Adam Tubilewicz

Morderca, który wychodzi na wolność

Ostatnie 25 lat Mariusz Trynkiewicz spędził w Zakładzie Karnym na Załężu na Podkarpaciu. Fot. Archiwum Ostatnie 25 lat Mariusz Trynkiewicz spędził w Zakładzie Karnym na Załężu na Podkarpaciu.
Adam Tubilewicz

Mariusz Trynkiewicz, seryjny morderca z Piotrkowa wychodzi wkrótce na wolność. Popełnione przez niego zbrodnie, wywołały ponad 20 lat temu szok

Nazwiska Henryka Morusia i Mariusz Trynkiewicza regularnie pojawiają się na czołówkach gazet, choć od ich zbrodni minęło już przeszło dwadzieścia lat. Amnestia z 1989 roku zamieniła im wyroki śmierci na kary długoletniego pozbawienia wolności. W 2014 obaj zbrodniarze mogliby więc opuścić więzienie. Mogliby, bo taką szansę będzie miał tylko Trynkiewicz. Henryk Moruś zmarł 18 sierpnia 2013 r. w Zakładzie Karnym w Czarnem.

12-letni Artur tracił powoli zainteresowanie kolorowymi mieczykami leniwie pływającymi w trzystulitrowym akwarium. Wraz z kolegą z klasy, Krzyśkiem i rok młodszym Tomkiem spotkali Trynkiewicza na kąpielisku. Artur pamiętał, że zanim do nich podszedł, sympatyczny pan z wąsem długo przyglądał im się stojąc pod drzewem, przy ogrodzeniu. Powiedział nawet o tym Krzyśkowi, ale ten tylko machnął ręką kładąc się na pożyczonym bez zgody mamy ręczniku z wizerunkiem półnagiej modelki.

Pan Mariusz okazał się całkiem miły. Oprócz akwarium mówił także o niesamowitej strzelbie, którą trzyma w domu. Uważnie obserwował jak oczy chłopców zaświeciły się z wrażenia, gdy opisywał jak można nią ustrzelić lecącego ptaka z odległości kilkuset metrów. Zaproszenia do wypróbowania wiatrówki nie trzeba było im dwa razy powtarzać…

Krzysiek z Tomkiem powoli wstali z kanapy i weszli do przedpokoju, gdzie Artur założył już obydwa sandałki. - A gdzie Wam się tak spieszy? - Głos pana Mariusza był jakiś inny. Nie tak miły jak wtedy, gdy z dumą pokazywał chłopakom jak należy ustawić muszkę i szczerbinkę. - Widzieliście kiedyś jak wygląda znaczek pocztowy z Nowej Zelandii? - Pan Mariusz wychylił się zza futryny. Jedną rękę trzymał za plecami.

Na początku sierpnia 1988 roku w lesie pod Piotrkowem Trybunalskim jeden z grzybiarzy odnalazł zwęglone zwłoki Artura Krawczyńskiego, Tomasz Łojka i Krzysztofa Kaczmarka. W toku śledztwa ustalono, że Trynkiewicz wpadł w amok i na oślep zadawał ciosy chłopcom. Milicjantom zeznał, że, gdy jeden z nich chciał wyjść, poczuł niepokój i nie pamięta, co działo się potem.

Kolejne ustalenia śledczych nie wskazywały jednak, że zabójca miał jakiekolwiek skrupuły. Trynkiewicz zawinął ciała trzech chłopców w zasłony, a następnie zapakował w foliowe worki. Potem spokojnie poszedł do mieszkających w sąsiednim bloku rodziców na obiad. Po powrocie zniósł worki do piwnicy, gdzie polewał je chemikaliami, by zapach nie zwabił sąsiadów. Po kilku dniach, pod osłoną nocy wywiózł zwłoki do lasu samochodem ojca. Tam ułożył je w trójkąt i podpalił. Odnalazł je dopiero przypadkowy grzybiarz. To właśnie on stał się pierwszym podejrzanym.

Sprawa wyszła na światło dzienne i wzbudziła niemałą panikę nie tylko w ówczesnym województwie piotrkowskim. Jak zwykle w tego typu przypadkach, organy ścigania zmagały się z ogromną presją społeczną i medialną, by jak najszybciej złapać sprawcę. W takich sytuacjach nierzadko dochodzi do fatalnych pomyłek. Jak się okazało, śledczym umknęła notatka sporządzona przez Jerzego Szymańskiego, chorążego milicji z pobliskiego Sulejowa.

Według niej, latem 1987 roku zatrzymano Mariusza Trynkiewicza, nauczyciela wychowania fizycznego z Piotrkowa. Zarzucono mu "czyny o podłożu seksualnym z udziałem nieletnich."Okazało się, że 26-letni wówczas sprawca już podczas służby wojskowej zapisał swoją kartotekę przestępstwami o charakterze pedofilskim. Został nawet za nie skazany i to dwukrotnie (pierwszy wyrok w zawieszeniu, drugi na 1,5 roku pozbawienia wolności). Trzech chłopców z Piotrkowa zabił znajdując się na przepustce z więzienia, o którą wystąpił z powodu choroby matki.

Dzięki dokładnej notatce chorążego z Sulejowa milicjanci szybko dotarli do Trynkiewicza. Ten z początku nie przyznawał się do winy, ale pogrążył go jeden szczegół. Zasłony, w które zawinął ciała chłopców miały wyszyte inicjały MT. Takie same znajdowały się w jego mieszkaniu. Oprócz tego policjanci ujawnili tam liczne ślady krwi oraz zegarek należący do jednego z chłopców.

Gdy stało się jasne, że podejrzany nie uniknie odpowiedzialności, przeprowadzono gruntowne badania psychiatryczne. W raportach lekarze podkreślali, że Trynkiewicz cechował się wysokim ilorazem inteligencji. Badający go Zbigniew Lew-Starowicz wskazał na cechy algolagnii - tendencji do sadystycznego zadawania bólu psychicznego i fizycznego, a także biseksualizm.Nie stwierdzono jednak ograniczonej poczytalności ani choroby psychicznej.

W toku śledztwa wyszło na jaw, że Trynkiewicz na miesiąc przed potrójnym morderstwem zgwałcił, udusił i zakopał w lesie 13-letniego Wojciecha Pryczka. Morderca bardzo starannie wybierał swoje ofiary. Na początku zapraszał do siebie chłopców "na próbę", a gdy ci nie mówili o wizycie u nieznajomego rodzicom zachęcał ich do powtórzenia wizyty. Pretekst był zawsze ten sam. Jako dyplomowany instruktor Ligi Obrony Kraju proponował naukę strzelania z wiatrówki.

Proces "Szatana z Piotrkowa" był wielkim wydarzeniem w liczącym osiemdziesiąt tysięcy mieszkańców Piotrkowie. Wzmocnione siły milicji ochraniały zarówno wizję lokalną na miejscu znalezienia zwłok, jak i budynek sądu, gdzie 29 września 1989 r. po ośmiu dniach procesu zapadł wyrok - poczwórna kara śmierci. Na sali sądowej Trynkiewicz zachowywał się spokojnie. Przyznał się do zarzutów, ale na pytanie sędziego, czy po wyjściu na wolność będzie nadal zabijał odpowiedział twierdząco.

Rodziny ofiar nie usłyszały też z jego ust żadnych przeprosin ani wyrazów skruchy, choć w złożonym oświadczeniu napisał, że sam "nie ma pewności czy powinien wrócić do społeczeństwa".Skazany trafił do łódzkiego aresztu. Od 1988 roku obowiązywało jednak tzw. faktyczne moratorium na wykonywanie kary śmierci. Sędziowie skazywali przestępców na karę główną, a Sąd Najwyższy zamieniał te wyroki na karę 25 lat pozbawienia wolności albo stosował prawo łaski. Karę dożywocia wprowadzono bowiem dopiero w 1997 roku.
- W tamtym stanie prawnym, pod rządami kodeksu karnego z 1969 roku nic więcej nie można było zrobić - ocenia dr Aldona Nawój-Śleszyński z Katedry Zakładu Nauki o Karze i Środkach Penalnych Uniwersytetu Łódzkiego. - Rozwiązaniem mogłoby być wprowadzanie kary dożywotniego pozbawienia wolności albo przyjęcie takiej regulacji jaka jest w obecnym kodeksie karnym (umieszczenie sprawcy w zakładzie zamkniętym - przyp. red.) Tego jednak nie uczyniono.

W areszcie śledczym w Łodzi obawiano się Trynkiewicza z dwóch powodów. Po pierwsze, istniała realna groźba samosądu. Nie jest tajemnicą, że skazani za przestępstwa o podłożu pedofilskim znajdują się najniżej w więziennej hierarchii. Z drugiej strony należało uniknąć sytuacji, w której skazany mógłby popełnić samobójstwo. Dlatego też starannie dobrano mu współtowarzyszy w celi.

Przekupieni za przydziały papierosów i kawy wprowadzili surową dyscyplinę dla skazańca. Bez ich zgody nie mógł on nawet podejść do okna czy przełożyć poduszki na drugą stronę łóżka. Przez całą dobę w celi paliło się światło.Sam Trynkiewicz nie chciał kusić losu i nie wychodził na spacerniak.

W 2014 roku Mariusz Trynkiewicz kończy 52 lata. Połowę swojego życia spędził za kratami, z czego większość w Zakładzie Karnym w Strzelcach Opolskich. Czterokrotny morderca nieoczekiwanie odkrył w sobie duszę artysty. Pisał wiersze, które wysyłał do licznych redakcji. Malował też obrazy. Na jego rysunkach przeważał jeden motyw: nagie sylwetki dzieci, sami chłopcy.

Niejako przygotowując się do życia na wolności wnioskował o zmianę nazwiska na Komornicki - takie przed ślubem nosiła jego matka. Prośbę odrzucono. Nie zgadzano się także na jakiekolwiek przerwy w odbywaniu kary. Ponadto, w 2012 roku zabójcę skierowano na przymusową, roczną terapię psychologiczną do Zakładu Karnego Rzeszów-Załęże.

Nie wiadomo jaka jest obecna kondycja psychiczna skazańca. Psycholodzy, którzy badali go na początku lat 90. nie mają jednak wątpliwości, że po wyjściu z więzienia Trynkiewicz znowu zacznie zabijać. Z myślą o Trynkiewiczu i Leszku Pękalskim, którego wyrok 25 lat pozbawienia wolności zakończy się w 2017 roku, 23 października 2013 roku Sejm uchwalił Ustawę o postępowaniu wobec osób z zaburzeniami psychicznymi stwarzającymi zagrożenie życia, zdrowia lub wolności seksualnej innych osób.

Ma ona pozwolić na kierowanie na bezterminowe, przymusowe leczenie do specjalnego ośrodka osoby odbywające karę pozbawienia wolności, u których stwierdzono zaburzenia psychiczne. Stosowanie tzw. kastracji chemicznej w trybie nowelizacji kodeksu karnego z 2010 roku jest bowiem możliwe tylko wobec przestępców, którzy popełnili swoje czyny już po jej wejściu w życie.

Zgodnie z nową specustawą można będzie poddać Trynkiewicza bezterminowej, przymusowej izolacji. Procedura może jednak ulec wydłużeniu, gdy skazany odwoła się od decyzji. Jest to prawdopodobne, gdyż przez 25 lat Trynkiewicz dobrze poznał przysługujące więźniowi prawa. W 2012 roku złożył zażalenie na decyzję o skierowaniu go na przymusową terapię do Rzeszowa.

...

Także w Piotrkowie zabijał Henryk Moruś. Urodził się w 1943 roku. W szkole kilkakrotnie powtarzał klasy. W końcu udało mu się jednak zdobyć murarski fach. Wcześnie, bo w wieku 20 lat, ożenił się. Miał trzech synów. Trudna sytuacja materialna rodziny miała popchnąć go na kryminalną ścieżkę. Tak przynajmniej wynikało z jego zeznań. O zbrodniach Morusia Polska usłyszała w 1992 roku, chociaż po raz pierwszy zabił sześć lat wcześniej. 22 marca 1986 r. w podsulejowskim Włodzimierzowie jego ofiarą padła Teresa Grabowska.

Po pierwszym zabójstwie Moruś uaktywnił się dopiero w 1992 roku. 14 stycznia wszedł do sklepu "1001 drobiazgów" w Piotrkowie Trybunalskim i zastrzelił sprzedawczynię, 60-letnią Danutę Krawczyk. Z kasy zrabował ponad 500 tysięcy starych złotych. 17 stycznia był już w Koluszkach, gdzie zastrzelił Andrzeja Kłosińskiego, właściciela lokalnego kantoru, po czym zabrał mu 1,5 miliona złotych utargu.

Po kilkumiesięcznym okresie wyciszenia Moruś powrócił do zabijania w nocy z 11 na 12 czerwca. Przez piwnicę dostał się do domu jednorodzinnego w Sulejowie, po czym zabił Mieczysławę i Zdzisława Beśków. Kobieta była w trzecim miesiącu ciąży. Po raz kolejny uderzył 24 czerwca w Ciechominie, także w województwie piotrkowskim. Tym razem jego ofiarą padł emeryt, Józef Jęcek. Dwa dni później w Adamowie zamordował handlującego cementem Jarosława Kszczota.

Henryk Moruś wpadł niedługo potem przy zwykłej kradzieży. Wszystkie napady miało tło rabunkowe. Za każdym razem zabójca używał tej samej broni, na którą nie miał pozwolenia. Był to karabin sportowy Brno ZKM 469, kaliber 5,6 milimetra.

Początkowo Moruś przyznał się do wszystkich siedmiu morderstw. Pod koniec postępowania przygotowawczego odwołał jednak wszystkie zeznania oświadczając, że jest niewinny. Podczas procesu nie odezwał się ani jednym słowem. Na jednej z rozpraw rozebrał się do naga wywołując zawał serca u prowadzącego sprawę sędziego. Podobnie jak w przypadku Trynkiewicza, biegli psychiatrzy uznali go za poczytalnego nie stwierdzając symptomów choroby psychicznej. Orzekli jednak nieprawidłowo ukształtowaną osobowość oraz nieufność, a wręcz wrogość do otoczenia.

W 1993 roku Sąd Wojewódzki w Piotrkowie Trybunalskim skazał Morusia na karę śmierci za cztery morderstwa, a za trzy pozostałe zabójstwa oraz kradzież, nielegalny wyrób alkoholu i posiadanie broni bez pozwolenia na karę 25 lat pozbawienia wolności. Był to ostatni wydany na terytorium Polski wyrok śmierci.

Moratorium zakazywało bowiem wykonywania, ale nie orzekania kary śmierci, którą wciąż dopuszczał kodeks karny. Moruś został także dożywotnio pozbawiony praw publicznych. Wyrok utrzymano po apelacji w 1995 roku, ale w związku ze zmianami w kodeksie karnym trzy lata później zamieniono go na dożywocie.

Morusia osadzono w Zakładzie Karnym w Wołowie. Rodzina nie odwiedziła go ani razu. On sam sprawował się na tyle dobrze, że pozwolono mu pracować w więziennej szwalni. Dyrekcja więzienia poparła też wniosek o prezydenckie ułaskawienie, który skazany napisał w 2008 roku do Lecha Kaczyńskiego. Swoją prośbę Moruś motywował przystąpieniem do wspólnoty świadków Jehowy i żalem za popełnione zbrodnie. Wniosek został jednak uchylony przez sąd penitencjarny.

W 2009 roku ze względu na pogarszający się stan zdrowia Morusia przeniesiono do Wrocławia, a 21 kwietnia 2011 roku do Zakładu Karnego w Czarnem na oddział dla przewlekle chorych. Tam pozostał do śmierci. Henryk Moruś zmarł 18 sierpnia 2013 r. w wieku 70 lat. Jako przyczynę zgonu podano miażdżycę i niewydolność serca. Rodzina nie odebrała jego ciała, więc pochowano je na cmentarzu w Człuchowie. Koszty pogrzebu opłacono ze środków znajdujących się na koncie bankowym zmarłego.

ADAM TUBILEWICZ, MM Moje Miasto

Adam Tubilewicz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.