Paulina Jęczmionka

Ożywiają meble z czasów Gomułki i Gierka

Mieszkający w Poznaniu Przybyrad Paszyn rzucił pracę urzędnika, by tworzyć meble z poprzedniej epoki. Wykształcenie archiwisty przydaje mu się jednak Fot. Grzegorz Dembiński Mieszkający w Poznaniu Przybyrad Paszyn rzucił pracę urzędnika, by tworzyć meble z poprzedniej epoki. Wykształcenie archiwisty przydaje mu się jednak do odtwarzania ich niezwykłej historii
Paulina Jęczmionka

Obserwowali wystawy sklepów. Znajdowali meble na śmietnikach i odnawiali. Dziś Przybyrad Paszyn i Michał Szarko nie tylko odtwarzają wygląd mebli z PRL, ale przede wszystkim - ich historię i duszę

Na pozór ich zainteresowania i wykształcenie nie miały żadnego związku z tym, co kilka lat temu zaczęli tworzyć. Politolog pracujący w niemieckiej firmie eventowej i historyk-archiwista w poznańskim urzędzie. Młodzi, ciekawi świata, z wielkimi marzeniami i... jeszcze większymi, niespełnionymi ambicjami. Coś, co wydawało się tylko niewinnym hobby, ciekawostką do odkrycia, dało impuls do działania. I - dosłownie i w przenośni - przemeblowania ich życia.

Pochodzący ze Szczecina przyjaciele ze szkolnej ławy - 31-letni Przybyrad Paszyn mieszkający od studiów w Poznaniu i Michał Szarko, który osiadł w Berlinie - w 2013 r. porwali się z motyką na słońce, rzucili dotychczasowe zajęcia i założyli firmę Politura, która produkuje meble bazujące na polskim wzornictwie przemysłowym z lat głębokiego PRL. Pod koniec stycznia w Kolonii - na jednych z największych targów meblarskich w Europie - premierę miało ożywione i odtworzone przez nich krzesło H106 projektu prof. Edmunda Homy, którego jedyny prototyp powstał w 1967 roku. Planują odtworzyć całą kolekcję architekta z Gdańska. A równolegle praca wre nad meblami poznańskiego projektanta.

Politura, czyli wysoki połysk

Zanim powstało krzesło z egzotycznej afromozji afrykańskiej, były lata, które wcale nie wskazywały na to, że dwaj koledzy zajmą się kiedyś meblarstwem. A i po założeniu firmy nie od razu było kolorowo. Michał Szarko, znając świetnie język niemiecki, wybrał studia w Berlinie. Został politologiem, specjalistą od marketingu i komunikacji społecznej. Pracował w jednej z największych niemieckich firm eventowych, odnosił sukcesy. Jego przyjaciel Przybyrad Paszyn studiował ten sam kierunek, ale w Poznaniu.

Po trzech latach rozpoczął równolegle studia na historii, o której zawsze marzył. Wybrał specjalizację archiwisty, sądząc, że jest niszowa. Kolejne praktyki i staże na niewiele się jednak zdały, bo skończył na niezwiązanym ze studiami stanowisku w urzędzie. - Byliśmy wypaleni, zdając sobie sprawę, że nie to chcielibyśmy w życiu robić - wspomina Michał Szarko prowadzący wspólną Politurę w Berlinie. - Wcześniej, jako licealiści, snuliśmy marzenia o własnym biznesie. Teraz ta myśl dojrzewała. Chcieliśmy się uniezależnić, stworzyć coś wartościowego, w co będziemy wkładać pasję i energię. Pomysł pojawił się dość spontanicznie. Wyposażyłem swoje mieszkanie głównie w meble z berlińskich, pchlich targów. Jednocześnie oglądałem wystawy wyrastających jak grzyby po deszczu sklepów z duńskimi meblami z lat 50. i 60. A te już kilka lat temu cieszyły się u zachodnich sąsiadów ogromną popularnością.

Urzekały elegancją. Na tyle, że podczas odwiedzin Przybyrada w Berlinie, przyjaciele siadali na krawężniku przed sklepową wystawą i po prostu patrzyli. I debatowali. - Stwierdziliśmy, że przecież wielokrotnie, np. wynajmując mieszkania na studiach, mieliśmy pod ręką polskie meble z tego samego okresu - równie interesujące - mówi Przybyrad Paszyn z Poznania. - Postanowiliśmy spróbować własnymi siłami odnowić jakiś mebel z okresu PRL. Znaleźliśmy na tzw. śmietnikowej wystawce stare, zniszczone krzesło z charakterystyczną naklejką z tamtych czasów. Metodą prób i błędów, oglądając filmy instruktażowe w internecie, zasięgając opinii znajomych stolarzy, koledzy odrestaurowali swoje pierwsze krzesło. Spodobało im się. Następny był fotel, stół, znów krzesło. Nawet tzw. wysoki połysk - niezwykle popularny w czasach PRL - udało się opanować. Ale każdy kolejny mebel oznaczał kolejne zainwestowane pieniądze. Dlatego mężczyźni postanowili sprawdzić, czy ich prace będą cieszyć się zainteresowaniem. Była to też świetna okazja na pokazanie światu polskiej sztuki wzornictwa. Wystawili swoje meble na portalach internetowych. I okazało się, że w Niemczech rozchodzą się jak świeże bułeczki. Klienci tłoczyli się w wynajętym sześciometrowym garażu, kolejne meble już tu się nie mieściły, więc przechowywali je w swoich mieszkaniach w Berlinie i Poznaniu.

- Zainteresowanie było na tyle duże, że postanowiliśmy postawić wszystko na jedną kartę - wspomina Michał Szarko. - Rzuciliśmy dotychczasowe zajęcia i w 2013 roku założyliśmy własną działalność. Politura - tak po długich dyskusjach nazwali firmę. Nie dość, że zaczyna się od „Pol”, jak Polska i polskie meble, to przede wszystkim jest nazwą roztworu i samej techniki stosowanych do wykańczania powierzchni drewna na tzw. wysoki połysk.

Za zarobione wcześniej pieniądze kupili trochę sprzętu, wyposażenia, wynajęli pomieszczenie na sklep w Berlinie, zainwestowali we współpracę z profesjonalnymi podwykonawcami. Wielkopolskimi i zachodniopomorskimi podwykonawcami, bo tu powstają wszystkie ich meble. - Klienci byli zachwyceni nową formą i solidnością wykonania. Chyba byli już trochę znudzeni skandynawskim stylem. Ale jednocześnie dopytywali, czy to właśnie duńskie projekty - mówi Przybyrad. A Michał dodaje: - Zaczęliśmy dostrzegać, że klienci nie mają zielonego pojęcia o polskim wzornictwie i meblach, a nawet o historii PRL. To czarna dziura w świadomości Europejczyków. Nie mogłem przeboleć, że każdy duński mebel ma swojego ojca, niektóre nazwiska są znane nawet laikom, a o polskich artystach nie słyszeli sami Polacy.

Krzesło-pająk hołdem dla artysty

I tu z produkcji mebli zaczęło rodzić się coś znacznie większego i głębszego. Nie wystarczyły już poszukiwania foteli czy stołów do odrestaurowania. Politura postawiła sobie za cel odtworzenie także ich historii. W poszukiwaniu mebli z poprzedniej epoki Przybyrad Paszyn jeździł po wyprzedawanych, zakładowych ośrodkach wypoczynkowych. A później na wiele godzin, dni, a nawet tygodni zaszywał się w archiwach, bibliotekach, urzędach. Dzięki swojemu wykształceniu dobrze wiedział, gdzie i jak szukać. Gdy trafił na jakiś trop projektanta, wspólnie z Michałem próbowali dotrzeć do instytucji, ludzi, którzy mogli daną osobę znać. Tak właśnie, kupując w podpoznańskim Błażejewku kilka mebli, trafili na niezwykłą historię prof. Edmunda Homy, projektanta z Gdańska.

Zachwyceni jednym z jego starych, zniszczonych foteli, zaczęli poszukiwać go na tamtejszej Akademii Sztuk Pięknych. - Dostaliśmy telefon z uczelni z informacją, że dwaj młodzi mężczyźni są zainteresowani twórczością teścia - wspomina Iwona Homa, synowa projektanta. - Choć nie od razu, zaprosiliśmy ich do siebie. Odwiedzili nas ludzie pełni pasji, zaangażowania, żądni wiedzy. Zrobili takie wrażenie, że choć teść już chorował, pozwoliliśmy na jego odwiedziny. I otworzyliśmy im drzwi do całego jego dorobku. Który - co muszę przyznać - u schyłku życia nam przekazał, a my po prostu zamknęliśmy całą tę twórczość na strychu, sądząc, że jeszcze będzie czas na zapoznanie się z nią.

Michał i Przybyrad spędzili na tym strychu kilka godzin, zajrzeli do każdej tuby, rysunku, szkicu. Kilkukrotnie spotkali się też z profesorem Homą, który podzielił się z nimi całą swoją wiedzą i niekończącymi się anegdotami. Okazało się też, że ma w domu prototyp swojego ukochanego projektu - krzesła H106, tzw. pająka z 1967 r., które nie zostało dopuszczone przez władze PRL do produkcji (patrz: ramka). - To niezwykły, unikalny projekt z wieloma ręcznie robionymi elementami - opisuje Przybyrad. - Profesor, jak sam nam opowiedział, stworzył je z myślą, że każdy człowiek dąży do doskonałości, a on lubi ludzi i chciałby dać im doskonały mebel. Miał pomysł na wygodne, bardzo elastyczne, dostosowane do ludzkiej budowy krzesło, ale długo nie mógł znaleźć odpowiedniego materiału. I wtedy nagle do gościńskiej fabryki przyszedł mały transport nieznanego drewna afromozja. Nikt nie wiedział, co z nim zrobić. Profesor zrobił prototyp H106.

Wychodząc z jego mieszkania, wiedzieliśmy już, że to będzie teraz i nasza misja - dodaje Paszyn. Właściciele Politury postanowili go odtworzyć, tylko nieznacznie modyfikując. Bo krzesło Edmunda Homy było przystosowane do PRL-owskich warunków, czyli małych, zagraconych mieszkań i niższego wzrostu ludzi. Dostosowali je do wzrostu dzisiejszych Europejczyków. Żmudne odtwarzanie tzw. pająka trwało łącznie rok. Latem 2015 roku był gotowy. I trafił do oceny profesora, który już wtedy, przez postępującą chorobę, był niewidomy. - Poznawał krzesło przez dotyk i opowieści - wspomina synowa. - Projektowanie było jego całym życiem, więc wyobraźnia pozwoliła zastąpić wzrok. Był szalenie poruszony tym, że u schyłku życia ktoś nie tylko zainteresował się jego projektem, ale także dał mu drugie życie i odtworzył historię. Zwłaszcza że teść tworzył w innych realiach.

Nie było mu dane zostać sławnym designerem, musiał projektować rzeczy dostosowane do masowej produkcji. Nigdy aż tyle nam o swojej pasji nie opowiadał, traktując ją jak każdy inny zawód. Michał i Przybyrad chcą, by historia jednak zatoczyła koło. Wprowadzają krzesło H106 do produkcji - w dwóch seriach. Pierwsza - kolekcjonerska ma być hołdem dla osoby i twórczości prof. Edmunda Homy. Powstanie w niej dokładnie 106 egzemplarzy odtworzonych na bazie prototypu z 1967 r., w tym samym drewnie - afromozji. Pierwszy numer nadali właśnie prototypowi profesora.

To warte nawet kilka tysięcy euro krzesło w wersji kolekcjonerskiej w styczniu miało swoją premierę na targach meblarskich w Kolonii. W ten weekend będzie z kolei prezentowane w Amsterdamie. Każdy, kto je ogląda, musi usłyszeć też od twórców całą historię. Bo ich marzeniem jest to, żeby tzw. pająk trafił do galerii, muzeów, kolekcjonerów i pasjonatów, którzy zobaczą w nim coś więcej niż tylko obiekt użytkowy. A druga seria ma spełnić właśnie funkcjonalne oczekiwania. Tu krzesła będą tańsze i trafią do ogólnej sprzedaży. Będą wykonane z jesionu i zgodnie z pierwotnym rysunkiem (który sam prof. Homa przy prototypie zmodyfikował) będą miały łączenie pomiędzy przednimi a tylnymi nogami dla wzmocnienia konstrukcji.

- W planach mamy zaprezentowanie szerszej kolekcji mebli profesora Homy, bo jego twórczość jest wybitna. To legenda polskiego wzornictwa - ocenia Przybyrad Paszyn. Osoba i meble gdańskiego projektanta tak bardzo zainspirowała przyjaciół, że postanowili docenić go w jeszcze jeden sposób - kręcąc film dokumentalny o nim. Zaczęli podczas wizyty latem. - Wtedy jeszcze teść normalnie się poruszał, przemierzał pokój wzdłuż i wszerz, opowiadając im historię swojego życia, sprzedając tajniki wzornictwa - mówi Iwona Homa. - Kilka dni po ich wyjeździe, powiedział, że to najpiękniejsze zwieńczenie jego życia, że teraz czuje się spełniony. Od tego czasu nie wstaje już z łóżka.

Zgłębiając historię mebli Edmunda Homy, Michał i Przybyrad odkryli też wielu innych, polskich twórców z lat 50. i 60. Premiera H106 to dopiero początek produkcji ikon polskiego wzornictwa. Stopniowo docierają do kolejnych osób lub ich rodzin. Wiele z nich wiąże się z Poznaniem - ówczesną, meblarską stolicą kraju. I jeszcze w tym roku przedstawią meble jednego z poznańskich projektantów. Prace - także w Wielkopolsce - nad trzema modelami już trwają. Dwa z nich w PRL-u weszły do masowej produkcji. Trzeci będzie wznowieniem fotela, który był produkowany na szeroką skalę i do dziś można go spotkać w polskich domach.

Edmund Homa jest jednym z pionierów wzornictwa przemysłowego w Polsce. Architekt wnętrz, projektant, wykładowca Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Był m.in. prodziekanem i dziekanem wydziału architektury i wzornictwa, prorektorem. Stypendysta Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych w Kopenhadze. Urodził się w 1927 roku w Chojnicach. W latach 1952-1955, będąc jeszcze na studiach na wydziale architektury w Gdańsku, pracował w Centralnym Biurze Konstrukcji Okrętowych. Projektował m.in. wnętrza pierwszego polskiego statku oceanicznego MS Marceli Nowotko. Później projektował m.in. wnętrza zakładów produkcyjnych, hoteli, mebli czy neonów reklamowych. Od 1961 roku pracował w komórce Gościńskiej Fabryki Mebli, uczestnicząc w wielu konkursach. Był też m.in. rzeczoznawcą Ministra Kultury i Sztuki.

Krzesło H106 prof. E. Homy powstało z afromozji afrykańskiej w 1967 roku w komórce Gościńskiej Fabryki Mebli. Projektant z prototypem przyjechał do Poznania - meblarskiej stolicy Polski, gdzie mieściło się Zjednoczenie Przemysłu Meblarskiego. Komisja oceniała tu projekty. Oceniła i H106 (nazwa to skrót od nazwiska autora i numer jego projektu). Negatywnie. Projekt uznano za zbyt trudny do masowej produkcji, zbyt ekskluzywny oraz - co najbardziej zabolało - źle zaprojektowany, bo przez poziome ułożenie szczebli oparcia żołnierz wstający z krzesła oderwie sobie guziki z tyłu płaszcza. Prototyp przez lata leżał w fabryce. Koledzy nazywali go pająkiem. Prof. Homa przypomniał sobie o nim po wielu latach od upadku zakładu. Ale odnalazł u wdowy po innym pracowniku fabryki. Zdało egzamin przez 20 lat użytkowania.

Paulina Jęczmionka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.