Grzegorz Bębnik

Krwawa niedziela śląskich porachunków

Zbiorowe zdjęcie oddziału Freikorpsu, dowodzonego przez Hansa-Otto Ramdohra. Wykonano je w dniu egzekucji na rynku w Orzeszu Fot. zbiory Grzegorza Grześkowiaka Zbiorowe zdjęcie oddziału Freikorpsu, dowodzonego przez Hansa-Otto Ramdohra. Wykonano je w dniu egzekucji na rynku w Orzeszu
Grzegorz Bębnik

4 września 1939 bojownicy Sonderformation Ebbinghaus rozstrzelali 23 mieszkańców Orzesza. Część z nich zginęła, bo wskazali ich znajomi

Wrocławski VIII korpus armijny gen. Ernsta Buscha, którego 8. dywizja, 28. dywizja piechoty oraz 5. dywizja pancerna przełamać miały polski opór na linii Tychy-Pszczyna, maszerował również przez niewielką miejscowość Orzesze w ówczesnym powiecie pszczyńskim. Dowództwo korpusu zdecydowało się nawet założyć tam na pewien czas kwaterę; na miejsce pobytu wybrano jeden z okazalszych obiektów, czyli budynek zarządu gminy (w dokumentach określa¬ny jako Gemeindehaus). Wraz z zapadnięciem zmroku w Orzeszu miało dojść do strzelaniny; niezidentyfikowani „powstańcy" zaatakowali jakoby rozkwaterowane tam niemieckie oddziały.

Ukarać powstańców, których nie było

Incydenty takie, wynikające najczęściej z nerwowości i nieostrzelania żołnierzy Wehrmachtu, były wówczas na porządku dziennym; często po prostu Niemcy ostrzeliwali się wzajemnie, zwalając następnie winę na mitycznych „powstańców". Jak najbardziej realne były jednak represje spadające na mieszkańców tych miejscowości, w których miały paść strzały. Podobnie było i w Orzeszu.

Rankiem 3 września 1939 r. do dowództwa VIII korpusu dotarła notatka, podpisana przez dowodzącego kompanią sanitarną 28. dywizji piechoty „nadlekarza sztabowego" (Oberstabsarzt - odpowiednik stopnia majora), w której napisano m.in.: „Kompania sanitarna 2/28 (zmotoryzowana) prosi o zezwolenie na palenie domów w Orzeszu, z których padły strzały oraz w których znaleziono łuski po wystrzelonej amunicji". Wniosek ten został przez tzw. pierwszego oficera sztabu generalnego VIII korpusu, ówczesnego podpułkownika Bernharda Steinmetza, opatrzony krótkim, kategorycznym dopiskiem: „Nie! Uregulowane będzie [to - G.B.] przez żandarmerię!".

Tym zajmie się organizacja Ebbinghaus

Bardziej szczegółowy wgląd w „uregulowanie" owej sprawy umożliwia wzmianka z godz. 9.30 w dniu 3 września, zapisana w dzienniku bojowym 3. Odcinka Straży Granicznej: „[3.] Odcinek Straży Granicznej rozkazuje Organizacji Ebbinghausa oczyszczenie z pomocą około 300 ludzi terenów wokół Orzesza. Zostaną oni dowiezieni samochodami do Naczelnego Dowództwa VIII Korpusu Armijnego celem wykorzystania w akcji oraz do zabezpieczenia skrzydeł przeciw licznym partyzantom". Zamiast regularnej formacji zdecydowano się zatem zaangażować do wykonania tego zada¬nia, które trąciło na milę brutalną pacyfikacją, pozbawionych chwilowo zajęcia freikorzystów. Z jakichś powodów wybór padł na oddział Hansa-Otto Ramdohra; być może jego podwładni byli akurat pod ręką.

Dodać można, że negatywna opinia ppłk. Steinmetza nie powstrzymała żołnierzy z innych niż kompania sanitarna 28. dywizji piechoty oddziałów przed braniem odwetu na własną rękę; jeden z pułków meldował 3 września 1939 r. o godz. 17.00 o rozstrzeliwaniu „rozmaitych partyzantów" oraz paleniu zagród w Mościskach i Kopaninach (dziś dzielnice Orzesza i Łazisk Górnych).

Wszyscy mężczyźni mają się stawić

Członkowie Sonderformation z oddziału Ramdohra pojawili się w Orzeszu, jak można przypuszczać, około godz. 10.00 tego samego dnia. Możliwe jednak, że już wcześniej dotarli tam jacyś freikorzyści; w każdym razie istnieją dokumentujące taki stan rzeczy relacje. Natychmiast po przybyciu Freikorpsu ogłoszony został przez megafony nakaz stawienia się wszystkich mężczyzn na rynku w Orzeszu. Ci, którzy z jakichś powodów nie wykazywali chęci pojawienia się w tym miejscu, byli częstokroć zatrzymywani i doprowadzani tam czy to przez freikorzystów, czy przez kwaterujących jeszcze w tej miejscowości żołnierzy Wehrmachtu; czasami formacje te działały wspólnie. Po trwającym prawie godzinę oczekiwaniu przed około trzystoma zebranymi pojawił się władający językiem polskim oficer Wehrmachtu w towarzystwie jednego z członków Freikorpsu, Sylwestra (Silvestra) Wolfa, zamieszkałego wcześniej w Bełku koło Rybnika. Jeśli wierzyć powojennym zeznaniom, przynajmniej dwunastu innych współodpowiedzialnych za egzekucję pochodzić miało z Orzesza; trudno jednak orzec z całą pewnością, czy byli oni członkami Sonderformation.

Na pewno jednak mieli oni szczegółowe informacje o działaniach i postawach miejscowej ludności, którymi to dzielili się nader skwapliwie.

Selekcja według listy i według znajomych

Freikorzysta Wolf, występujący w towarzystwie niemieckiego oficera (rzekomo w stopniu majora), wyczytał z listy nazwiska mężczyzn, których - jeśli byli obecni - zgromadzono następnie w osobnym miejscu. Wszystkich pozostałych zmuszono następnie do przejścia korytarzem pomiędzy dwoma ustawionymi w tym celu stołami; zasiadający za nimi, a pochodzący z Orzesza freikorzyści (lub też miejscowi Niemcy) „wyławiali" wówczas tych, których przez jakieś przeoczenie nie umieszczono na wspomnianej liście.

Wyselekcjonowanych w ten sposób dołączano do oczekującej na uboczu grupy; w ten sposób zwiększyła się ona do około 40 osób. W jej skład weszli ludzie, których Niemcy uznali za najbardziej „obciążonych" zaangażowaniem się w polskość, najczęściej byli to dawni powstańcy. Inną, znacznie liczniejszą grupę mężczyzn zamknięto w obydwu miejscowych kościołach - katolickim i ewangelickim; najwyraźniej w jej przypadku chodziło o jakiś rodzaj prewencji. Pozostałych zgromadzonych, czyli zdecydowaną większość z nich, zwolniono do domów.

Najmniejszą grupę zatrzymanych poprowadzono do miejscowej leśniczówki, gdzie zamknięci zostali oni w piwnicy przeznaczonej na składowanie miału węglowego. Podczas wcześniejszego przeszukania odebrano im tylko papierosy i zapałki, pozostawiono natomiast wszelkie cenniejsze przedmioty (zegarki, pieniądze, obrączki). Ludzie ci po spędzonej, w wypełnionym sypkim węglem pomieszczeniu, prawie bezsennej nocy, podczas której byli kilkakrotnie bici przez oprawców wpadających znienacka do piwnicy, około godz. 7.00 rankiem następnego dnia, 4 września 1939 r., wyprowadzeni zostali na zewnątrz.

Wszystkich poprowadzono pod strażą freikorzystów do miejscowego kościoła ewangelickiego. Przebywającym w nim wciąż orzeszanom kazano opróżnić trzy pierwsze ławki, by mogli się na nich pomieścić nowo przybyli, oddzieleni od osób znajdujących się już w świątyni. Freikorzyści ordynarnie dworowali sobie z przyprowadzonych, stawiając jednego z nich na ambonie jako księdza, a innych zmuszając do całowania swastyki na naramiennej opasce.

Odznaczenie ratuje życie

W kościele miało także miejsce znamienne wydarzenie. Nowo przybyłych, najprawdopodobniej mających już świadomość rychłego końca (jak zeznał później jeden z członków owej grupy, Franciszek Szostok vel Gruber, „[...] w tymże kościele ewangelickim nie było żadnego sądu. Nic nam nie dano powiedzieć. Oficerowie Wehrmachtu powie¬dzieli jedynie, że pójdziemy do lasu. Wyczuliśmy, o co chodzi"), zaczęto wypytywać, czy któryś z nich ma niemieckie odznaczenia bojowe z lat I wojny światowej. Wylegitymowanie się ich posiadaniem mogło uchronić przed egzekucją, co istotnie nastąpiło przynajmniej w dwóch przypadkach. Po jakimś czasie ludzie ci powtórnie zostali wyprowadzeni, tym razem w kierunku lasu zwanego Pasterniokiem.

W drodze na Pasterniok

Nadmienić trzeba, że również i na tym etapie, zwłaszcza jednak już w drodze na Pasterniok, oddzielano od wspomnianej grupy pojedyncze osoby, które dzięki rozmaitym interwencjom - czy to rodziny, czy przyjaciół - zdołały uzyskać zwolnienie u niemieckich wojskowych nadzorujących akcję. W ostatniej niemal chwili, już po rozpoczęciu egzekucji, darowano jeszcze życie Franciszkowi Gruberowi; miał on zatem możność oglądania masakry z dystansu około piętnastu metrów.

Wspomniany las znajdował się w odległości zaledwie około 1200 m od rynku, po lewej stronie ulicy prowadzącej z Orzesza do Jaśkowic. Po drugiej stronie drogi stały zabudowania mieszkalne, wśród nich dom Ignacego Tlatlika Na wysokości tego domu las nagle się urywał, przechodząc w szeroką na około 40 m, podmokłą polanę, sięgającą głęboko w las. Środek tej polany znajdował się wówczas trzy do czterech metrów poniżej jej brzegów, tworząc zaklęśnięcie. W to właśnie zagłębienie wprowadzono pierwszą prze¬znaczoną do egzekucji grupę, liczącą około 15 osób.

Eskortujący ją freikorzyści (świadkowie wyjątkowo zgodnie podają, że na miejscu nie było żołnierzy regularnych jednostek) ustawili się na okalających polanę wzniesieniach. Według informacji zebranych jeszcze w 1945 r. dowodzić miał nimi „leutnant SA" o nazwisku Adamek, jedyny uzbrojony nie w karabin, ale w pistolet maszynowy. Druga grupa, czyli kilka pozostałych osób, oczekiwała obok domu Tlatlika na swoją kolej, leżąc twarzami do ziemi.

Śmierć w lesie

Gdy pierwsza grupa „skazanych" weszła około 200 m w głąb lasu, freikorzyści otworzyli do niej z obu stron chaotyczny ogień, prowadzony z odległości około piętnastu metrów. Strzelano zarówno do stojących czy idących, jak i do leżących już na ziemi.
Jak później zeznał ocalały z egzekucji Franciszek Gruber, „jeszcze nim odszedłem widziałem padających ludzi, lecące w górę części głowy i ubrania wskutek strzałów. Eskorta ta strzelała bez żadnego planu, bez celowania, zupełnie bezplanowo, strzelając nawet do już leżących na ziemi". Bez wątpienia tak samo wyglądała egzekucja drugiej grupy. Następnie, jak dowodzą protokoły ekshumacji, żyjące jeszcze najpewniej ofiary dobijano ciosami kolb karabinów. Podczas tej egzekucji zamordowano łącznie 23 mieszkańców Orzesza.

Nadmienić trzeba jeszcze, że wobec skazanych nie prze-prowadzono jakiejkolwiek procedury mającej choćby pozory postępowania sądowego, nawet doraźnego. Co więcej, w latach okupacji usiłowano nawet stworzyć wrażenie, jakoby rozstrzelani byli folksdojczami zabitymi przez Polaków; z tego też powodu rodzinom pomordowanych wypłacano nawet stosowne renty.

Dalsze egzekucje

Należy też zaznaczyć, że prócz tego mordu dokonano na terenie Orzesza jeszcze innych, pojedynczych egzekucji, również przy współudziale Freikorpsu. I tak w lesie za tamtejszym prewentorium przeciwgruźliczym zastrzelono, a następnie pochowano miejscowego leśniczego Zygfryda Buchalika (syna zamordowanego na Pasternioku Józefa Buchalika); powodem miało być to, że nie zdążył on w porę oddać służbowej broni palnej.

W pobliskich miejscowościach, wchodzących dziś w skład Orzesza, także zginęło w podobnych okolicznościach kilka osób.
W piśmie wrocławskiej Abwehrstelle, skierowanym 7 września 1939 roku do berlińskiego Abteilung II, czytamy m.in.: „Standartenführer Ramdohr, członek K-Organisation, melduje poprzez [agenta - G.B.] VC1219, że w Orzeszu wszystko jest w porządku i również zadanie wykonane zostało bez zarzutu [der Einsatz tadellos geklappt habe]". Freikorps miał opuścić Orzesze dopiero 10 września.

Grzegorz Bębnik

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.