Robert Krasowski

Mali politycy na wielkich tronach

Mali politycy na wielkich tronach Fot. Robert Kwiatek / archiwum
Robert Krasowski

Marian Krzaklewski miał wyjątkowo wąskie horyzonty. Z kolei „jego” premier Jerzy Buzek to człowiek prawy, ale pozbawiony talentu politycznego. Nie mogło im się udać

Nigdy wcześniej w historii III RP polityk tak mały nie znaczył tak dużo. Z tego punktu widzenia kariera Mariana Krzaklewskiego jest ciekawsza niż Wałęsy czy Kwaśniewskiego. Bo nie znajdziemy w niej ani grama wybitności. Nawet cienia skrzydeł. Jedynie mozół powolnego pięcia się do góry. Cała jego droga do sukcesu była pełzaniem. Ciułaniem kolejnych atutów. Sprawa nie byłaby warta opisu, gdyby nie to, że władza zdobyta z takim polotem sprawowana była potem z polotem podobnym.

Jego kariera zrodziła się z przypadku. Gdy Wałęsa został prezydentem, Solidarność musiała sobie poszukać nowego szefa jednak za dużo było wielkich liderów - do walki stanęli Lech Kaczyński, Bogdan Borusewicz i Jan Rulewski. Powstał pat, więc sięgnięto po postać z drugiego szeregu. Padło na Krzaklewskiego, szefa regionu śląskiego, najbardziej bezbarwną postać z całej związkowej elity. Został przewodniczącym Solidarności, bo on jeden nie naruszał niczyich ambicji.

Był typem działacza, a nie lidera. Pracowity, zagrzebany w codzienne detale, pozbawiony wszelkiej charyzmy. Mówił źle, bez tezy, bez puenty, technokratycznym, inżynierskim żargonem. Nie potrafił przekonać słuchaczy. On ich zamęczał i zanudzał. Zostawszy szefem, nie rozwinął się, nie było takiej potrzeby, związkowcom taki lider w pełni wystarczał. Co ciekawe, w związku Krzaklewski zbudował sobie pozycję silniejszą, niż miał Wałęsa. Ale zrobił to w swoim stylu. Wymęczył to. Jeździł po kraju i zjednywał sobie każdego działacza. Nawet gdy AWS sięgnął po władzę, Krzaklewski pilnował każdej komisji zakładowej. Dbał, dzwonił, interweniował, pomagał. Związkowcy byli armią Krzaklewskiego. A że generał nie budził posłuchu, więc musiał przekupić każdego żołnierza.

Miał wąskie horyzonty. Świetnie rozumiał sprawy związkowe, ale nic więcej. Jeśli chodzi o poglądy polityczne, był typem prowincjonalnego prawicowca. Bronił Kościoła, ale językiem nie inteligenta, lecz zakrystii. Językiem Radia Maryja. Przez wszystkie przypadki odmieniał pojęcie „lewica laicka”, zawsze ze zgrozą i wstrętem. Bał się wpływów masonerii i trockistowskiej lewicy. Popierał zakaz aborcji nawet w przypadku gwałtu. Nie był jednak fanatykiem, zgodnie pracował z ludźmi o zupełnie odmiennych poglądach. W swojej ideowości był raczej poczciwy niż groźny. Raczej pryncypialny w słowach niż misjonarski w czynach.

No i sprawa ostatnia. Nieco delikatna, ale dla zrozumienia tej natury podstawowa. Otóż Krzaklewski był figurą śmieszną. Niby wszystko w nim było normalne, nie chodził jak Chaplin, nie miał tików, nie robił dziwnych min. A jednak... Naturalne cechy polityków - próżność, ambicja, zarozumialstwo - u niego ujawniały się w wersji komicznej. Na przykład bardzo dbał o swój wygląd, jak mówił Lech Kaczyński: „Lubił być piękny”. Twardo pilnował, aby jego waga nie przekroczyła 75 kilogramów, przed każdym występem w telewizji szedł do fryzjera, starannie dobierał koszule, krawaty. Ktoś powie: normalne. Owszem, gdyby nie to, że się z tym zdradzał. W kółko przeglądał się w lustrze, zadzierał śmiesznie brodę do góry, publicznie dowodził, że jest bardziej przystojny od Kwaśniewskiego.

W Krzaklewskim szybko się zbudziły polityczne ambicje. Już w 1995 roku zastanawiał się nad startem w wyborach prezydenckich. Zaczął się udzielać, spotykać, w Konwencie Świętej Katarzyny chciał odegrać kluczową rolę. Ale w polityce niezbyt sobie radził. Nie wiedział jeszcze, co mówić, jak się zachować.

W 1993 roku w czasie fali strajków zażądał spotkania z premier Suchocką. Przyjęła go razem z Rokitą. Krzaklewski chciał się zachować dumnie. Długo mówił, ze wzburzeniem, nie dopuszczając premier do głosu. Gdy skończył, szybko wyszedł. Rozbawiona Suchocka zwróciła się do Rokity: „Słuchaj, a o czym on mówił?”. I tak było za każdym razem. Nie znaczy to, że był politycznym ignorantem, miał sporo zdrowego rozsądku, ale brakowało mu stylu. Powagi. Komizm Krzaklewskiego rodził się z kontrastu między skalą jego ambicji a skalą jego osoby.

Takiemu człowiekowi przyszło jednoczyć prawicę. Słabą, skłóconą, podzieloną na kilkadziesiąt partii, skompromitowaną Konwentem Świętej Katarzyny. Dla liderów tych partii był nikim. Intelektualnie, osobowościowo i biograficznie. Jednak Kaczyński, Niesiołowski, Hall czy Rokita nie mogli patrzeć na niego z góry. Bo Krzaklewski miał związek. Jedyną dużą strukturę po prawej stronie. Jedyną tratwę, na której można było dopłynąć do wyborczego sukcesu. Więc powoli zaczęli na tę tratwę wchodzić. Nie dlatego, że zaakceptowali Krzaklewskiego, ale ponieważ śmierć zajrzała im w oczy. Powstanie Akcji Wyborczej Solidarność było owocem prawicowej desperacji.

Krzaklewski stał się prawicowym monarchą. Nie przez swój format polityczny, lecz przez kapitał osobisty. Miał związek, miał machinę wyborczą, podyktował więc swoje warunki. Zbudował AWS jako spółkę akcyjną, w której każdy podmiot dostał udziały stosownie do swojego znaczenia. Solidarności przypadło 50 procent udziałów, czyli pełnia władzy. Krzaklewski podejmował wszystkie polityczne decyzje. On także ustalił listy wyborcze, co sprawiło, że większość miejsc dostali związkowcy. Prawicowi liderzy patrzyli na to z rosnącą irytacją, ale zaciskali zęby i schlebiali Krzaklewskiemu. Byli tak słabi, że pochlebstwo stało się jedynym narzędziem w walce o własną pozycję. Na zebraniach prezydium AWS licytowano się w hołdach. Mówiono: „Wodzu, prowadź” i „Marian, jesteś wielki”. Krzaklewski swoją pozycję celebrował ze związkową klasą. Jarosław Kaczyński opowiadał: „Nie jestem wybredny, ale miałem dość spotkań prezydium, gdzie wszyscy są głodni, a je tylko... Krzaklewski, który zagarniał kanapki”.

Jednak sam Kaczyński nie był bez winy. On też rozpieszczał Krzaklewskiego. Sławne było jego wezwanie: „Marian, weź w Akcji władzę dyktatorską!”. Sławne też było przemówienie, w którym porównał Krzaklewskiego do Stefana Batorego. Krzaklewski stanął przed wielką szansą, do tej pory zmorą obozu solidarnościowego była anarchia, zwłaszcza zmorą prawicy. Wielość partii i wielość liderów toczących z sobą nieprzerwane wojny. I teraz ci wszyscy liderzy znaleźli się w jednej formacji. Cisi, pokorni, gotowi wypełnić każde polecenie.

W 1997 roku Krzaklewski zyskał pozycję, o jaką potem - Tusk w Platformie czy Kaczyński w PiS-ie - bić się będą latami. Na starcie został potężnym liderem. I to bez walki. Bo to nie on nagiął karki kłótliwym liderom, lecz ich kolejne porażki. Krzaklewski zaś spił całą śmietankę. Przejął od partii cały prawicowy elektorat, nie dając im w zamian ani grama władzy nad AWS, jedynie fikcyjne udziały. Krzaklewski w 1997 roku miał komfort pełnej kontroli nad własną formacją. Bez silnych rywali. W dzień po zwycięskich wyborach partyjni liderzy budzili się w sytuacji, w której większość klubu AWS stanowili związkowcy, czyli wierna gwardia Krzaklewskiego. Cała dotychczasowa elita polityczna prawicy została spacyfikowana. Na decyzje AWS dawni liderzy prawicy nie mieli już wpływu. Żaden przywódca solidarnościowej formacji nie był wcześniej tak silny jak
Krzaklewski. Żadnego polityka w III RP los nie faworyzował tak bardzo jak jego. Dwa razy bez walki dostał coś, czego własnymi siłami nigdy by zdobyć nie potrafił.

Równolegle prężności nabywało drugie skrzydło solidarnościowego obozu, czyli Unia Wolności. Formacja, w której anarchia, choć bardziej ukryta, była nie mniej niszcząca. Połączenie z liberałami wzmocniło partię, jednak nie dało jej większej spójności. Zwłaszcza że konflikt między Geremkiem a Mazowieckim sięgnął zenitu. Przestali się tolerować. Blokowali wszystkie swoje decyzje. Posiedzenia prezydium Unii kończyły się awanturami.

Do tego doszły ambicje Kuronia, Rokity, Frasyniuka, a także liberałów. Ambicje toksyczne, które sparaliżowały partię i zniszczyły dawne przyjaźnie. Sam Mazowiecki przyznał, że kierownictwo Unii Wolności to „gniazdo os”. W takiej atmosferze zrodził się pomysł zmiany szefa partii. Odsunięcia Mazowieckiego i zastąpienia go Balcerowiczem, postacią przychodzącą spoza unijnych waśni. Balcerowicz ofertę przyjął. Jednak emocje w Unii były już zbyt silne, aby sprawę miękko przeprowadzić.

Mazowiecki odmówił ustąpienia, odbyły się wybory, w których Balcerowicz i Mazowiecki, dwie ikony pierwszego rządu III RP, stanęli naprzeciw siebie. Mazowiecki przegrał, a wraz z nim przegrała cała dotychczasowa Unia, bo od pierwszego dnia nowy szef zmienił partię nie do poznania. Skończyły się długie narady. Balcerowicz zaczął rządzić Unią tak, jak się rządzi każdą inną partią. Wydawał jej polecenia i rozliczał z ich wykonania. Balcerowicz zamieniał Unię w drużynę. Kończyła się epoka, w której Kuroń uprawiał swoją politykę, Geremek swoją, a Rokita swoją. Jednych Balcerowicz marginalizował, drugich ignorował, trzecich wyrzucał.

W partii podniósł się lament, że to styl menedżerski, technokratyczny, że Balcerowicz nie rozumie reguł rządzenia partią. Ale to nie była prawda. To nie Balcerowicz był kosmitą, to Unia była nie z tej planety. To sprawiło, że w 1997 roku obóz solidarnościowy był w niezłej formie. Zorganizowany w dwie wielkie formacje. Mający dwóch silnych liderów. I poczuwający się do wspólnoty losu. Bo choć solidarnościowa opinia publiczna żyła jeszcze dawnymi podziałami, to solidarnościowi politycy wiedzieli już, że chcą rządzić razem. Gdy w noc wyborczą Oleksy zaproponował Unii koalicję z Sojuszem, nikt oferty nie potraktował poważnie. I Krzaklewski, i Balcerowicz wiedzieli, że są skazani na siebie. Obaj równie mocno nie znosili SLD. Choć z innych powodów. Krzaklewski za przeszłość, Balcerowicz za teraźniejszość, za spowolnienie reform.

AWS zebrał 34 procent głosów. Unia 13 procent. Razem dało to 261 mandatów. Solidarność wracała do władzy. Bardzo symbolicznie, bo znowu zjednoczona.

Nigdy negocjacje nad utworzeniem rządu nie wlokły się tak długo. Za sprawą Krzaklewskiego, który odmówił objęcia funkcji premiera. Unia zaprotestowała, taki ruch osłabiał rząd, premier zamiast liderem swojego politycznego zaplecza stawał się jego zakładnikiem. Balcerowicz zażądał, aby przywódcy koalicji znaleźli się w centrum rządu, aby Krzaklewski został premierem, on sam zaś wicepremierem. Wsparł go prezydent, jednak Krzaklewski twardo odmawiał. Raz za razem. Nie był to lęk przed władzą, Krzaklewski bał się czego innego, utraty kontroli nad związkiem. Wiedział, że będąc premierem, musiałby oddać związek w inne ręce. Co oznaczało, że nowy lider Solidarności będzie mógł zrobić to samo, co on zrobił rządowi Suchockiej. Doprowadzić do jego upadku.

Związek traktował Krzaklewski jako klucz do wszystkich sukcesów. Jako swój osobisty kapitał, swój oręż, swój immunitet, z którego może zrezygnować tylko w jednym wypadku. Gdyby został prezydentem. Premierostwo było dla niego zbyt małe, kroczył szlakiem Jaruzelskiego, Wałęsy i Kwaśniewskiego. Uważał, że skoro najważniejsze figury sięgały po prezydenturę, on również nie wyciągnie ręki po nic innego. To dziwne, ale dopiero w 2010 roku polska polityka zrozumie, że realną władzę ma premier, prezydent zaś, o ile się nie rozpycha, dzierży jedynie insygnia. Jednak aby dokonać tego odkrycia, Tusk musiał rządzić ponad dwa lata. Musiał zasmakować realnej władzy, aby zrozumieć iluzję prezydenckich ambicji.

Po odmowie Krzaklewskiego zaczął się długi spektakl. Bo szef Akcji naciskał, aby również Balcerowicz nie wchodził do rządu. Forsował pomysł „rządu bez indywidualności”,ministrów ekspertów wypełniających wolę partyjnych liderów. Unia pomysł wyśmiała, jednak Krzaklewski nie żartował i pomysł powoli wymuszał. W typowym dla niego stylu, zamęczając przeciwnika, przewlekając rozmowy. Nie mógł unitom wybrać ministrów, ale brak indywidualności po stronie Akcji zależał już tylko od niego. Najpierw zablokował ministerialne ambicje doświadczonych polityków, później zaczął oswajać Unię z tym, że premierem zostanie nikomu nieznany profesor z Gliwic. Oswajanie wyglądało tak, że Krzaklewski po prostu czekał. Mijały dni, mijały tygodnie, trwały negocjacje programowe, unici bezustannie dopytywali, kto będzie premierem. A Krzaklewski milczał. Kiedy już wszyscy byli zmęczeni i zawstydzeni przedłużającym się brakiem rządu, Krzaklewski zaatakował. Zaproponował dwie postaci. Złą i jeszcze gorszą. Jeszcze gorszą był nie-znany profesor, związany wcześniej z radykalną Solidarnością Walczącą. Złą był Jerzy Buzek. Balcerowicz i Kwaśniewski zareagowali zdumieniem. Ale minęło kilka kolejnych dni, rządu nadal nie było. To, co z początku było ekscentryczne, z czasem stawało się akceptowalne.

Wtedy Krzaklewski zorganizował w Akcji sławne wybory premiera. Zebrał klub AWS, zaprosił obu kandydatów, a po ich wystąpieniach wyciągnął spod stołu pudełko po butach. I zaproponował głosowanie. Posłowie wrzucali karteczki do pudełka, które potem Krzaklewski wziął z sobą, nikomu nie pokazując zawartości. Jaki był wynik głosowania, do dziś nie wiadomo. W każdym razie Krzaklewski ogłosił, że premierem będzie Jerzy Buzek. Balcerowicz spotkał się z kandydatem, potem przyjął go prezydent. Obaj byli mile zaskoczeni, profesor był bardzo sympatyczny, skromny, uprzejmy. Okazało się, że jest głównym ekspertem ekonomicznym AWS, bardzo umiarkowanym w poglądach, otwartym na racje rozmówcy. Więc został zaakceptowany. Wymęczona długim patem polska polityka zgodziła się na to, aby premierem został całkowity polityczny amator.

Krzaklewski ugrał to, co od początku planował. Mówiono powszechnie, że mianował kolegę premierem, ale to nie było tak. Nie byli bliskimi kolegami. Owszem, znali się od dwudziestu lat, działali wspólnie w Solidarności, ale nie to było najważniejsze. Istotne było to, że Krzaklewski zorientował się, że Buzek jest ulepiony z niezwykłej gliny. Był staroświeckim inteligentem. Bezinteresownym, romantycznym, prosto z kart Żeromskiego. Mieszkającym w bloku w Gliwicach, w trzypokojowym mieszkaniu. Był naturą, która w wielkiej polityce nie pojawia się nigdy, bo nie potrafi zrobić kariery. Buzek był niezdolny do intrygi, do nielojalności, do gry łokciami. A był niezdolny dlatego, że był pozbawiony osobistych ambicji. Nie miał tego, co napędza polityków do brutalności, do ataku, do rywalizacji. Z punktu widzenia obiegowych wyobrażeń o polityce był ideałem. Z punktu widzenia egoistycznych potrzeb Krzaklewskiego również, bo dawał mu gwarancję lojalności. Jak przyszłość pokaże, Krzaklewski znał się na ludziach. Obojętność Buzka na pokusy, jakie rodzi polityka, nie miała precedensu.

Ale dopowiedzmy od razu obserwację, która stanie się oczywista, gdy się przetoczy cała kadencja. Owa „doskonałość” Buzka okazała się jego największym defektem. Bo polityk pozbawiony ambicji i próżności, polityk lojalny i bezinteresowny jest istotą niezdolną do życia. Jest lwem bez zębów, jest orłem bez skrzydeł. Bo to, co w polityce wielkie, rodzi się z tego, co w człowieku jest małe. I na odwrót. Natury zbyt szlachetne potykają się o własną cnotę jak o zbyt długie sznurowadła. Machiavelli miał rację. W politycznej kuchni wszystko działa na odwrót.

Fragment książki Roberta Krasowskiego „Czas gniewu”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Czerwone i Czarne.

Robert Krasowski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.