Zamach na dyktatora

Czytaj dalej
Fot. W. Pniewski/REPORTER
Katarzyna Kaczorowska

Zamach na dyktatora

Katarzyna Kaczorowska

Metalowa linka w lesie, gdzie jeździł konno. Ostrzelany konwój na ulicy, gdzie kupił dom. Ładunek wybuchowy na uczelni, na którą przyszedł z wizytą. Generała Jaruzelskiego próbowano zabić kilka razy

Polska Ludowa. Państwo, którego jednym z fundamentów była bezpieka wykorzystująca sieć tajnych współpracowników, donosicieli, agentów. Wydawałoby się, że w takim państwie nie mogą się wydarzyć - poza naturalnymi kataklizmami - żadne nieprzewidziane wypadki. Akty terroru? Zamachy? Takie rzeczy to przecież tylko na zgniłym Zachodzie mogły wstrząsać rządami, społecznościami, polityką, ale za żelazną kurtyną? A jednak zamachy na dygnitarzy w PRL były. I były też po 1989 r.

Kiedy w 1994 r. generał Wojciech Jaruzelski przyjechał do Wrocławia promować swoją książkę Stan wojenny, dlaczego?, jak zwykle pierwsze kroki skierował do Klubu Śląskiego Okręgu Wojskowego. Tu w spokoju mógł odpocząć, wypić herbatę, porozmawiać i przygotować się na popołudniowe spotkanie w księgarni przy placu Legionów, który do niedawna nazywał się placem PKWN, czyli Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. Generał pamiętał to miejsce z trybuny, na której stał w 1969 r. w towarzystwie m.in. Iwana Ignatiewicza Jakubowskiego, Siergieja Sztiemienki, Tadeusza Tuczapskiego i Mieczysława Moczara. Dowódcy sojuszniczych armii odbierali defiladę wojsk Układu Warszawskiego po manewrach „Odra - Nysa ’69”, będących manifestacją siły i jedności po stłumieniu buntu w Czechosłowacji w 1968 r.

25 lat później w księgarni przy placu Legionów doszło do skandalu. We wtorek 11 października 1994 r. było chłodno, pora była dość wczesna jak na spotkanie autorskie, bo zaledwie godzina 16, ale jak zwykle na spotkaniach z generałem w księgarni był tłum ludzi. Najwierniejsi z wiernych mieli okazję porozmawiać z byłym prezydentem Polski w Klubie Oficerskim, za to do księgarni mógł wejść każdy. I wszedł Stanisław Helski, który dwa lata wcześniej w tej samej księgarni już raz spotkał się z generałem Jaruzelskim.

Stanisław Helski podszedł do stołu. "A gdzie książka?" - zapytał uśmiechnięty Generał. "Nie stać mnie na książki, od kiedy mnie pan zrujnował" - padła mało dyplomatyczna odpowiedź. Generał potraktował ją jako żart: "Ach, nie szkodzi, oto prezent dla pana", i ręka zamachnęła się do podpisu. "Pański podpis nie jest mi dzisiaj potrzebny. Potrzebowałem go w roku 1982. Dzisiaj ja panu przyniosłem coś z moim podpisem". I wręczył zdumionemu Generałowi petycję do Sejmu, datowaną w roku 1986, domagającą się postawienia Jaruzelskiego przed Trybunałem Stanu

- tak opisał pierwsze spotkanie Jaruzelskiego z Helskim nieżyjący już prof. Jerzy Przystawa, opozycjonista internowany w stanie wojennym i wielki orędownik jednomandatowych okręgów wyborczych.

Helski był rolnikiem spod Ząbkowic Śląskich. W 1980 r. zakładał Niezależny Samorządny Związek Zawodowy Chłopów Województwa Wałbrzyskiego, ale prawdziwą opozycją stał się, gdy wraz ze Stanisławem Janiszem, Michałem Bartoszcze, Romanem Bartoszcze zorganizował ogólnopolski Niezależny Samorządny Związek Zawodowy Rolników Indywidualnych „Solidarność Chłopska”. Członek Krajowego Komitetu Koordynacyjnego Chłopskich Związków Zawodowych w lutym 1981 r. organizował też ogólnopolski protest głodowy chłopów w świdnickim kościele pod wezwaniem św. Józefa. I za swoje zaangażowanie zapłacił ogromną cenę - po wprowadzeniu stanu wojennego 13 grudnia 1981 r. działał w podziemiu - wiosną 1982 r. rozpoczęły się wobec niego szykany, które ostatecznie doprowadziły go do skazania na sześć lat więzienia. Lokalna władza obsiała bowiem jego kilkanaście hektarów jęczmieniem - pod osłoną wojska, a gdy chłop owo zboże ściął, obciążono go kosztami i ziarna, i pracy siewców, i tym, co tylko jeszcze zdołano dopisać do rachunków...

Helski, rolnik indywidualny, jak to się kiedyś mówiło, po wyjściu na wolność był bankrutem. Komornik zlicytował wszystko, co tylko w gospodarstwie Helskiego do zlicytowania było. A uparty chłop postanowił walczyć z PRL o sprawiedliwość.

Bezskutecznie. Ani Sąd Najwyższy, ani Naczelny Sąd Administracyjny nie oddaliły zarzutów. Sprawy sądowe ostatecznie zakończyła amnestia, którą ogłoszono w 1984 r. - po zniesieniu stanu wojennego. Tylko że Helski nie chciał amnestii, ale uniewinnienia - to bowiem pozwoliłoby mu walczyć o odszkodowanie za bezprawne działania urzędników, doznane krzywdy i utracone zdrowie.

Rolnik spod Ząbkowic nie miał jednak szans w zderzeniu z machiną - po 1989 r. jego skargi zarówno do organów władzy państwowej, jak i do rzecznika praw obywatelskich pozostawały bez odpowiedzi. Nie on jeden zresztą na darmo stukał do drzwi sprawiedliwości - w czasie gdy premierem była Hanna Suchocka odrzucono też wniosek o kasację wyroku Józefa Piniora skazanego w 1988 r. za próbę organizowania strajku. Kasacja nastąpiła dopiero po tym, jak sprawę opisał tygodnik „Nie” Jerzego Urbana, wykorzystując ją w swoim stylu do rozprawy z solidarnościowymi elitami.

Wojciech Jaruzelski opuszcza Zjazd ZSP w klubie studenckim Stodoła. Warszawa, 1987 r.
W. Pniewski/REPORTER Przeciwko generałowi Wojciechowi Jaruzelskiemu organizowano protesty również po upadku PRL

Trudno się więc dziwić, że Helski był rozgoryczony. On, szykanowany przez SB i peerelowski wymiar sprawiedliwości, nie mógł liczyć na zadośćuczynienie, podczas gdy człowiek, który wprowadził stan wojenny w Polsce, przyjmowany był z honorami jako były prezydent i jeden z twórców Okrągłego Stołu i nowego ładu politycznego.

We wtorek 11 października 1994 r. około godziny 16 65-letni rolnik rencista rzucił w generała kamień zawinięty w gazetę.

Profesor Przystawa następnego dnia tak opisał to zdarzenie w tekście dla „Gazety Polskiej”, tekście, którego zresztą redakcja nie puściła do druku: „Działo się to, gdy gen. Jaruzelski promował swoją najnowszą książkę i rozdawał autografy. Środki masowego przekazu doniosły, że Helski uderzył Jaruzelskiego cegłą, ale nie była to żadna cegła, tylko symboliczny kamień z jego pola, który przywiózł specjalnie, ukryty w »pederastce«. Naturalnie oficerowie BOR ochraniający Generała błyskawicznie obezwładnili rencistę, który nie próbował ani się bronić, ani uciekać, obdzielając go przy okazji kolorowymi wyzwiskami typu »gnoju, świnio, bydlaku, zdechniesz na śmietniku« itp. Poszkodowanego Generała bezzwłocznie odwieziono do szpitala, jak się wydaje, obrażenia nie są zbyt poważne. Natychmiast też, jak prawdziwy gołąbek pokoju i przykładny katolik, Generał wielkodusznie wybaczył ten okropny czyn swojemu napastnikowi, który »nie wiedział, co czyni«. Napastnik, niestety, nie wykazał podobnie chrześcijańskiego ducha - ani miłosierdzia, ani skruchy - i wręcz oświadczył, że przebaczać nie ma zamiaru. Noc spędził w areszcie, oczekuje go proces karny na podstawie art. 156 kk, zagrożony karą od 6 miesięcy do 5 lat więzienia. Wielkoduszność Generała nie zrobiła na nim najmniejszego wrażenia. Odpowiada, że w moralności chrześcijańskiej (jeśli Generał Jaruzelski chce pozować na chrześcijanina) istnieje wymóg zadośćuczynienia. Gdyby Generał zamiast »przebaczania« był gotów zadośćuczynić za wyrządzone zło, wówczas byłby gotów rozważyć zmianę swego stanowiska”.

Dalej przeczytasz o innych zmachach na polityków w PRL.

Pozostało jeszcze 56% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 6,15 zł miesięcznie.

    już od
    6,15
    /miesiąc
Katarzyna Kaczorowska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.