Wasze Kresy: Tam tylko kominy zostały... wszystko spalone

Redakcja
Rok 1943. Helena Gotfryd, Poldek Kwiatkowski i Janina Procek
Rok 1943. Helena Gotfryd, Poldek Kwiatkowski i Janina Procek archiwum Mieczysława Gotfryda
Udostępnij:
W kwietniu 1944 zobaczyli przyczepioną do drzwi kartkę z wiadomością, że w 24 godziny mają się wynieść. W Reklińcu mieszkało tylko 10 procent Polaków

Pan Mieczysław (rocznik 1930, 17 listopada skończy 85 lat) otwiera czarny futerał, z którego delikatnie wyjmuje błyszczącą trąbkę. - Jeszcze kawalerska - podkreśla nie bez dumy. Nabiera powietrza w płuca i gra. "Graj, piękny Cyganie, piosenkę sprzed lat...", "Niebo skąpi suchej ziemi kropli deszczu...". Muzyka jest piękna, ale ona przetrwa wieki. A my spotkaliśmy się, by ocalić od zapomnienia kresowe opowieści.

Ja zostałem w koszulinie

Dosyć duża wieś, ponad 300 numerów. Majątek, cerkiew, gorzelnia, Dom Polski, jeden sklep... Tylko 10 procent Polaków, reszta to Ukraińcy. To Rekliniec, powiat Żółkiew - założona przez hetmana Stanisława Żółkiewskiego, województwo Lwów. Tam urodził się Franciszek Gotfryd (rocznik 1902), ojciec pana Mieczysława.

- W Reklińcu kościoła nie było, dopiero w Mostach Wielkich, osiem kilometrów dalej. A kaplica - w Zawoni nad Bugiem, jakieś dwa kilometry od nas. To była czysto polska osada. W marcu 1944 roku Ukraińcy razem z Niemcami ją spalili, a ludzi wymordowali - w historii snutej przez pana Władysława tragiczny będzie nie tylko los wsi...

Mama Rozalia Kobylarz (1902) pochodziła z Rzeszowszczyzny, z Woli Raniżowskiej - założonej przez króla Kazimierza Wielkiego. - W 1919 roku Piłsudski zasiedlał tereny wschodnie tymi biednymi Polakami - opowiada pan Mieczysław. - Dziadek miał trochę grosza, kupili kawałek ziemi, pobudowali się w Reklińcu.

Tam Franciszek Gotfryd i Rozalia Kobylarz się poznali, w 1927 roku wzięli ślub. Zamieszkali u jej rodziców. Doczekali się pięciorga dzieci: Heleny (1928), Mieczysława, Edwarda (1936), Jana (1939) i Kazimierza (1942).

- Gospodarstwo pod strzechą, dom drewniany, słomą kryty. Kuchnia, sypialnia, jadalnia w jednym pomieszczeniu, i jeszcze tak zwana komora - wylicza pan Mieczysław. - Ziemi siedem-osiem mórg. Pamiętam, że trzy morgi szło na hektar. Małe gospodarstwo było. Dwie krowy, dwa-trzy świniaki, kury, króliki.
- Konie, kaczki, gęsi? - podpytuję.
- Nie, to było biedne gospodarstwo - stwierdza pan Mieczysław. - Żyto, ziemniaki, jarzyna - to było źródło utrzymania. Trochę owsa też się siało, gryki - tak, żeby wyżywić.

W czerwcu 1936 wydarzył się dramat. - Wybuchł pożar, chałupa się spaliła, ja zostałem w koszulinie - wspomina pan Mieczysław. - Poszlim do sąsiadów, ubrali nas, nagusów, przygarnęli. Tacy byli sąsiedzi! Takie były czasy!

U sąsiadów mały Miecio z rodzicami, starszą siostrą, młodszym bratem, babcią Zofią, wujkiem Piotrem i ciocią Józią mieszkali przez dwa lata. W tym czasie udało się uzbierać na nowy dom, trochę mniejszy, który kupili od budowlańca Ukraińca.

- I co, wychowywałem się przy rodzicach, krowy pasłem, a w 1937 roku poszedłem do szkoły - relacjonuje pan Mieczysław. - Podobało mi się, jak najbardziej! Był język polski, nauczycielka nazywała się Wysocka. W 1940 roku Rosjanie wywieźli ją na Sybir... Oni ten kwiat nauki wywozili, aby zniszczyć kulturę, to wszystko... - i znów piękne obrazy z dzieciństwa przysłania bezwzględna wojenna rzeczywistość.

Krowy pasłem i płakałem

Wybuchła II wojna światowa. - Ojciec już jako 18-latek walczył z Moskalami. Jak dorósł do 20, to poszedł do wojska. Dlatego 1 września 1939 roku od razu poszedł na front - zaznacza pan Mieczysław. - Mama odprowadzała go do Mostów Wielkich, tam był punkt zbiorczy. A ja krowy pasłem i płakałem, że mogę już nie zobaczyć ojca...

Ale pod koniec października Franciszek Gotfryd wrócił do domu. - Dostał się do niewoli niemieckiej pod Lwowem i pędzili ich na zachód. Dogadał się z innym żołnierzem, odskoczyli w bok za jakąś stodołę, później jakiś Ukrainiec przewiózł go czółnem przez rzekę Sołokiję, bo granica nie była jeszcze wtedy tak obstawiona - pan Mieczysław powtarza historię, którą usłyszał od ojca. - Wrócił w mundurze, tylko płaszcz wojskowy oddał za cywilną kurtkę i czapkę.

Wtedy w Reklińcu i okolicach rządzili już Sowieci. - Jako młody chłopak pamiętam polskie wojsko, kawalerię na koniach - w głosie pana Mieczysława słychać podziw, w oczach widać błysk. - A Rosjanie jak hołota. Karabin, kawałek worka na koniu... - mój rozmówca macha ręka, jakby się wstydził. - Ale było ich w bród.

We wrześniu 1940 dziesięcioletni Miecio poszedł do szkoły, ale już rosyjskiej. - Byłem załamany. Uczył nas Żyd, na przerwie uczniowie pluli mu w rękawy płaszcza - opisuje.

W czerwcu 1941 weszli Niemcy. - Początkowo dobrze to przyjmowaliśmy, bo lepsza kultura niemiecka. Ale to nieprawda! Później dopiero wyszło, że to zabójcy narodu - mówi z mocą pan Mieczysław. - Zaczęły się kontyngenty, wyżyć wyżyła rodzina... Dla niektórych nawet jakaś praca się znalazła, na kolei przy torowiskach. Bo ja w dobrym miejscu mieszkałem, miałem półtora kilometra do stacji Sielec-Zawonie. Ojciec też na kolei robił. Torowiska trzeba było konserwować, poprawiać... I do szkoły chodziłem, już po polsku uczyli, nauczyciel z Mostów Wielkich przyszedł. Był język polski, trochę ukraińskiego. Niemiecki nie, nie zmuszali.

Zima 1942/1943 zebrała śmiertelne żniwo w rodzinie Gotfrydów. - Zachorowałem na tyfus i zapalenie płuc. Ale jakoś wylazłem z tych opałów. Jak wstałem na nogi, z dachów już zaczęła sączyć się woda, jak pijany byłem - pan Mieczysław z niedowierzaniem kręci głową. - W marcu zachorował ojciec i w kwietniu zmarł, zaraz po Świętach Wielkanocnych, w szpitalu w Sokalu. Tam spoczywa na cmentarzu. Tyfus... Teraz mówi się dur brzuszny, ale wtedy to był tyfus plamisty.

Rodzina musiała sobie radzić bez męża i ojca. Niedaleko Reklińca był majątek Roczyn, tam 13-letni Miecio pasał owce, a wujek Michał Andrusiewicz był polowym, nadzorował robotę. Chłopiec pracował całe lato, dostawał za to pieniądze.

Z duszą na ramieniu

"Hej, tam daleko na Wołyniu powstała armia UPA. I tam woskresla Ukraina, i załuna¬ła swoboda. Smert, smert, Lacham smert. Smert moskowsko-żydowskij komuni".

Przełom lat 1943/1944. - Już powstała ta banda, zaczęli mordować, palić wsie. Tę osadę Zawonie, która była polska cała... Tam ukrywała się rosyjska partyzantka, Ukraińcy podpuścili Niemców, nawiązała się walka. Polacy razem z Rosjanami, ale tamtych było dużo więcej, okrążyli wieś, spalili, część ludzi pomordowali, część wywieźli do lagrów - opowiada pan Mieczysław. - Wiosna 1944 roku, roztopy się robiły. Te chłopaki ukraińskie, co z nami do szkoły chodzili, zwracali się do nas: "Laszki, skaczcie do wody, póki głęboka".

W kwietniu 1944 Gotfrydowie zobaczyli przyklejoną na drzwiach domu kartkę, że mają w 24 godziny się wynieść. - Trzeba było uciekać, z duszą na ramieniu. Łaszki pod pachę i uciekliśmy. Wszystko zostało - wspomina pan Mieczysław. - Poszliśmy na stację Sielec-Zawonie. Tam jakieś wagony Niemcy podstawili i dojechaliśmy do stacji Dęba Rozalin, dziś Nowa Dęba. Rozwieźli nas do Stali, cztery kilometry od Tarnobrzega, zatrudnili w fabryce samochodów w Mokrzyszowie. Chodziłem tam do pracy, uczyłem się toczyć metal. I tak do lipca. A chleb, który dostawałem w fabryce, to był z trocin. Tak nas Niemcy karmili. Nawet kury nie chciały tego jeść.

W sierpniu 1944 rodzina wróciła na wschód. - I po co? Po co? - pan Mieczysław pyta sam siebie. - Tam tylko kominy zostały... Wszystko spalone.

W październiku Gotfrydowie zamieszkali w Mostach Wielkich. Rok później mieli już kartę ewakuacyjną. - Ukraińcy na rozkaz Rosjan dowieźli nas furmankami do stacji Żółkiew. I w strachu człowiek jechał 20 kilometrów, bo banda UPA grasowała jak cholera. Ale jakoś się udało. Widać nie dostali sygnału, że wiozą Polaków - podejrzewa pan Mieczysław. - W Żółkwi wagony nam dali Rosjanie, szerokotorówkę, i jechaliśmy aż do Opola. Tam przeładunek na węższe tory, no i na początku grudnia dojechaliśmy do stacji Jasień. Tu już zajęli się nami PUR-owcy i furmankami rozwieźli nas po wioskach opuszczonych przez Niemców. Osiedliliśmy się w Jużynie.

Później przez Glinkę Górną, Leśną koło Lubania, wojsko w Poznaniu i Koninie, znów Jużyn, Lisią Górę i Piaski pan Mieczysław trafił do Ochli.

Szymon Kozica
GAZETA LUBUSKA

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Nasza Historia
Dodaj ogłoszenie