Śmierć z czerwonego obwieszczenia

Karl Heinz Rux (na zdjęciu w jasnym mundurze) z żoną Gretl w kasynie bydgoskiego gestapo Fot. Muzeum Okręgowe w Bydgoszczy Karl Heinz Rux (na zdjęciu w jasnym mundurze) z żoną Gretl w kasynie bydgoskiego gestapo

Nawet w świetle hitlerowskich przepisów mord 30 bydgoszczan był zbrodnią. Obciąża ona Karla Heinza Ruxa, w latach 1939-1944 szefa tajnej policji państwowej w Bydgoszczy

W czerwcu 1941 r. Hans Kurt Schimmel, prezes rejencji bydgoskiej, informował władze zwierzchnie: "W maju odkryto ponownie taki ruch (konspiracyjny - przyp. aut) w Bydgoszczy i w Toruniu. Ruchem tym kierowali oficerowie Polacy, a przygotowywano zamachy na życie wybitnych osobistości i na budynki państwowe. Odbyły się liczne aresztowania, a 30 Polaków, którym udział udowodniono, rozstrzelano".

To, co napisał Schimmel jest kłamstwem. Poza jednym: 19 maja 1941 roku Niemcy zabili 30 bydgoszczan. Nie jest natomiast prawdą, że udowodniono im zarzucane czyny. Z zachowanych dokumentów nie wynika, by przygotowywali zamach na Karla Heinza Ruxa, szefa gestapo w Bydgoszczy.

Działania okupanta, zamiast zastraszyć mieszkańców, wywołały bunt, gniew i chęć przeciwstawienia się prowadzonej na ślepo polityce eksterminacji. Na fali oporu narodziło się Społeczne Stowarzyszenie Samoobrony (w skrócie SSS - tym kryptonimem, na wewnętrzny użytek, posługiwał się Związek Walki Zbrojnej, który był poprzednikiem Armii Krajowej).

Powstanie SSS przypisuje się Władysławowi Barcikowskiemu, przedwojennemu pracownikowi Fabryki Obuwia "Leo", który - jako znakomity fachowiec - został wyreklamowany z oflagu w Woldenbergu (do niewoli dostał się we wrześniu 1939 r., podczas walk o Warszawę) . Barcikowski wrócił do Bydgoszczy w 1940 roku. Poprzez Łucję Domkową, żonę adwokata przebywającego w Woldenbergu, nawiązał kontakt z adwokatami Bolesławem Maciejewskim, Wacławem Świtalskim i Edwardem Rubenauem. Wiedział, że trafił na ludzi, którzy nie zaprzestali myśleć o oporze. Do nich należał również przedwojenny wiceprezydent Bydgoszczy dr inż. Mieczysław Nawrowski, który ocalał z jesiennego pogromu.
Barcikowskiemu udało się stworzyć silną organizację, która zbierała materiały wywiadowcze, penetrowała zakłady DAG Fabrik Bromberg, miała łączność z Warszawą i Łodzią, prowadziła działalność propagandową (w tym m.in. systematyczny nasłuch audycji nadawanych z Londynu), zbierała informacje o Niemcach szczególnie brutalnie obchodzących się z Polakami oraz o Polakach, którzy poszli na współpracę z okupantem.

Wkrótce Barcikowski stał się uznanym, w bydgoskim konspiracyjnym światku, przywódcą. Jednak urlopowany z oflagu jeniec poczynał sobie na wolności zbyt odważnie - mimo że musiał się stale meldować na gestapo, wyjeżdżał z miasta, a gestapowców miał obłaskawiać łapówkami. Nie przypuszczał, że jest inwigilowany.

Do pierwszych aresztowań doszło 17 kwietnia 1941 r. Tego dnia w rękach gestapo znalazł się Bolesław Bremer, właściciel warsztatu radiotechnicznego przy ul. Poznańskiej. Ten sam los spotkał Stanisława Zalewskiego, pracownika restauracji Sentkowskiego. Po tygodniu zatrzymano Władysława Mellera, który pracował w zakładzie Bremera.

Gestapo szukało aparatów radiowych, ale ich nie znalazło. Mimo to aresztowanym postawiono zarzut kolportowania wiadomości radiowych, w postaci biuletynów.
6 maja gestapo aresztowało w pracy Łucję Domkę. Podczas prowadzonego w latach 70. śledztwa okazało się, że zatrudniona w firmie "Impregnacja" jako telefonistka Irena Schinke zawiadomiła o tym zatrzymaniu Barcikowskiego, dzwoniąc do fabryki. Nic dziwnego, że znalazł się on w kazamatach gestapo jeszcze tego samego dnia. Wraz z nim zatrzymano m.in. kpt. Lewińskiego, adwokata Maciejewskiego wraz z córką Kazimierą, dr. Nawrowskiego, kelnerów Antoniego Gałęzewskiego i Bernarda Chudysiewicza, kupca Mariana Kabscha, restauratora Jana Błocha, krewnego adwokata Maciejewskiego.

Ku zaskoczeniu członków podziemia w areszcie znalazł się także volksdeutsch Artur Sombiecki, osobisty kierowca Ruxa, znany z wielkiej gorliwości w prześladowaniu Polaków. Prawdopodobnie Sombieckiego zgubiła chęć zysku - handlował częściami do aparatów radiowych.

Śledztwo prowadził komisarz kryminalny Paul Witt. Wspomina go na kartach "Pamiętnika gapia" prof. Zbigniew Raszewski (zetknął się z nim w 1940 r., kiedy został aresztowany). Znakomity polski teatrolog tak go charakteryzuje: "Mało inteligentny, bardzo okrutny, po polsku umiał tylko parę słów. Jego jedynym źródłem wiedzy byli konfidenci i wymuszane torturami zeznania". Takie też metody zastosował wobec zatrzymanych członków SSS. Bici do nieprzytomności, wykończeni psychicznie, potwierdzali fikcyjne fakty, po czym je odwoływali.
19 maja ukazały się obwieszczenia (w kolorze czerwonym) o rozstrzelaniu w Toruniu 20, a w Bydgoszczy 10 "sprawców polskiej narodowości, którym zostały udowodnione zamierzone i do szczegółu przygotowane zamachy bombowe". Unicestwieniem tak licznej grupy Polaków zainteresowała się nawet niemiecka prokuratura w Bydgoszczy. Po wojnie, na procesie Alberta Forstera wyszło, że zażądała od Rux wyjaśnień. Szef gestapo tłumaczył, że postępowanie z 30 więźniami zostało osobiście zarządzone przez gdańskiego namiestnika, który miał dostać od Hitlera szczegółowy rozkaz.

Historię Jana Błocha, jednego z 30 rozstrzelanych, opowiedział mi w 2001 roku jego syn Edmund. Liczył na to, że sprawą zajmie się IPN. Tak się stało. Wkrótce okazało się, że śledztwa nie będzie. Jak ustalił wtedy Bernard Miszewski, prokurator Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Gdańsku w latach 70. postępowanie prowadził dr Tadeusz Jaszowski, prokurator Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich . Niestety, nikomu nie mógł postawić zarzutów. W związku ze śmiercią Ruksa umorzył postępowanie, zawiesił w sprawie Witta.

W postanowieniu o zawieszeniu śledztwa w sprawie mordu popełnionego 19 maja 1941 roku napisał, że "nawet w świetle własnych przepisów hitlerowskich był on zbrodnią". Jak się wówczas dowiedziałam, wyników śledztwa Jaszowskiego nie poznały rodziny.

Rodziny nigdy nie dowiedziały się, gdzie ukryto ciała 30 rozstrzelanych. Pojawiły się informacje, że zwłoki mogły trafić do Gdańska, do Instytutu Anatomii, którym kierował prof. Rudolf Spanner.

Hanna Sowińska
GAZETA POMORSKA

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.