Zespół, który stał się chlubą Rzeszowa

Blackout, czyli "niedobrzy, zbuntowani", chłopcy z Rzeszowa. Od lewej: Andrzej Solecki, Stan Borys, Krzysztof Potocki, Józef Hajdasz, Fot. archiwum Krzysztofa Potockiego Blackout, czyli "niedobrzy, zbuntowani", chłopcy z Rzeszowa. Od lewej: Andrzej Solecki, Stan Borys, Krzysztof Potocki, Józef Hajdasz, Tadeusz Nalepa

50 lat temu w Rzeszowie powstał zespół Blackout. Występowali w nim między innymi Tadeusz Nalepa, Stan Borys i Mira Kubasińska. Ich utwory zawojowały ówczesne listy przebojów

Było lato 1965 roku. W restauracji Rzeszowska przygrywała do tańca grupa zawodowych muzyków.

- Około godziny 22 mieliśmy przerwę kolacyjną - wspomina dziennikarz muzyczny Jerzy Dynia, a wówczas kierownik zespołu grającego w Rzeszowskiej. - Kiedy przerwa dobiegała końca i zespół miał już iść grać, okazało się, że gdzieś zniknęli dwaj muzycy - perkusista Józef Hajdasz oraz Krzysiek Potocki, który u mnie grał na pianinie.

Niebawem wyszło na jaw, że Hajdasz i Potocki - w trakcie owej przerwy! - zostali skaptowani przez Tadeusza Nalepę i Stanisława Guzka, potem znanego jako Stan Borys, którzy zakładali zespół bigbeatowy i poszukiwali muzyków.

- Na wieść o tym "kidnapingu" krew mnie zalewała - przyznaje Jerzy Dynia. - Nawet nie miałem jak dokończyć wieczoru. Mimo wszystko później z Tadeuszem Nalepą miałem dobre relacje. Jako dziennikarz musiałem zresztą być obiektywny i osobiste pretensje odstawić na bok.

Miała być grupa… Scorpions

Inspiracją do tego, aby mieć swój zespół, stał się dla Nalepy koncert Niebiesko-Czarnych w Rzeszowie. "Byłem ze Staszkiem Guzkiem na ich imprezie i pomyślałem: «Dlaczego ja nie miałbym zrobić takiej kapeli?»" - opowiadał.

Zespół tworzony był już od wiosny 1965 r. Muzycy deliberowali m.in. nad nazwą grupy. Padały różne propozycje, jak choćby Wyjęci spod Prawa. Krzysztofowi Potoc- kiemu marzyło się granie ostrej muzyki, dlatego optował za nazwą Scorpions. Ostatecznie zespół przyjął szyld Blackout. W teatrze termin ten oznacza krótki utwór sceniczny, po którym gaśnie światło.

"Zaczęły się interpretacje, że zaciemnieni, czyli zbuntowani, niedobrzy chłopcy, że zaciemnimy głowy tym, którzy nie pozwalają grać, nie pozwalają nosić długich włosów" - opowiadał Stan Borys.

Jako dzień powstania grupy przyjęto 26 sierpnia 1965 roku. Nalepa, pytany potem, dlaczego właśnie ten dzień, odparł: "To jest nieistotne. Taką datę przyjęliśmy. Tego dnia przypadały moje urodziny".

W pierwszym składzie byli: Tadeusz Nalepa (gitara, śpiew), Stanisław Guzek (śpiew), Andrzej Zawadzki (gitara), Krzysztof Potocki (bas) i Józef Hajdasz (perkusja). Zwraca uwagę brak w tym towarzystwie Miry Kubasińskiej, znanej już wtedy wokalistki, a prywatnie żony Nalepy.

- Ona w tamtym czasie współpracowała akurat z angielską formacją The Original London Beat. W Blackoucie Mira tak na dobre znalazła się dopiero w 1967 roku - wyjaśnia Tadeusz Niedzielski, autor książki o zespole Blackout.

Najpierw grali na poczcie

3 września 1965 roku grupa wystąpiła po raz pierwszy. Było to w Klubie Łącznościowca, w budynku poczty przy ul. Moniuszki w Rzeszowie.

- To nie tyle był koncert, ile wieczorek taneczny. Oni po prostu grali do tańca - zaznacza Dynia.

Premierowy repertuar stanowiły w dużej mierze covery, m.in. Stonesów, Beatlesów, Animalsów, a także rodzimych wykonawców, np. Niebiesko-Czarnych. Blackout praktycznie od samego początku wykonywał też własne utwory.

- Parę kompozycji przyniósł Andrzej Solecki, który przyszedł z rzeszowskiego zespołu Sokoły, zastępując w składzie Andrzeja Zawadzkiego - tłumaczy Niedzielski.
Współpracę z grupą nawiązał poeta Bogdan Loebl, który przyjechał do Rzeszowa, aby organizować tu środowisko związku literatów.

- To nie był reprezentant bohemy z wariackimi pomysłami, tylko spokojny, ułożony, kulturalny pan - podkreśla Dynia. - Do propozycji pisania tekstów dla zespołu z początku podchodził z rezerwą. W końcu jednak zgodził się. Tworzył świetne teksty, a nie takie grafomaństwo, jakie spotyka się na co dzień.

"[Na poczcie] graliśmy chyba trzy razy w tygodniu. Dostawaliśmy za to pieniądze, nie jakieś wielkie sumy, ale umożliwiające przeżycie" - podkreślał po latach Andrzej Solecki w rozmowie z Niedzielskim.

Na topie

Zespołowi szybko udało się wypłynąć na szersze wody. Punktem zwrotnym były Krajowe Targi Piosenki, jakie jesienią 1965 roku zorganizowano w rzeszowskim Domu Kultury WSK. Blackout zaprezentował trzy autorskie kompozycje z tekstami Loebla i zyskał uznanie jury.

Co najważniejsze, Mateusz Święcicki, który był istotną personą w branży, zaprosił rzeszowian na nagrania do Warszawy. "Nagrywaliśmy jedynie kilka godzin i wróciliśmy do Rzeszowa - pamiętał Krzysztof Potocki. - Na drugi dzień włączamy radio, a tam nasze piosenki na liście przebojów".

Później były m.in. nagroda na opolskim festiwalu i awans do finału Festiwalu Muzyki Nastolatków w Gdańsku, gdzie Blackout zajął 3. miejsce. Wygrali Skaldowie, ale… "tylko" zdaniem jurorów, a nie publiczności. Doszło do tego, że gdy formacja z Rzeszowa skończyła koncert, inne grupy nie mogły już grać, bo publika ciągle skandowała: "Blackout! Blackout!".

Największym hitem stała się "Anna" - utwór, do którego słowa Loebl napisał z myślą o swojej narzeczonej, a wkrótce potem żonie.

- Tekst "Anny" został złożony z paru wierszy. Tak mnie informował Bogdan Loebl - przekazuje Niedzielski.

Idole Rzeszowa

Sukcesami zespołu żył cały Rzeszów. "Jak (…) nasze utwory zaczęto grać w radiu, na antenie ogólnopolskiej, to nasz zespół stał się niezmiernie popularny w Rzeszowie, do tego stopnia, że gdy w drodze na próbę przechodziliśmy obok żeńskiego liceum, to przerywano lekcje, bo wszystkie dziewczyny stawały w oknach" - wspominał Potocki.

W dniu występu Blackoutu Klub Łącznościowca przeżywał oblężenie. Fanów przychodziło tak wielu, że nie każdy mógł dostać się do środka.

- Byłem młodzieniaszkiem i nie miałem szans wejść do klubu, wystawałem tylko pod budynkiem. W oknach były kraty. Raz włożyłem tam głowę i… nie mogłem wyjąć. Musiała przyjechać straż pożarna i te kraty rozszerzać - relacjonuje Niedzielski.

Kiedy pojawiła się informacja, że grupa postanowiła z Rzeszowa wyjechać i zakotwiczyć w Warszawie, rzeszowska młodzież długo nie chciała przyjąć tego faktu do wiadomości. "Blackout do domu!", "Blackout wróć!" - malowano na murach budynków. Koncert na pożegnanie Rzeszowa odbył się w listopadzie 1966 roku w kinie Świt (dziś hala Waltera).

- Decyzja o przeprowadzce była jedynie słuszna - uważa dzisiaj Jerzy Dynia. - Rzeszów - nie oszukujmy się - był prowincją, trudno było się stąd wybić.

Klub Łącznościowca, który dzięki Blackoutowi stał się najmodniejszym klubem w grodzie Rzecha, po wyjeździe zespołu stracił na znaczeniu.

- Szkoda, że na dłuższą metę nie przetrwał i że jego muzycznych tradycji nie pielęgnowano. Obecnie okrojone pomieszczenie dawnego klubu zajmuje firma z branży telekomunikacyjnej - informuje Wojciech Marek, pracownik Poczty Polskiej.

Nowe wcielenie

W 1967 roku Blackout nagrał płytę długogrającą, a już parę miesięcy później narodził się Breakout - kolejne muzyczne wcielenie Tadeusza Nalepy i spółki. Breakout istniał kilkanaście lat i wylansował takie szlagiery jak: "Gdybyś kochał, hej!", "Poszłabym za tobą" czy "Kiedy byłem małym chłopcem". Urodzonemu w Zgłobniu koło Rzeszowa Nalepie nadano miano ojca polskiego bluesa, chociaż on sam nieraz podkreślał, że nie czuje się bluesmanem, tylko rockmanem.

Zmarł w 2007 r. W roku 2005 odeszła Mira Kubasińska. Inna wybitna postać polskiej muzyki rozrywkowej, Stan Borys, pomieszkuje teraz trochę w Stanach Zjednoczonych, a trochę w Polsce.

- Pod Warszawą mieszka Krzysztof Potocki. Przez lata grał w Niebiesko-Czarnych - opowiada Tadeusz Niedzielski. - W okolicach Warszawy trzeba też szukać Andrzeja Zawadzkiego i Bogdana Loebla. Józef Hajdasz, znakomity perkusista, który udzielał się w różnych zespołach, zmarł w tym roku. Nie żyje już także Andrzej Solecki.

W Blackoucie grali jeszcze Piotr Nowak, Krzysztof Dłutowski, Robert Świercz, Janusz Zieliński. - Blackout nagrał tylko jeden longplay, ale jest to płyta tak urokliwa i tak dobra, że do dzisiaj słucha się jej z przyjemnością. Zresztą zdarza się, że współczesne zespoły sięgają po te utwory, nagrywają je w nowych wersjach, więc te piosenki ciągle żyją - puentuje Niedzielski.

Cezary Kassak
NOWINY

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.