W 1945 dało się rozkraść całe miasto

Głuchołazy w 1948 roku. Znowu dymią kominy fabryki papieru Fot. archiwum Głuchołazy w 1948 roku. Znowu dymią kominy fabryki papieru

Głuchołazy były oazą wśród ruin wojny. Radziecka komendantura wojskowa zbierała reparacje wojenne. Wszystko, co miało wartość dla przemysłu, jechało na wschód

Był koniec maja 1945 roku, słoneczny dzień. Doktor Czesław Sułek, obywatel numer 16, zaczął swoją przygodę z Głuchołazami. Miał 14 lat i razem z siostrą w bryczce zajechał na głuchołaski Rynek.

Ojciec Czesława, Izydor Sułek, odpowiedział na apel pierwszego wojewody śląsko-dąbrowskiego Arki Bożka i zgłosił się do pracy w administracji.

- Mój ojciec przyjechał do Głuchołaz w pierwszej grupie organizatorów polskiej administracji z burmistrzem Szymonem Koszykiem - opowiada dr Sułek. - Ojciec został wójtem dzisiejszego Bodzanowa pod Głuchołazami, czyli niemieckiego Langendorfu, a po wojnie Długiej Wsi i Dłużnicy.

Polską nazwę miejscowości zwykle nadawał nowy wójt. Najpierw wiernie tłumaczono nazwy niemieckie, potem pojawiły się przekształcenia, wreszcie w 1946 roku zaczęła pracę specjalna komisja do spraw nazw geograficznych na Śląsku, z zadaniem zacierania wszelkich śladów niemczyzny. Ludwigsdorf był więc najpierw Ludwikowem, póki go komisja nie przechrzciła na Charbielin. Bischofswalde miejscowy wójt przetłumaczył na Biskupice, a komisja poprawiła na Biskupów.

Durr Kunzedorf stał się przejściowo Kończycą, a dziś to Konradów. Inwencję twórczą przejawiali też pierwsi polscy osadnicy, przywożąc ze sobą nazwy z poprzedniego miejsca zamieszkania. Wieś Lubrza koło Prudnika na krótko stała się Małą Naprawą, bo większość osadników trafiła tu z podhalańskiej Naprawy. W Głuchołazach do uruchomienia papierni przyjechało kilku polskich fachowców z Myszkowa za Będzinem. Poszli do burmistrza Koszyka i oznajmili, że ulica przy ich zakładzie ma się nazywać Myszkowska. I się nazywała, póki nie przemianowano jej na Marchlewskiego (dzisiaj Andersa).

Kropla w morzu Niemców

Przeprowadzone jeszcze w czasie wojny niemieckie spisy ludności wykazały w Głuchołazach 8,5 tys. mieszkańców, w tym ok. 800 osób, które ukryły się tu przed alianckimi bombardowaniami wielkich miast. W styczniu 1945 roku hitlerowskie władze zorganizowały ewakuację do Czech dla ludzi na wyższych stanowiskach. Ci z Niemców, którzy mogli obawiać się represji z powodu popierania nazizmu, wyjechali razem z oddziałami Wehrmachtu. Armia radziecka weszła do miasteczka pod sam koniec wojny, wcale nie spiesząc się z zajmowaniem terenów górskich. W uzdrowisku żadne walki się nie toczyły, zniszczeń wojennych nie było.

Miasteczko pozostało uroczym, zadbanym podgórskim uzdrowiskiem pełnym willi i pensjonatów. Kilkanaście kilometrów od spalonej Nysy, zniszczonego Prudnika, kwitło wśród kwiatów spokojne i w miarę dostatnie życie. Na samym Rynku działały 4 restauracje i 5 kawiarni, w tym dwa lokale nocne.

Polski burmistrz Szymon Koszyk, z pochodzenia polski Ślązak z przedwojennego Opola, przejął zarządzanie 8 tysiącami rdzennych Niemców. Polaków w tym tłumie była garstka. Pierwsze pociągi z repatriantami ze Wschodu dojechały dopiero w czerwcu 1945 roku. Zresztą rodziny Kresowian trafiły na wieś. Do miasteczka trafiali Polacy ukrywający się przed represjami nowej władzy, w tym nie ujawnieni partyzanci Armii Krajowej.

- Liczba Polaków w Głuchołazach początkowo nie przekraczała setki - wspomina Czesław Sułek. - Ludzie wywiezieni tu wcześniej na roboty przymusowe ciągnęli furmankami, czasem nawet zwykłymi wózkami z zachodu. Zatrzymywali się w Głuchołazach na kilka dni, żeby odpocząć. Niektórzy zostali na stałe, zasiedlając opuszczone mieszkania. Na dzisiejszej ul. Jana Pawła II pod numerem 3 pani Hennelowa z Łodzi założyła przytułek, głównie dla matek wracających z dziećmi. Działała tam kuchnia, dawano noclegi. Władze starały się wspomagać przydziałami żywności.

Na nieistniejącym dziś malowniczym basenie zdrojowym w Głuchołazach, który latem 45 działał bez przerwy, polscy chłopcy zawierali przyjaźnie z młodymi Niemcami.

- Znajdowałem sobie kolegów Niemców, bo polskiej młodzieży tu nie było - wspomina pan Czesław. - Pamiętam, że większość młodych repatriantów nie potrafiła pływać i niemieccy chłopcy uczyli ich tego na basenie. Nie słyszałem o większych konfliktach pomiędzy Polakami a Niemcami, choć nieporozumienia się zdarzały.

Majątek za wódkę

Radziecka komendantura wojskowa, tu i tak bardzo kulturalna i spokojna, zajmowała się zbieraniem reparacji wojennych dla Armii Czerwonej. W praktyce oznaczało to zwykłą grabież. Wszystko, co przedstawiało jakąś wartość dla przemysłu, trafiało na wschód. Zdemontowano między innymi wyposażenie przędzalni Richtera (dziś zakłady odzieżowe). Kościółek ewangelików (obecnie gimnazjalny) Rosjanie zamienili na magazyn zarekwirowanych maszyn do szycia, rowerów i innego drobnego sprzętu. Pod wejście stale podjeżdżały ciężarówki i wywożono towar do ZSRR, chyba że po drodze ktoś z konwoju sprzedał go za wódkę.

- W Rudawie koło Bodzanowa Rosjanie zostawili patrol wojskowy do pilnowania zakładu papierniczego - opowiada dr Sułek. - W fabryce była bardzo nowoczesna, szybkobieżna maszyna do produkcji papieru. Mój ojciec, jako wójt, dostał zadanie, żeby to chronić przed wywiezieniem.

Metoda była dość prosta: Izydor Sułek dostał od swoich zwierzchników zezwolenie, papier, z którym pojechał do zakładów spirytusowych w Krakowie. Przywiózł ze sobą kilkaset litrów spirytusu. Z pomocą wtajemniczonych w sprawę Niemców rozrabiał spirytus na wódkę i poił nią radzieckich strażników. A kiedy ci spali zamroczeni, pracownicy zakładu wchodzili do papierni i demontowali z maszyny najważniejsze elementy. Zawijali w smołowane worki i topili w rzece, żeby ukryć przed Rosjanami.

- W końcu dotarła do Rudawy ekipa radzieckich monterów, żeby rozebrać maszynę i zabrać do ZSRR. Na miejscu stwierdzili tylko, że "Germaniec ich ubiegł", i pojechali dalej - śmieje się dr Sułek. - Kiedy fabrykę przejął polski dyrektor, maszynę zamontowano na nowo.

Czerwonoarmiści na własną rękę zajmowali się głównie szukaniem alkoholu, a pijani urządzali sobie zawody strzeleckie do porcelanowych izolatorów na słupach energetycznych. Głuchołazy były odcięte od głównych sieci energetycznych, ale kilka małych elektrowni wodnych z powodzeniem zasilało miasteczko. Tylko w czasie żniw, kiedy bardzo rosło zapotrzebowanie na prąd, władze dzieliły wsie na części i organizowały zmianową pracę chłopskich młockarni. Przesiedleni ze wschodu Kresowiacy, zwani powszechnie "tajoj", nie nadużywali zresztą specjalnie energii elektrycznej. Kwaterowani w dużych domach gnieździli się zazwyczaj całą rodziną w kuchni. Zdarzało się, że bali się włączać światło w domu, bo w pokrętłach na prąd coś błyskało.

Zaraz za wojskiem i radzieckimi oddziałami "zdobycznymi" na "ziemie odzyskane" ciągnęli szabrownicy z centralnej Polski. Pustoszyli głównie Dolny Śląsk, gdzie dłużej trwało organizowanie się administracji. W Głuchołazach szabrownicy mieli też kilka popisowych występów. W dzisiejszym budynku urzędu gminy przed wojną mieścił się hotel i dobra restauracja. Penetrując piwnice pod nie istniejącym dziś skrzydłem hotelu, złodzieje odkryli zamurowane pomieszczenie.

Rozbili ściankę i znaleźli skład francuskich alkoholi. 3,5 tysiąca butelek najlepszych win, w tym szampana. Zabrali tylko część składu, bo o kradzieży szybko dowiedział się Urząd Bezpieczeństwa. Transport wina pojechał z Głuchołaz do magazynów państwowych, ale na miejsce cenny ładunek nie dotarł, przehandlowany przez konwojentów. W kolejnym głuchołaskim lokalu rozrywkowym (dzisiejszy budynek księgarni w Rynku), w największej w mieście sali widowiskowej, wisiał ogromy żyrandol z kryształu. Szabrownicy próbowali go zdjąć, ale kilkaset kilogramów szkła zerwało się z mocowania i rozbiło na podłodze. Demontowano i wywożono nawet wyposażenie małych warsztatów rzemieślniczych.

- Niemcy chowali swoje cenne przedmioty m.in. w grobowcach na cmentarzu - opowiada dr Sułek. - Zdarzało się, że milicja łapała tam potem poszukiwaczy skarbów, plądrujących groby.

Szymon Koszyk sam, w obawie przed Rosjanami, kazał ukryć przechowywane w magistracie pisane gotykiem księgi miejskie, sięgające jeszcze średniowiecza. Czesław Sułek z niemieckimi kolegami na niewielkim wózku przewiózł 38 tomów dokumentów na strych cmentarnego kościółka św. Rocha. Przeleżały tam 3 lata. W 1948 roku, już po objęciu pełnej władzy przez komunistów i usunięciu pierwszej ekipy, odnalezione dokumenty… spłonęły w ognisku.

Schindler z Bodzanowa

Pierwsze zorganizowane wysiedlenie Niemców zaczęło się zimą z 1945 na 1946 rok. Objęło głównie mieszkańców wsi, bo w większości domów żyły już obok siebie dwie rodziny - niemiecka i nowi właściciele ich życiowego dorobku - Kresowiacy. Głuchołascy Niemcy wyjechali w drugiej fali przesiedleń w 1946 roku, a niektórzy nawet w latach 50. Władze zatrzymywały dłużej fachowców, np. personel miejscowego szpitala długie lata składał się w większości z niemieckich lekarzy.

Niewielka część autochtonów, zwłaszcza wiosną i latem 1945 roku, próbowała zwalczać nową władzę. Na Izydora Sułka, wójta Długiej Wsi, dwukrotnie organizowano zamach. Ostrzegli go inni Niemcy. Część miejscowych przyjęła polskie obywatelstwo, jak np. rodzina Peikert z Bodzanowa, spokrewniona z niemieckim księdzem Paulem Peikertem, autorem opublikowanego dziennika z oblężonej twierdzy Wrocław. Johann Schindler, właściciel gospodarstwa w Bodzanowie pod numerem 3, obok młyna, dostał nawet honorowe polskie obywatelstwo za zasługi wojenne.

- Zimą 1945 roku przez Głuchołazy szły tzw. marsze śmierci - opowiada dr Sułek. - Byli to wygłodzeni więźniowie obozu w Oświęcimiu, pędzeni przez hitlerowców przed nadchodzącym frontem. Jedna z takich grup nocowała w stodole u Johanna Schindlera. Rano, kiedy zbierali się do wymarszu, Schindler ukrył 6 Żydów. Mieli szczęście, bo reszta grupy, 60 osób, została wyprowadzona na nadrzeczne łąki za młynem. Strażnicy kazali im wykopać grób, nad którym ich rozstrzelali.

Ocalona szóstka doczekała nadejścia Rosjan. Czterech z nich zamieszkało później w Głuchołazach, na ul. Opolskiej koło piekarni. W 1963 roku wyemigrowali z rodzinami do Szwecji. Joachim Schindler został przez polską administrację mianowany sołtysem Bodzanowa. Kilka lat później przeprowadził się do wsi swojej żony za Nysą.

- Schindler wiedział, co się stało z pozostałymi ludźmi z marszu śmierci - opowiada dr Sułek. - Długo to ukrywał, w obawie przed innymi. Wreszcie opowiedział to mojemu ojcu, który zgłosił sprawę komisji badania zbrodni hitlerowskich.

Wiosną 1946 roku komisja ekshumowała groby nad rzeką. Zwłoki więźniów Oświęcimia przeniesiono początkowo na cmentarz w Bodzanowie, a dziś są na kwaterze pamiątkowej cmentarza w Głuchołazach.

NOWA TRYBUNA OPOLSKA

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.