Piotr Polechoński

Uratował dwa zdjęcia z Auschwitz

Pierwsze zdjęcie zrobione w Auschwitz-Birkenau przez więźniów z ukrycia. Wyładunek ludzkich zwłok. Fot. Archiwum Leszka Dolińskiego Pierwsze zdjęcie zrobione w Auschwitz-Birkenau przez więźniów z ukrycia. Wyładunek ludzkich zwłok.
Piotr Polechoński

Zima, mróz, śnieg. Nadzy więźniowie padają obok Stanisława Iwanowskiego i umierają, ale on cały czas stoi. Przeżył.

- Dziadek to był twardy zawodnik, przedwojenny oficer. Dwa lata w Oświęcimiu go nie złamały - mówi Leszek Doliński z Koszalina. W poniedziałek mija 68 rocznica wyzwolenia obozu zagłady. Po raz pierwszy publikujemy dwa nieznane zdjęcia z piekła na ziemi zrobione z ukrycia przez samych więźniów. - Dziadek uratował je z obozu.

Auschwitz-Birkenau, scena pierwsza. Żyd z protezą

Stanisław Iwanowski nie mógł się nadziwić, jaki cudem ten Żyd się uchował, dlaczego esesmani pozwalają mu żyć. Większość Żydów, którzy tutaj trafiali była mordowana od razu. W pierwszej kolejności słabi, chorzy i starzy. Wcześniej jednak wielu z nich było tak pewnych, że trafili tylko do obozu pracy, że z ulgą na twarzach i uśmiechami szli do łaźni. No bo teraz umyją się, dostaną ubrania, pewnie też jakieś jedzenie i pójdą pracować.

Ten starszy Żyd przez kilka tygodni kuśtykał po obozie z protezą zamiast nogi. Był kompletnie niezdolny do pracy, pomimo to żył. Któregoś dnia przewrócił się, proteza pękła i wysypały się z niej ukryte złote monety. To nimi płacił ze swoje życie. Starego Żyda szybko wywleczono z placu. Nikt nigdy go już nie widział.

Tata mógł uciec, ale nie chciał

- Tata mógł uciec, gdy przyszli, ale nie chciał. Bał się, że wtedy zamiast niego zabiorą nas. Mnie, brata i mamę. Gdy sąsiadka ostrzegła, że Niemcy do nas idą, spokojnie usiadł na łóżku i zapalił papierosa. Była piąta rano - opowiada Grażyna Dolińska, mama Leszka Dolińskiego.

- Miałam wtedy już siedem lat, więc dużo pamiętam. Ci niemieccy oficerowie byli bardzo grzeczni. Gdy weszli do domu przywitali się z nami i zasalutowali przed ojcem. Wiedzieli, że jest żołnierzem. Potem czekali aż się ubierze, uspokajali moją płaczącą mamę i nawet pozwoli ojcu wrócić się z samochodu do domu, bo zapomniał chustek. Tatę miałam zobaczyć dopiero po wojnie - wspomina pani Grażyna.

To był rok 1942, Komorowo pod Warszawą. Niemcy przyszli po 40-letniego Stanisława Iwanowskiego, żołnierza podziemnej Armii Krajowej. Pewnie wiedzieli też, że był oficerem w przedwojennej Szkole Podchorążych Piechoty, a w czasie walk w 1939 roku zniszczył im kilka czołgów, za co dostał krzyż Virtutii Militari (ale zawierucha wojenna nie pozwoliła mu go odebrać). Wcześniej, jeszcze przed wojną, do Komorowa trafił po tym, gdy wraz z innymi żołnierzami ze Szkoły Podchorążych opowiedział się przeciw Piłsudskiemu w czasie majowego zamachu w 1926 roku. Wtedy to jego podchorążówka, która wówczas mieściła się jeszcze w Warszawie, została przeniesiona poza stolicę.

Pierwsze miesiące Stanisław Iwanowski spędził na Pawiaku, potem trafił do obozu w Oświęcimiu.

- Wiedza, że tam mordują ludzi była już wówczas powszechna, choć nikt nie zdawał sobie sprawy, że to się dzieje na taką skalę - opowiada pani Grazyna. - Drżeliśmy o jego życie i czekaliśmy na każdy kolejny list z obozu. To wyglądało tak, że on pisał kilka zdań po polsku, a potem ktoś to sprawdzał i przepisywał po niemiecku. Każde słowo było cenzurowane, ale to nie mało dla nas znaczenia. Najważniejsze było to, że pisze, że żyje...

Zachował się oryginalny list wysłany z obozu. "Moi kochani! Napiszcie jak spędziliście święta, czy dzieci miały choinkę. Ja miałem na święta wszystko, co potrzeba. My mieliśmy tutaj bardzo piękną choinkę...." - pisał Stanisław Iwanowski 1 stycznia 1944 roku.

Auschwitz-Birkenau, scena druga. Zimno

Zimno zabijało. Czasem bez pomocy esesmanów, czasem ci dokładali się do tego. Stanisław Iwanowski przeżył kilka apeli, gdy wraz z innymi więźniami stał kilka godzin nago na mrozie, śniegu. Nie można było się ruszyć, postawa cały czas na baczność. Najdłużej czekało się aż upadł ten pierwszy. Potem umierali jak muchy. On stał nieruchomo. Zawsze miał silny organizm. Jako przedwojenny wojskowy całe miesiące spędził na ćwiczeniach w terenie, w trudnym warunkach. Wiedział, że trzeba natrzeć się śniegiem, aby rozgrzać ciało i robił to w ukryciu. Nie upadł, przeżył.

Mróz zabijał też podstępnie, po cichu, w barakach. Słabi i chorzy długo nie wytrzymywali. Więźniowie ratowali się kładąc po trzech do jednej pryczy, aby się ogrzać. Kiedyś obudził się rano zmarznięty. Po obu stronach leżały dwa trupy.

Dzieci, przywiozę wam prezent na święta

Rok 1945, koniec wojny. Stanisław Iwanowski nie odnalazł się, rodzina myślała, że zginął. Najbliżsi wiedzieli, że w 1944 roku opuścił Auschwitz i trafił do obozu w Buchenwaldzie. Tu jednak ślad się urywał. Listy przestały przychodzić, żadnych wieści.

W końcu matka pani Grażyny postanowiła zabrać dzieci i wyjechać ze zniszczonych wojną ziem do Koszalina. Wszystko zacząć na nowo.

- Tuż przed świętami powiedziała, że wraca na kilka dni do Komorowa i przywiezie nam wspaniały, gwiazdkowy prezent - wspomina pani Grażyna. - Przed wigilią otworzyły się drzwi, zobaczyliśmy mamę, a obok niej tatę. Ledwo go poznaliśmy. Ważył 45 kilo. To były jedne z najszczęśliwszych świąt w moim życiu. Tata wrócił do domu.

Buchenwald zostały wyzwolony przez amerykańskie wojska, Większość polskich więźniów nie chciała wracać do kraju, bali się komunistów. Stanisław Iwanowski wrócił od razu. Wierzył, że jego najbliżsi żyją. Przyjechał do Komorowa, szukał, pytał. W końcu usłyszał zdanie, na które czekał trzy długie lata - Oni żyją, wyjechali do Koszalina...

Były więzień otworzył w Koszalinie mały, spożywczy sklep. Jednym z pierwszych klientów był kapo z Oświęcimia. Pan Stanislaw nie od razu go poznał. Wiedział, że skądś zna tę twarz, zaczął się w nią wpatrywać. "Kto to jest, na Boga, kto to jest!?" huczało mu w głowie. W końcu olśnienie: to on! W tej chwili mężczyzna spojrzał na rękę pana Stanisława i zobaczył obozowy numer. W popłochu wybiegł ze sklepu, a za nim były więzień. - "Stój!" - krzyknął. Ten jednak wsiadł na rower i uciekł...

. - Nie po ta ja przez tyle miesięcy marzyłem, że końcu będą miał go pod dostatkiem, aby teraz walał się on po podłodze - mawiał.
- No i w nas to wpoił. W naszej rodzinie chleb to święta rzecz - mówi Leszek Doliński.

Auschwitz-Birkenau, scena trzecia. Kartofle

Esesmani mieli poczucie humoru. Żartowali nawet wtedy, gdy więźniowie obierali ziemniaki. Stanisław Iwanowski obierał je kilka razy. Esesmani zabronili im się ruszać, wstawać, mogli tylko obierać te kartofle. Obierek przybywało, po kilku godzinach, było ich tyle, że sięgały im do ramion, potem do ust, musieli je wypluwać. Gdyby próbowali je rozgarnąć od razu zostaliby zatłuczeni kolbami lub rozstrzelani. Wystarczyłoby, aby jeden z więźniów nie wytrzymał, a esesman zrobiłby dwa kroki i strzeliłby mu prosto w głowę.

Zdjęcia, dla których ryzykowali życie

Kiedyś było ich więcej. - Ile? Kilkanaście na pewno - domyśla się Leszek Doliński.

W ciągu lat zaginęły gdzieś, rozpłynęły się w czasie. Zostały tylko dwa. Na pierwszy rzut oka oba wydają się być niepozorne, nie przykuwają uwagi. Potem jedno przykuwa wzrok, wytrąca z równowagi. Na nim niby zwyczajny dzień, jakieś prace na polu. Ale coś tu nie pasuje. I krzyczy. I już wiemy już co. To nie warzywa na przyczepie, a zwałowisko nagich ludzkich ciał... Wokół krzątanina więźniów, który przy nich pracują. Śmierć może spowszednieć.

- Tak. To zdjęcie robi wrażenie. Drugie może mniej, bo pokazuje to, co już znamy od dziecka. Druty, baraki - opowiada były koszykarz.

Dodaje, że za to abyśmy je teraz mogli oglądać, wielu ludzi ryzykowało życie, a może byli tacy, którzy je oddali. - Wiem tyle, że dziadek najprawdopodobniej wywiózł z obozu w Oświęcimiu film ze zdjęciami, a może i cały aparat. Sądzę, że dostał to od kogoś z którejś z grup konspiracyjnych działających wśród więźniów, w obozie. Pewnie chcieli pokazać, czy zachować dla przyszłych pokoleń wiedzę o tym, w jakim piekle byli - mówi.

Do tej pory nikt ich publicznie nie pokazywał, oprócz rodziny mało kto je widział. - A teraz razem z mamą zdecydowaliśmy je pokazać światu. Pewnie dziadek, by chciał, aby tak się stało - mówi Leszek Doliński.

Auschwitz-Birkenau, scena czwarta. Ściana śmierci, Stanisław Iwanowski miał pryczę w bloku, który przylegał do ściany śmierci. Przez dwa lata towarzyszył mu głuchy odgłos strzałów. Zasypiał z nim, wystrzały go budziły. Na początku każdy wystrzał wstrząsał całym ciałem, potem człowiek się przyzwyczajał. Nie można tylko się było przyzwyczaić do ciągłego bicia. Kapo bili dla zasady, aby kogoś pogonić do pracy, aby pokazać przed esesmanami, że się przykładają do roboty. Jednak najgorsze były nocne ścieżki zdrowia. Jeżeli miałeś pecha i w nocy musiałeś wstać i wyjść za potrzebą, to po drodze, w obie strony, czekało na ciebie kilku kapo z pałkami, którymi lali cię bez opamiętania. Chciałeś przeżyć, musiałeś biec. Robiłeś to zbyt wolno - umierałeś.

Dziadku, nagrywamy, opowiadaj

Stanisław Iwanowski zmarł w 1985 roku. Dożył sędziwego wieku, doczekał się wspaniałej rodziny, wnuków. Został już w Koszalinie na zawsze. Przez długi czas pracował jako kierownik w Koszalińskiej Rozlewni Oleju. Lata w obozach koncentracyjnych nie zamknęły go, nie był człowiekiem zgorzkniałym, nie prześladowały go traumy, nie uważał, że wszyscy Niemcy to mordercy.

- Dziadka charakteryzowała wyjątkowa dobroć i taka wyrozumiałość dla ludzkich słabości. Zawsze chętnie pomagał, nie zostawił nikogo w biedzie - wspomina Leszek Doliński. - Myślę, że to co zobaczył w obu obozach nauczyło go, że ludzkie życie jest tak cenne, że szkoda tracić czasu na złość, jakieś niesnaski, nieporozumienia.

Chętnie opowiadał o tym, co przeżył. Nie uciekał od wspomnień. A że miał fotograficzną pamięć, to opowiadał wszystko za szczegółami, jakby nie chciał pominąć żadnego elementu, żadnej twarzy, żadnego okrucieństwa i dobroci, których zaznał i widział w obozach.

- Niestety, jako młody człowiek nie zawsze chciałem słuchać - przyznaje były koszykarz. - Wiadomo, wydawało mi się wtedy, że są ważniejsze rzeczy. Sport, koledzy. Ale któregoś dnia coś mnie tknęło. Wziąłem kasety, magnetofon i mówię "Dziadku, nagrywany, opowiadaj". I tak przez kilka godzin on mówił, ja słuchałem. I chyba podczas tych godzin poznałem go, jak nigdy dotąd. I zrozumiałem, co on tam naprawdę przeżył, i dlaczego przeżył. Był zahartowany, zaradny, miał silny organizm. Ale tak naprawdę kluczem do przeżycia była psychika. Dziadek mówił, że ci, co dali sobie odebrać nadzieję i wiarę, że jeszcze zobaczą ukochane osoby, ginęli od razu. Jemu tej wiary nigdy nie zabrali.

Stanisław Iwanowski denerwował się tylko wtedy, gdy ktoś nie szanował chleba. Z szacunkiem podnosił każdy okruch, nie pozwalał, aby się marnował.

PIOTR POLECHOŃSKI, Głos Dziennik Pomorza

Piotr Polechoński

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.