Kula w głowę za "sabotaż"

Dyr. Stanisław Krzymin (siedzi) w otoczeniu współpracowników, wśród których jest Ludwika Majchrzak (obecnie Łoża) Fot. zbiory Ludwiki Łoży Dyr. Stanisław Krzymin (siedzi) w otoczeniu współpracowników, wśród których jest Ludwika Majchrzak (obecnie Łoża)

"Wierzymy w to gorąco, że Wasze Wielkie Serce Obywatelu Prezydencie, zwróci nam wielkodusznie naszego jedynego syna"

Tak 7 listopada 1948 roku, "w rocznicę największej i dla świata decydującej rewolucji" pisał do Bolesława Bieruta - w imieniu swoim, żony, synowej Pelagii i wnuczek, Julian Smoliński, ojciec Eugeniusza. Liczył, że przypominając o swoim "maleńkim udziale w bolszewickiej rewolucji, o tym, że zainicjował nieznany wtedy wyścig pracy" poruszy serce polskiego namiestnika Stalina (tak o Bierucie mówił na falach Radia Wolna Europa ppłk Józef Światło, b. wysoki funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego) i uratuje syna.

Eugeniusz Smoliński to jeden z kilkunastu szefów państwowych przedsiębiorstw w Bydgoszczy, którym w 1948 r. Wojskowy Sąd Rejonowy wytoczył procesy pokazowe. Dla trzech oskarżonych śledczo-sądowa farsa zakończyła się wydaniem wyroków śmierci. W przypadku Smolińskiego wyrok wykonano.

Wybitny fachowiec od produkcji prochu bezdymnego

Smoliński robił karierę naukową i zawodową już w okresie międzywojennym. Zanim skończył chemię na Politechnice Warszawskiej, praktykował w Państwowej Wytwórni Prochu w Pionkach k. Radomia. Z powodzeniem prowadził też prace naukowo-doświadczalne, ogłaszając patenty w dziedzinie produkcji prochu bezdymnego. Do wybuchu wojny sprawował kierownicze funkcje w laboratorium chemicznym w Pionkach.

W czasie wojny wstąpił do Armii Krajowej (1942 r.), zostając ekspertem od materiałów wybuchowych. Używał pseudonimu "Kazimierz Staniszewski". Organizował m.in. podziemną produkcję amunicji na potrzeby Komendy Głównej AK.

Był luty 1945 r., gdy powierzono mu administrację poniemieckiej fabryki dynamitu w Łęgnowie (DAG Fabrik Bromberg Niemcy zaczęli budować już pod koniec 1939 r.). Okupanci, uciekając przed Armią Czerwoną w styczniu 1945 r., zostawili zakład nieuszkodzony. Takim też zastał go Smoliński, gdy rozpoczął pracę jako pełnomocnik ministerstwa przemysłu ds. państwowych wytwórni prochu. Dwa miesiące później mianowano go tymczasowym dyrektorem naczelnym.

W swoim (?) zakładzie, w którym pierwsze i ostatnie słowo należało do Sowietów, Smoliński mógł się bezradnie przypatrywać, jak "nasi wyzwoliciele" rabują, co się da. Gdy próbował interweniować u władz, słyszał, że "czerwonoarmiejcom też się za wyzwolenie coś należy". Błędem jego było to, że gdy przejmował od Rosjan ograbioną wytwórnię, zadowolił się bardzo niekompletnym protokołem zdawczo-odbiorczym. Dokument ten nijak miał się do rzeczywistości.

Naciskany przez władze, zobowiązał się, że do listopada 1946 r. uruchomi produkcję prochu. Zadanie to - w warunkach powojennej mizerii i w zdewastowanej fabryce - okazało się nierealne.

W maju 1947 r. do Komisji Specjalnej do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym w Bydgoszczy wpłynął anonim ("życzliwy" donosił o gigantycznych nadużyciach i wielomilionowych stratach w wytwórni prochu). Smolińskiego zatrzymano trzy miesiące później.

Przez ponad rok przeszedł drobiazgowe śledztwo, w którym - co wynika z zachowanych akt - wziął na siebie winę. Jego nienaganne zachowanie podczas śledztwa (zwracali na to uwagę jego koledzy, wybitni specjaliści w dziedzinie produkcji prochu, w tym prof. Tadeusz Urbański, którzy napisali list do Bieruta) nie złagodziło wyroku.

13 października 1948 r., w sali Resursy Kupieckiej przy ul. Jagiellońskiej mjr Edward Jęczmyk (należał do tych wojskowych sędziów, którzy najczęściej kończyli sprawy wyrokami śmierci!) ogłosił wyrok. Inż. Eugeniusz Smoliński został skazany na najwyższy wymiar kary. Za sabotaż, którego nie było. Za niegospodarność, której się nie dopuścił. Wyrok wykonano w Warszawie, w więzieniu mokotowskim, 9 kwietnia 1949 roku.

Oskarżony o to, że zniszczył własną fabrykę!

O sabotaż i zniszczenie zakładu oskarżony został również Stanisław Krzymin - do wybuchu wojny współwłaściciel (drugim był A. Paszke) firmy na ul. Chrobrego, w której wytwarzano centrale telefoniczne i łącznice.

Część okupacji spędził w stolicy (uciekł tam, kiedy został ostrzeżony, że interesuje się nim gestapo). Wrócił do Bydgoszczy krótko po przejściu frontu. Przeniósł swój zakład do nowych obiektów przy ul. Grudziądzkiej. W firmie zatrudnił kilku fachowców, których sprowadził ze stolicy, i którzy razem z nim zasiedli na ławie oskarżenia.
Znacjonalizowana firma, której szefem był Krzymin, to Państwowa Fabryka Central Telefonicznych nr 3. Wprawdzie jej dyrektor nie miał tak gigantycznych problemów jak Smoliński, ale też musiał się nieźle "gimnastykować", by utrzymać produkcję. W ocenie władzy wyniki gospodarcze były jednak niezadowalające. A to już wystarczyło, by dyrektorem zainteresowało się UB. Zarzucono mu "prowadzenie sabotażu gospodarczego i doprowadzenie fabryki do upadku", co absolutnie nie odpowiadało prawdzie.

- Choć byłam bardzo młoda, to miałam już spory staż w tej firmie, dlatego Urząd Bezpieczeństwa wezwał mnie na przesłuchanie. O swoim dyrektorze mogłam mówić tylko dobrze. Przesłuchujący mnie funkcjonariusz nie był zadowolony. Po nocy spędzonej na Poniatowskiego (siedziba bydgoskiego WUBP - przyp. red.) wypuścili mnie. Byłam na procesie Krzymina, ale na ogłoszeniu wyroku już nie. Spodziewałam się najgorszego - opowiada Ludwika Łoża, bydgoszczanka, która w "telefonach" zaczęła pracować podczas niemieckiej okupacji.

Wraz z Krzyminem aresztowano także jego zastępcę, inż. Maliszewskiego, który zmarł w więzieniu (- Bardzo się załamał w czasie pobytu w areszcie - wspomina pani Ludwika) oraz księgową, panią Malinowską.

18 października 1948 r. (pięć dni po wydaniu wyroku śmierci na inż. Smolińskiego) kpt. Alfons Banaszak, przewodniczący składu sędziowskiego WSR w Bydgoszczy, skazał Krzymina na karę śmierci. Rewizja wyroku w NSW doprowadziła do złagodzenia kary - zasądzono 12 lat więzienia.

Wódka nie smakowała czerwonoarmiejcom

Głośnym echem (także za sprawą lokalnej prasy) odbił się proces Franciszka Derwińskiego, dyrektora Państwowej Fabryki Marmolady i Przetworów Owocowych nr 19 w Fordonie.

Firma doskonale znana w regionie (przed wojną jej właścicielem był Leon Ziółkowski, rozstrzelany przez Niemców w 1939 r.) produkowała w tym czasie głównie na potrzeby wojska. Ale żołnierzom Armii Czerwonej i Wojska Polskiego podobno nie smakowały fordońskie marmolady i wódki: w pierwszych miało być za mało cukru, w "ognistej wodzie" za mało alkoholu!

Derwińskiemu zarzucono, że "nadwyżki cukru sprzedawał na wolnym rynku, skupował niepełnowartościowe produkty, dokonywał niepotrzebnych dla fabryki zamówień, zawierał niekorzystne umowy" itd.

28 lutego 1948 r., po trwającym w Resursie Kupieckiej pokazowym procesie, Franciszek Derwiński otrzymał karę śmierci, zamienioną następnie na 15 lat więzienia. Na mocy amnestii wolność odzyskał w 1954 roku.

Hanka Sowińska
GAZETA POMORSKA

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.