Skąd wziął się Eddie Edwards, "najgorszy skoczek w historii"?

"The Eagle" z belki spogląda w dół skoczni, rusza, wybija się z progu... i ląduje na 71. metrze skoczni, o punkcie konstrukcyjnym 120 m. Na widowni wznosi się aplauz

Eddie Edwards, a właściwie Michale Thomas Edwards, przyszedł na świat w 1963 roku w ponad 100-tysięcznej miejscowości Cheltenham słynącej z wód alkalicznych oraz tężni. Miasto, którego mottem jest "zdrowie i wykształcenie" wydało na świat m.in. Briana Jonesa - założyciela The Rolling Stones. Jednak mieszkańcy Cheltenham do tworzonego przez Jonesa panteonu gwiazd dodają także Eddiego Edwardsa - pierwszego brytyjskiego skoczka narciarskiego.

Latający tynkarz

Edwards nigdy nie stronił od ciężkiej pracy. Jego pradziadek, dziadek oraz ojciec zarabiali na chleb jako tynkarze. Dlatego nie było żadnym zdziwieniem, gdy nastoletni Michael poszedł w ślady swoich przodków. Michael narty po raz pierwszy założył w wieku 13 lat, gdy przebywał na wycieczce szkolnej we Włoszech. Nikt nie przypuszczał, że kilkanaście lat później otrzyma przydomek "The Eagle".

Przez kolejne lata, Eddie pracował w pocie czoła, a po godzinach próbował jeździć na nartach. W Wielkiej Brytanii śniegu nie ma, dlatego Edwards zaoszczędzone przez siebie pieniądze przeznaczył m.in. na podróż do Stanów Zjednoczonych oraz treningi. Celem był udział na igrzyskach olimpijskich w Sarajewie w 1984 roku. Eddie ostatecznie musiał obejść się smakiem, co doprowadziło go do zmiany dyscypliny. Jego marzenie spełniło się za sprawą skoków narciarskich. - Byłem praktycznie spłukany i musiałem znaleźć coś tańszego od narciarstwa alpejskiego. Poszedłem na trening skoków do Lake Placid i już zostałem - wspominał na łamach "The Guardian" pierwszy brytyjski skoczek.

Zaczynał od 15 i 40-metrowych skoczni a skończył na igrzyskach olimpijskich w Calgary w 1988 roku. W ciągu zaledwie kilku lat Eddie przełamał wiele barier, samemu docierając do wyznaczonego przez siebie celu. Edwards to żywy dowód na istnienie idei olimpizmu opierającej się na rywalizacji sportowej ponad przeciwności losu. Dla Brytyjczyka wynik oraz medale nie miały żadnego znaczenia, liczył się udział i duma z reprezentowania własnego kraju.

Początkowo Edwards stał się źródłem żartem, ewentualnie uśmiechów politowania. Jednak z biegiem czasu historia człowieka, który pracował jako opiekun do dzieci, ogrodnik czy kucharz, docierała do coraz większej liczby osób. Swoim dążeniem do celu oraz wiarą w lepszą przyszłość zaczął inspirować fanów skoków narciarskich. Z pośmiewiska stał się bohaterem, z ofiary losu niepoprawnym marzycielem. Nawet jego kiepski wzrok, przez który musiał skakać w okularach nikomu nie przeszkadzał. W końcu nadano mu przydomek "Orzeł", chociaż nie latał i nie widział daleko.

Bez grosza oraz większych perspektyw, tylko z nadzieją i wiarą w spełnienie marzenia, Eddie pożyczonym od matki autem przemierzył pół Europy. Podczas jednego z konkursów w Szwajcarii skoczył na odległość 68 metrów ustanawiając pierwszy rekord Wielkiej Brytanii w skokach narciarskich.

Eddie The Eagle

Oberstdorf, 1987 rok. Trwają mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym. Edwards tak jak rok wcześniej podczas wielu zawodów pucharu świata zajął ostatnie miejsce. Skoki na odległość 59 i 61,5 metra nie mogły dać lepszych rezultatów. Podobnie wyniki osiągał podczas kolejnych konkursów, które… przybliżały go do Calgary. O wyjeździe na igrzyska poinformowano go w trakcie przygotowań w Finlandii. Eddie nie rezygnował, chociaż życie nadal go nie rozpieszczało. Wszystkie zarobione pieniądze przeznaczał na treningi, dlatego za dolara dziennie sypiał w jednym z fińskich szpitali psychiatrycznych. Dach nad głową dawał poczucie bezpieczeństwa oraz pozwalał na regenerację niezbędną do dalszych treningów.

Eddie dopiął swego i przyleciał do Calgary, gdzie miejscowy dziennikarz po raz pierwszy użył przydomka "The Eagle". Jego popularność była tak duża, że więcej mediów śledziło jego konferencję prasową niż prezydenta MKOL Juana Antonio Samarancha. Sam Brytyjczyk zawsze się bronił podkreślając, że igrzyska nie są tylko i wyłącznie dla zwycięzców, z czym jednak nie zgadzał się niemiecki dziennikarz z NRD krytykujący Edwardsa za "deprecjonowanie osiągnięć prawdziwych mistrzów". "Jaki los czeka igrzyska gdyby w każdej dyscyplinie startowali wszyscy Edwardsowie tego świata?" - pytał retorycznie dziennikarz.

Takie opinie należały jednak do rzadkości, ale z powodu medialnego sukcesu Latającego Tynkarza, w przyszłości wprowadzono eliminacje do konkursów w skokach narciarskich. W zawodach mają brać udział tylko najlepsi - twierdziło FIS. A biorąc pod uwagę inne czynniki Edwards był jednym z największych sportowców igrzysk. W trakcie ceremonii zamknięcia igrzysk dyrektor Fran King podkreślił, że "Eddie skradł serca wszystkich widzów w Calgary". W tym momencie cały stadion skandował "Eddie, Eddie!"…

Piosenkarz, gwiazda i motywator

Prosto z Calgary, gdzie w dwóch konkursach zajmował ostatnie miejsca, Edwards poleciał do Los Angeles. W popularnym show telewizyjnym prowadzonym przez Johna Carsona, siedział bok Burta Reynoldsa, jednej z największych gwiazd Hollywood lat 80.

Po powrocie do Anglii Eddie z miejsca stał się bohaterem lokalnych gazet. Agent, którego musiał zatrudnić, bez przerwy odbierał telefony z propozycjami przyjścia na lunch do restauracji, za co otrzymywał sowite wynagrodzenie. Rekordowego dnia zarobił nawet 65 tys. funtów. Szacuje się, że "The Eagle" W ciagu kilku miesięcy wzbogacił się o pół miliona funtów, co na tamte czasy było kwotą astronomiczną. Lwią część zarobił za nagranie trzech piosenek: "Fly Eddie Fly" znajdującej się na liście 50. najpopularniejszych utworów w Wlk. Brytanii oraz fińskich "mun Nimeni on Eetu" oraz "Eddien Siivella". Edwards nigdy nie mówił po fińsku, ale udowadniał już niejednokrotnie, że dla niego nie ma rzeczy niemożliwych.

Na początku lat 90. Edwards zawiesił narty na kołku. Orzeł nie mógł jednak usiedzieć na miejscu i powracał do latania, a w 1998 roku był jedną nogą na igrzyskach w Nagano. Drugiego występu na igrzyskach jednak nie zanotował.

Większość ze swojej fortuny Edwards stracił w połowie lat 90. Złe zarządzanie oraz nietrafione inwestycje postawiły go pod ścianą. Mimo to, The Eagle wybrnął także z tej sytuacji: jeździ po kraju i wygłasza przemowy motywacyjne. W przerwie między zdaniami pobiegł ze zniczem olimpijskim w sztafecie przed igrzyskami w Vancouver. Definitywnie znalazł się w panteonie olimpijskich gwiazd.

Piotr Bera

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.