Międzywojenna Warszawa. Miasto szpiegów

Czytaj dalej
Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Jakub Szczepański

Międzywojenna Warszawa. Miasto szpiegów

Jakub Szczepański

Stolica kraju położonego między Niemcami a Związkiem Sowieckim była naturalnym polem gry wywiadów - zarówno wrogich Polsce, jak i przyjaznych.

„Agent zawahał się i ruszył w jego kierunku. Spojrzeli sobie w oczy, ale tamten nie pojął, jaka była rola Heńka, ot po prostu na ruchliwej ulicy szedł za nim jakiś chłopak. Wtem usłyszał: »Heniek! Spadaj w trymiga!«. To krzyczał Tasiemka. Skoczył więc w bok, usłyszał huk i zobaczył, jak Prymusiewicz słania się, stając na palcach. Posuwał się krok po kroku w dziwacznej pozycji, próbując coś wygrzebać z wewnętrznej kieszeni płaszcza, szybko jednak chwycił się za brzuch, którym wstrząsnęły kule wypuszczane z broni Tasiemki. Między palcami przelewała się krew, pistolet huczał, przechodnie krzyczeli, słychać było pierwsze policyjne gwizdki. Szwabski tajniak w jednej chwili przestał być groźnym agentem, a stał się zwierzyną łowną” - to fragment najnowszej powieści „Śmierć frajerom” Grzegorza Kalinowskiego. Mówi o zlikwidowaniu szpicla jeszcze w 1916 r.

Bal Prasy w luksusowej Adrii, ulubionym miejscem niejednego szpiega działającego w Warszawie. Rok 1933.
Narodowe Archiwum Cyfrowe Generał Władysław Sikorski (wsiada do auta) przez całe lata 30. był uważany za człowieka utrzymującego kontakty z wywiadem Francji.

Jednak cała opowieść doskonale oddaje ducha międzywojennej Warszawy, szpiegowskich gier i klimatu ówczesnego półświatka. Dlatego czytelnik łatwo może odnieść wrażenie, że rozgrywka pomiędzy tajnymi służbami, którą opisano w książce, mogła się wydarzyć naprawdę. Wszak międzywojenna Warszawa była trochę jak Berlin w czasach zimnej wojny. Wszędzie roiło się od rozmaitej maści szpiegów! Dlaczego?

Od 1916 r., kiedy przez Europę przetaczała się I wojna światowa, przyszła stolica Polski zaczęła się rozrastać w błyskawicznym tempie. To wtedy niemiecki gubernator gen. Hans von Beseler zdecydował o włączeniu rozległych przedmieść do miasta. Warszawa powiększyła się o 8239 ha gruntów i szybko wyszło na jaw, że mieszka tu już blisko milion ludzi. W niedalekiej przyszłości miało się to okazać brzemienne w skutkach dla szpiegowskiego rzemiosła.

Trzeba też pamiętać, że odzyskanie państwowości 11 listopada 1918 r. wcale nie oznaczało końca problemów Rzeczypospolitej umęczonej 123 latami niewoli. Granice na Kresach płonęły, Sowieci szykowali się do skomunizowania Starego Kontynentu. I tak jak Piłsudski chciał wiedzieć wszystko o bolszewikach, tak przywódcy rewolucji nie mogli pozostawać w tyle.

„Mądrzy władcy i przebiegli dowódcy pokonują przeciwników i dokonują wybitnych czynów, ponieważ z wyprzedzeniem zdobywają wiedzę o wrogu”

- pisał chiński filozof mistrz Sun w „Sztuce wojny”.

Bal Prasy w luksusowej Adrii, ulubionym miejscem niejednego szpiega działającego w Warszawie. Rok 1933.
Narodowe Archiwum Cyfrowe Tadeusz Pełczyński, wieloletni szef „Dwójki”, czyli polskiego wywiadu.

A chętnych do pozyskiwania informacji o odrodzonej Polsce było mnóstwo. I wcale nie chodzi wyłącznie o Sowietów.

Mówi się, że w czasach dwudziestolecia międzywojennego polski wywiad zatrzymywał rocznie nawet trzystu radzieckich szpiegów. Załoga przedwojennej „Dwójki”, czyli Oddziału II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, wyrobiła sobie opinię specjalistów od spraw sowieckich. Po odzyskaniu niepodległości działalność komunistów była wyjątkowo nasilona. Na tym froncie sytuacja miała się rozluźnić dopiero z czasem, a wcale nie oznaczało to mniej roboty. „Na podstawie liczby prowadzonych spraw i zgromadzonych w nich osób można stwierdzić, iż w latach 1927-1932 aktywność wywiadu ZSRR była ponad czterokrotnie większa niż niemieckiego” - czytamy na kartach „Kontrwywiadu II RP” Andrzeja Pepłońskiego.

Między innymi dlatego historycy, którzy zajmują się służbami specjalnymi II RP, są zgodni: po pomoc w sprawach Związku Radzieckiego zwracali się do nas Francuzi czy Anglicy, a komuniści uważali polskich tajniaków za największego wroga.

Wróg numer jeden

Sowieci zaczęli organizować swoją siatkę w Warszawie w roku 1921, kiedy - po podpisaniu traktatu pokojowego w Rydze - Rzeczpospolita nawiązała oficjalne kontakty dyplomatyczne z ZSRR. W Warszawie rezydentury radzieckich służb specjalnych podlegały Mieczysławowi Łoganowskiemu - Polakowi z pochodzenia, który cieszył się szacunkiem samego Feliksa Dzierżyńskiego, legendarnego twórcy politycznej policji Czeka. Łoganowski jako przedstawiciel Zarządu Wywiadowczego był także protegowanym Józefa Unszlichta, szefa polskiej Międzynarodówki Komunistycznej i jednego z działaczy umieszczonych w ścisłym kierownictwie wywiadu wojskowego.

Centralą sowieckiego wywiadu w międzywojennej stolicy było poselstwo ZSRR, które mieściło się najpierw w nieistniejącym już budynku Hotelu Rzymskiego przy ul. Focha 1 (aktualnie ul. Moliera), a później w kamienicy przy ul. Poznańskiej 15, skąd kierowano wszelkiego rodzaju akcjami dywersyjnymi i wywiadem wojskowym. Szczególna aktywność Rosjan zaczęła wzrastać od wiosny 1923 r. W planach były liczne akty terroru, a nawet... zamach na marszałka Józefa Piłsudskiego!

Przy najbardziej spektakularnych akcjach Mieczysław Łoganowski postanowił się posłużyć dwoma oficerami Wojska Polskiego: porucznikiem Henrykiem Bagińskim i podporucznikiem Antonim Wieczorkiewiczem - obaj stali się zagorzałymi komunistami, a Sowieci pożądali agentów jak najwyżej umiejscowionych w polskiej armii. Zanim jednak egzekutorzy ruszyli do akcji, sygnał dali decydenci. Personel poselstwa odwiedził Włodzimierz Milutin, wysoki funkcjonariusz Kominternu. Przekazał, że w Rzeczypospolitej wywiad ma inspirować akcje terrorystyczne, dywersyjne, strajki, demonstracje i zamieszki uliczne. Narzędziami tajniaków - z pewnością na terenie ZSRR, ale w Polsce zapewne też - szybko stały się porwania oraz szantaże.

„Podjęto przygotowania do zamachu na życie Józefa Piłsudskiego. Plan zakładał, że przebrana za studentów endeckich bojówka komunistyczna napadnie nocą na słabo strzeżoną willę marszałka w Sulejówku i zgładzi go. Śmierć Piłsudskiego w zamyśle organizatorów zamachu miała spowodować rozruchy w Polsce, ponieważ czyn ten spowodowałby akcję odwetową piłsudczyków wobec prawicy politycznej”

- napisał historyk prof. Piotr Kołakowski w tekście dla kwartalnika „Dzieje Najnowsze”. Nie do końca wiadomo, dlaczego do akcji nie doszło.

Z pewnością polski kontrwywiad już od początku działania radzieckiej placówki dyplomatycznej, a zatem i siatki wywiadowczej Rosjan, zwracał szczególną uwagę na gości zza wschodniej granicy. Od początku przyjęto założenie, że komuniści zaczną działalność agenturalną. Dlatego cały personel był objęty ścisłą inwigilacją - Sowieci byli stale śledzeni, sprawdzano ich korespondencję i podsłuchiwano połączenia telefoniczne. Niezależnie od tego Rosjanom udało się narobić kłopotów Polakom.

Sterroryzowano redakcje stołecznych tytułów - „Rzeczpospolitej” i „Gazety Warszawskiej”. Bomby pojawiały się także w lokalach rozrywkowych. Z czasem wyszło na jaw, że środki wybuchowe były gromadzone na terenie poselstwa sowieckiego. I choć zdrajców z szeregów Wojska Polskiego złapano w wakacje 1923 r., nie udało się zapobiec ich planom. Żeby daleko nie szukać, 12 października 1923 r. w Cytadeli Warszawskiej eksplodował skład amunicji. I nie było w tym odrobiny przypadku! Siatka stworzona przez Bagińskiego i Wieczorkiewicza zdołała podłożyć bombę. W wyniku ich akcji dywersyjnej zginęło kilkanaście osób, w tym grupa żołnierzy manewrująca na okolicznym placu. Warto dodać, że 89 pechowców, którzy akurat znajdowali się w pobliżu, zostało rannych.

Jak dużą siatkę zbudowali zdrajcy, którzy mieli polską krew na rękach? Szef MSW Władysław Kiernik informował społeczeństwo, że chodziło o dziesięć osób z oficerami włącznie. Jedno jest pewne, ich wyeliminowanie z warszawskich ulic było dużym sukcesem kontrwywiadu.

„Po zatrzymaniu Bagińskiego i Wieczorkiewicza przez polską policję liczba aktów terrorystycznych znacznie zmalała. Co miało świadczyć o ich roli w organizowaniu zamachów” - tłumaczy Kołakowski.

Miasto szpiegów

Polscy kontrwywiadowcy szybko zorientowali się, że drugim największym graczem i zagrożeniem, nie tylko na terenie Warszawy, ale też całej Rzeczypospolitej, jest Reich. Przy czym Niemcy dość szybko zaczęli wymieniać się z Sowietami albo handlować z nimi dokumentami nierzadko preparowanymi przez Polaków. W zasadzie nie było to nawet specjalnie trudne do udowodnienia, biorąc pod uwagę zdolności ludzi z „Dwójki”, którzy z powodzeniem inspirowali przeciwników.

I choć główne ekspozytury niemieckiego wywiadu wojskowego urzędowały przede wszystkim w Królewcu, Szczecinie, Gdańsku, Dreźnie i Frankfurcie nad Odrą, to wrogich nam niemieckich wywiadowców nie mogło zabraknąć i w polskiej stolicy. Tym bardziej że od początku lat 30. ubiegłego wieku, gdy po władzę realnie sięgał Adolf Hitler, stosunki polsko-niemieckie zaczęły być coraz bardziej napięte. Nie jest tajemnicą, że naszych sąsiadów zza Odry w XX w. najbardziej interesowały informacje dotyczące wojska i obronności. Tymczasem na niekorzyść Rzeczypospolitej przemawiało to, że nasi oficerowie mieli skłonności do hulaszczego trybu życia, przez co łatwo było ich szantażować, przekupywać czy zwyczajnie werbować.

Jednym ze szpiegów Abwehry, który w Warszawie prowadził warzywniak, był major Wojska Polskiego o nazwisku Haraszymowicz. Jego działalność docenił sam Oscar Reile, który w hitlerowskiej już III Rzeszy szefował tajnej placówce niemieckiego wywiadu w Gdańsku. Jak się później okazało, zanim przyjechał do stolicy, Polak wpadł w kłopoty finansowe i za nadużycia został zdegradowany, aresztowany i wyrzucony z wojska. Abwehra namówiła go do współpracy w Warszawie. Dlaczego i jak w ogóle nawiązali kontakt? Wszystko przez to, że Haraszymowicz... sam zapukał wcześniej do drzwi obcych wywiadowców!

Jeszcze w Gdańsku i w polskim mundurze major zaproponował Reilemu, że za 2,4 tys. zł opowie o swojej jednostce, a także chętnie pójdzie na współpracę z Niemcami. Kiedy odnaleźli go spece od werbunku, w zamian za opłacenie biletu na północ, ruszył do swoich nowych mocodawców, by przekazać informacje dotyczące służby wojskowej. Z czasem, już jako niemiecki agent o pseudonimie Hapke, zajął się budowaniem siatki szpiegowskiej składającej się z polskich oficerów, którzy wpadali w kłopoty finansowe. Celem były plany obrony Rzeczypospolitej na wypadek wojny z Niemcami. Odpowiednie szkice zresztą zostały dostarczone.

Wywiadowcy III Rzeszy nie mogli sobie jednak zdawać sprawy, że „Dwójka” dyskretnie kontrolowała poczynania „Hapkego” i dostarczała mu odpowiednio spreparowane materiały. I choć Haraszymowicz został aresztowany w 1938 r. - stwierdzono, że jego działalność zaczyna się wymykać spod kontroli - to działania operacyjne ekspozytury bydgoskiej i warszawskiej centrali polskiego kontrwywiadu okazały się skuteczne. Co prawda „Hapke” wyszedł z więzienia po udanym najeździe hitlerowców we wrześniu 1939 r., a w czasie okupacji wciąż współpracował z Niemcami, ale w końcu został zdemaskowany, a następnie zlikwidowany przez polskie podziemie.

Nie zawsze jednak funkcjonariusze wywiadu i kontrwywiadu musieli stawiać czoła przeciwnikowi na własnym podwórku. Warszawa to także miejsce, w którym ważni ludzie służb czy politycy wymieniali się przydatnymi siebie informacjami zdobytymi przez najlepszych oficerów. W dwudziestoleciu międzywojennym polscy wywiadowcy w miarę regularnie współpracowali choćby z Francuzami, jednak - jak podkreśla prof. Henryk Ćwięk z Instytutu Nauk Politycznych Akademii im. Długosza w Częstochowie - „można mieć wątpliwości co do jakości materiałów przekazywanych przez stronę francuską”.

Bal Prasy w luksusowej Adrii, ulubionym miejscem niejednego szpiega działającego w Warszawie. Rok 1933.
Narodowe Archiwum Cyfrowe Adrian Carton de Wiart, szef brytyjskiej misji wojskowej w Warszawie i zarazem rezydent brytyjskiego wywiadu.

Tuż przed wybuchem II wojny światowej uzyskaliśmy precyzyjne informacje dotyczące planu ataku Niemiec na Polskę. Choć polskie władze nie dowierzały pozyskanym danym, ich przekazanie nie było przypadkiem. Do polsko-francuskich spotkań na szczycie w stolicy Rzeczypospolitej dochodziło przynajmniej kilkukrotnie: w 1930, 1932 czy 1933 r. Jak to zwykle bywa, współpraca ulegała pogorszeniu, gdy w grę zaczynała wchodzić polityka.

W każdym razie międzywojenną stolicę Rzeczypospolitej z powodzeniem można uznać za miasto szpiegów. W życiu półświatka stolicy brali udział m.in. słynny Adrian Carton de Wiart - człowiek, którego postrzelono niemal we wszystkie części ciała, dowódca Brytyjskiej Misji Militarnej w Polsce i rezydent wywiadu Jej Królewskiej Mości. Miał za zadanie pokojowo dogadać się z ukraińskimi nacjonalistami. W Rzeczypospolitej pozostawał od 1919 r. aż do agresji III Rzeszy i wybuchu II wojny światowej. Zdołał sobie przy tym zaskarbić sporo sympatii Polaków, bo po tym, jak Ukraińcy ostrzelali pociąg, którym podróżował, namawiał Brytyjczyków, by wsparli Rzeczpospolitą bronią. Kiedy spotkał się z odmową, zaczął samodzielnie szmuglować sprzęt z Węgier. W tym, co działo się w stolicy, był także doskonale zorientowany płk Max Ronge, szef kontrwywiadu armii austriackiej. Do tego stopnia, że w swoich wspomnieniach nie omieszkał opisać z własnej perspektywy jednej z najgłośniejszych afer szpiegowskich w Warszawie.

Oficer zachwycony Armią Czerwoną

Bal Prasy w luksusowej Adrii, ulubionym miejscem niejednego szpiega działającego w Warszawie. Rok 1933.
Narodowe Archiwum Cyfrowe Major Piotr Demkowski, jeden z niewielu oficerów Wojska Polskiego straconych za szpiegostwo.

Jest 11 lipca 1931 r., wieczór robi się późny. Na wysokości figury Matki Boskiej, która stała wówczas przy ulicy Polnej, jakiś mężczyzna ubrany po cywilnemu wsiada do samochodu o numerach rejestracyjnych 23824. Kiedy tylko drzwi zatrzaskują się za facetem z wypchaną teczką, jakaś taksówka zagradza drogę limuzynie. Z auta blokującego drogę od strony placu Unii Lubelskiej wybiega kilku mężczyzn. Od tyłu podjeżdża kolejny samochód, który nie pozwala nikomu odjechać. Polscy kontrwywiadowcy szybko orientują się, że obok majora Bazylego Bogowoja z poselstwa sowieckiego siedzi polski oficer - to Piotr Demkowski.

„Poleciłem Zdanowiczowi [jeden z polskich oficerów, którzy brali udział w akcji zatrzymania zdrajcy - red.] i wywiadowcy Grabczykowi wyprowadzenie z limuzyny sowieckiej majora Demkowskiego i wsadzenie go do mojego auta. W tym samym czasie Zdanowicz sięgnął z głębi auta teczkę mjr. Demkowskiego i podał mi ją. Zauważyłem, iż obok Bogowoja leżała druga teczka skórzana, prawdopodobnie pusta, przygotowana przez Bogowoja na akta dostarczone przez mjr. D” - zanotował porucznik Juliusz Dziewulski, który osobiście nadzorował akcję.

Okazało się, że niedługo później o sprawie rozpisywały się wszystkie warszawskie, a nawet zagraniczne dzienniki. Piotr Demkowski wpadł przez przypadek. Podczas jednej z rutynowych obserwacji - 20 maja 1931 r. - agent polskiego kontrwywiadu zauważył, że nieznany wcześniej mężczyzna wsiadł do auta sowieckiego poselstwa, w którym siedział wicekonsul Grebienszczykow. Dyplomatę od dawna podejrzewano o szkodliwą działalność wywiadowczą.

Co prawda minęło kilka miesięcy, odkąd obserwowana limuzyna odjechała z bramy przy ul. Poznańskiej 15, ale w końcu udało się ustalić, że w aucie siedział nie kto inny jak Piotr Demkowski z Oddziału IV Sztabu Generalnego.

Bal Prasy w luksusowej Adrii, ulubionym miejscem niejednego szpiega działającego w Warszawie. Rok 1933.
Narodowe Archiwum Cyfrowe Miejsce stracenia mjr. Piotra Demkowskiego za szpiegostwo na rzecz Sowietów. Warszawska Cytadela. Sierpień 1931 r.

Szybko wyszło na jaw, że polski major dał się przekupić ideowo - dla Sowietów pracował za darmo - ze względu na swoich krewnych, którzy po przewrocie bolszewickim pozostali w Rosji. To dlatego w kwietniu 1931 r. Demkowski zgłosił się do komunistów z propozycją współpracy. Zdołał przekazać sporo dokumentów. A przed sądem dla szpiegów, podobnie jak przed kontrwywiadowcami „Dwójki”, przyznał się do wszystkiego. Sąd doraźny uznał, że polski major jest winien zbrodni szpiegostwa. 18 lipca 1931 r. o godz. 19.25 kule plutonu egzekucyjnego dosięgnęły Demkowskiego.

Zdrajca skonał na miejscu straceń dla przestępców za murami Cytadeli. Już w drugiej połowie lipca historia stała się tak głośna, że napisali o niej w swoich gazetach nawet Japończycy.

Jakub Szczepański

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.