétaina przeszły na stronę Wolnej Francji gen. de Gaulle’a, do obozu aliantów. W związku z tym Brytyjczycy postanowili użyć pułków afrykańskich w innym teatrze działań - w zajętej przez Japończyków w 1942 r. Birmie. I tu okazało się, że najlepszymi specjalistami od wykładania Afrykanom teorii walki w dżungli są… Polacy. Dominowali nad Anglikami doświadczeniem. Po pierwsze, mieli za sobą co najmniej dwie kampanie - w Polsce i we Francji. Po drugie, jak pisał Edward Eckert, sposób organizacji i technika walki japońskiej piechoty oparte były na wzorcach przejętych z armii II RP (oba kraje współpracowały ze sobą na gruncie militarno-wywiadowczym przed 1939 r.). Któż więc lepiej od nich mógł wskazać jej słabe punkty?

Wyszkoleni przez Polaków Afrykanie, głównie muzułmanie z północnej Nigerii, znaleźli się potem w szeregach czinditów, czyli brytyjskich oddziałów specjalnych, które prowadziły operacje dywersyjne w dżunglach Birmy. Sprawdzili się świetnie.

Poza gruntem służbowym często stosunki pomiędzy Polakami a resztą białych oficerów (oprócz Anglików w Afryce Zachodniej służyli Rodezyjczycy i Afrykanerzy) nie układały się najlepiej. Naszym rodakom zazdroszczono relatywnie szybkich awansów i częstszych urlopów. To przekładało się potem na ciężką atmosferę w koszarach. Zdarzało się, co wielokrotnie przewija się we wspomnieniach oficerów, że przy kielichu ich towarzysze broni ujawniali swoje negatywne opinie o Polakach jako o „białych dzikusach”, „z którymi porządek powinni zrobić Rosjanie”. Jedni, jak pewien trunkowy dziedzic z Kujaw, wyzywali takich delikwentów na pojedynki bokserskie (zezwalał na nie brytyjski regulamin wojskowy, co zresztą Polacy bardzo sobie chwalili). Inni, jak choćby por. Kneblewski, porównywali standard życia w Nigerii i na Polesiu, i zastanawiali się, czy może brytyjscy dżentelmeni nie mają racji. „Czy aby na pewno nie widzą we mnie Murzyna?” - zastanawiał się niepewnie Polak.

W międzyczasie, w garnizonie i poza nim, oficerowie znad Wisły lepiej poznali Afrykę i jej mieszkańców. Kilku z nich „na gorąco”, tuż po powrocie do Europy, spisało wspomnienia z tego okresu. Oto garść ich obserwacji.

Uważaj na boya

Co oczywiste, dużą część oficerskich memuarów zajmują wywody na temat czarnych rekrutów, których przyszło im szkolić. Mimo rasizmu, tak silnego wśród brytyjskich i rodezyjskich kadr, Polacy byli raczej zadowoleni ze swoich podkomendnych. Szczególnie cenili żołnierzy z wyznających islam ludów Hausa i Fulani, które zamieszkiwały północną Nigerię. Cenili ich za subordynację, sprawne poruszanie się na polu walki, fanatyzm („wolą zginąć, niż się poddać”) i utrzymywanie mundurów we wzorowym porządku. Jednocześnie Polaków irytowała słaba kondycja fizyczna Afrykanów, która dawała o sobie znać przy każdym dłuższym marszu. Poza tym, co zadziwiało naszych oficerów, panicznie bali się samotnie przemieszczać się po lesie, jako terenie zamieszkałym przez duchy, i nie można ich było wykorzystywać jako gońców. Inną ich wadą było powolne przyswajanie zasad obsługi nowoczesnej broni, szczególnie karabinów maszynowych.

Wszyscy Polacy, bez wyjątku, najgorzej wspominają swoich ordynansów, „boyów”, czyli Afrykanów, z którymi mieli najwięcej do czynienia. Nie pisali o nich nie inaczej niż jako o kłamcach i notorycznych złodziejach. Wydaje się, że nie bez powodu.

Hebanowe piękności

Po służbie i na urlopach Polacy mieli aż nadto czasu na różne aktywności. Chłonęli Afrykę nadzwyczaj intensywnie. Podróżowali, polowali na dzikiego zwierza, podziwiali rytualne tańce, zaznajamiali się z wioskowymi kacykami, a nawet bywali na dworze słynnego emira Kano. Jednak na co dzień najbardziej popularnymi rozrywkami było picie z kumplami i uganianie się za „hebanowymi pięknościami”.

Egzotyczna uroda Afrykanek fascynowała Polaków. Ich smukłe figury, pełne biodra i „twarde” piersi opiewali nawet tacy rasiści jak Kneblewski (który nie zwykł pisać o twarzach Afrykanów inaczej niż „małpie” lub „szympansie” „mordy”). Nic zatem dziwnego, że samotni oficerowie co rusz nawiązywali mniej lub bardziej przelotne romanse.

Oblicze tych relacji wyczerpująco, zaskakująco dosłownie jak na lata czterdzieste, opisał por. Rostworowski we „Wrażeniach z Afryki Zachodniej”:

Murzynki są bardzo czyste, kąpią się często, używając mydła własnego wyrobu bądź tanich francuskich kosmetyków. Wszystkie jednak przechodzą obrzezanie, co nie jest sprzyjające stosunkom płciowym. Dziewczynę można kupić za pięć do dziesięciu funtów, płatnych rodzicom, którzy uważają to sobie za honor. Od tej chwili jest ona własnością białego, który może ją odpędzić lub odsprzedać, jeśli mu się przestanie podobać. Nie można jednak od Murzynki spodziewać się wierności, nasze możliwości męskie są po prostu śmieszne w porównaniu z Murzynami. Murzynka więc nie utrzymuje stosunków z białym dla zaspokojenia swoich instynktów, ale dla pieniędzy lub dla snobizmu. Bardzo często zdarza się, że służący jest szwagrem swego pana, oczywiście bez jego wiadomości, ale ku ogólnemu zadowoleniu wszystkich trojga.

Ten sam autor zwrócił uwagę, że obnoszenie się ze swoimi intymnymi relacjami transrasowymi było niemile widziane w towarzystwie Brytyjczyków:

Wszelkie afiszowanie się, lub rozmowy na ten temat, są bardzo źle widziane i mogą doprowadzić do towarzyskiego bojkotu. Znam jeden przypadek, gdy nasz rodak, leżąc z innymi pacjentami na jednej sali, chwalił się swoimi sukcesami wśród czarnych piękności, podając dość drastyczne szczegóły. Angielscy pacjenci następnego dnia poprosili naczelnego lekarza, by przeniósł Polaka do innej sali, gdyż nie jest on gentlemanem.

Naturalnie żadne tego typu szykany nie powstrzymały przed dalszymi „podbojami”.

Warto podkreślić, że dziś opisywane powyżej praktyki skończyłyby się dla wielu polskich wojaków nie tylko towarzyskim bojkotem, ale także procesem z oskarżenia o pedofilię. Tak jak to ma miejsce w wypadku żołnierzy ONZ z różnych krajów, którzy podczas misji pokojowych w Afryce wykorzystywali nieletnich.

Akra - Kair

Nie wszyscy polscy żołnierze trawili czas na polowaniach, popijawach i w objęciach Afrykanek. Szczególnie ambitnym i relatywnie ascetycznym osobnikiem był pochodzący z Warszawy ppor. Henryk Giełdziński. Cały swój kontrakt odbył jako pomocnik polskiego oficera łącznikowego na Złotym Wybrzeżu. Dużo w tym czasie podróżował i poczuł się na Czarnym Kontynencie na tyle pewnie, że postanowił go pożegnać w wielkim stylu. Podjął się „samotnie” (co w tamtym czasie oznaczało „z jednym służącym”) przejechać wojskową ciężarówką Ford V-8 z Akry aż do Kairu. Zdany był jedynie na własne siły, pomysłowość i części zamienne, które stanowiły gros ładunku ciężarówki. Jego szlak wiódł przez niezbyt gęsto zamieszkany interior kontynentu - przez Czad, Kongo i Sudan. O dziwo udało mu się pokonać tę trasę, całe 13 tys. kilometrów, bez większych problemów. Ma się to nijak do wyczynu Kazimierza Nowaka, który pokonał kontynent wzdłuż w tę i z powrotem na rowerze, ale tak czy inaczej jego dokonanie zasługuje na szacunek.

Powrót

Z dniem 6 września 1943 r. kończyły się kontrakty polskich oficerów. Około jednej trzeciej z nich postanowiło je przydłużyć. Trafili oni przeważnie, razem z nigeryjskimi podkomendnymi, do Indii, a potem na front - do Birmy. Reszta powróciła do Wielkiej Brytanii. Wielu z nich, m.in. por. Rostworowski, cierpiało na choroby tropikalne. Jedni byli tak osłabieni, że już nigdy nie wrócili do służby. Innych czekała długa rehabilitacja.

Polscy oficerowie w służbie brytyjskiej. Od lewej: kpt. Wyganowski, por. Menczyk, por. Kowalik (Nigeria, 1942 r.)
NN, Instytut Polski i Muzeum im. gen. Sikorskiego w Londynie Polscy oficerowie w służbie brytyjskiej. Od lewej: kpt. Wyganowski, por. Menczyk, por. Kowalik (Nigeria, 1942 r.)

Nikt nie witał ich fanfarami i wyróżnieniami. Nawet jeśli Brytyjczycy ich awansowali, to powróciwszy do rodzimych jednostek, znów na pagony wracały ich stare, polskie szarże.

Cóż więc zyskali? W swoim mniemaniu, o czym otwarcie pisali, byli pionierami, którzy zaopatrzeni w bezcenne doświadczenie poprowadzą po wojnie polską ekspansję zamorską na Czarnym Kontynencie, np. na terenie „poniemieckiego” Kamerunu. Pisali o tym, tuż przed Jałtą, gdzie pozbawiono ich ojczyznę nawet takich „kolonii” jak Lwów czy Wilno…

„Ostatni polski eksperyment kolonialny” okazał się tylko przygodą na marginesie wielkiej historii.

Bibliografia:

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Naszej Historii.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Naszej Historii
  • codzienne e-wydanie Naszej Historii
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Wojciech Rodak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.