Sprawa Joska Mutzenmachera. Polscy komuniści na widelcu policji i jej prowokatorów

Czytaj dalej
Fot. AAN
Wojciech Rodak

Sprawa Joska Mutzenmachera. Polscy komuniści na widelcu policji i jej prowokatorów

Wojciech Rodak

W latach 30. działalność Komunistycznej Partii Polski została skutecznie sparaliżowana. Wszystko dzięki operacji polskiej policji i intrydze jej agenta Joska Mützenmachera

Działacze Komunistycznej Partii Polski podczas VI zjazdu partii w 1932 r. Z lewej zakreślono twarz Joska Mützenmachera
Archiwum Akt Nowych Józef Mützenmacher znany także jako Mietek Redyko

Rankiem 22 sierpnia 1933 r. patrol stołecznej policji dokonał na Szczęśliwicach makabrycznego odkrycia. W jednej z glinianek znaleziono ciało tajemniczego denata, którego twarz została rozbita na krwawą miazgę. Jeszcze tego samego dnia wszczęto śledztwo w tej sprawie i poinformowano o nim prasę. Nazajutrz stołeczna bulwarówka „Express Poranny” donosiła:

„Nieopodal toru elektrycznej kolejki dojazdowej, w gliniance położonej między przystankiem »Granica Miasta« a stadionem szczęśliwickim, znaleziono pogrążone w wodzie zwłoki mężczyzny, lat około 40, dobrej tuszy, łysego, odzianego w ciemnobrązowy garnitur, przy czym tylna kieszeń była wyrwana, a w jednej bocznej kieszeni znaleziono 5 gazet niemieckich i jedno pisemko w języku żydowskim, wydawane przez organizację bundowską. Twarz denata była zupełnie zmasakrowana i nie do rozpoznania. Sądząc z faktu, iż kieszeń ubrania zamordowanego była rozerwana, można przypuszczać, iż była to zbrodnia na tle rabunkowym. Gazety jednak, znalezione przy zabitym, nasuwają hipotezę, iż tła zbrodni należy poszukiwać w jakiś partyjnych porachunkach”.

Działacze Komunistycznej Partii Polski podczas VI zjazdu partii w 1932 r. Z lewej zakreślono twarz Joska Mützenmachera

Dla przeciętnego czytelnika komunikat ten nie był szczególną sensacją. Podobne doniesienia pojawiały się w prasie codziennie - ot, kolejny człowiek, który znalazł się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie. Jednak była taka grupa ludzi, którą ta wiadomość przyprawiła o palpitację serca. Należeli do niej członkowie centralnych władz Komunistycznej Partii Polski, współpracujący z towarzyszem Mietkiem Redyko. Jego fizyczność i ubiór idealnie pasowały do opisu z gazety. W dodatku ostatnio nie mogli uzyskać z nim kontaktu. Niepokoiło ich to tym bardziej, że przed zniknięciem często wspominał o zdrajcach w partii i depczącej mu po piętach policji politycznej. Gdy nie dawał znaku życia już kolejny tydzień, nie mieli wątpliwości co do tożsamości denata z glinianki i jego morderców. Wydali wewnątrzpartyjny komunikat pt. „Tow. Redyko zamordowany”.

„Mamy tu do czynienia z bestialskim mordem politycznym, który winien poruszyć najszersze masy miast i wsi” - napisano w ulotce. „Mamy do czynienia z mordem, który wskazuje, w jaki sposób i jakimi metodami rząd faszystowski Piłsudskiego walczy z ruchem rewolucyjnym”.

W następnych dniach komunistyczna prasa w całej Europie rozpisywała o śmierci towarzysza Redyko. W Moskwie ku jego czci zorganizowano akademię żałobną. Tamtejsza propaganda nazwała go „niezłomnym bolszewikiem”, który padł ofiarą „zdziczałego wroga”.

Działacze Komunistycznej Partii Polski podczas VI zjazdu partii w 1932 r. Z lewej zakreślono twarz Joska Mützenmachera

Na początku października wnioski komunistów potwierdziły polskie władze. Informowano, że w gliniance znaleziono ciało Joska Mützenmachera, znanego pod partyjnym pseudonimem Mietek Redyko.

Zaraz potem z Mławy do stolicy przyjechał ojciec zamordowanego Szlama Mycenmacher. Chciał odebrać ciało syna, by pochować je zgodnie z żydowskim rytuałem. Niestety nikt nie mógł mu powiedzieć, gdzie się ono znajduje. Prokuratura, policja, koroner, instytucje pogrzebowe - wszyscy odsyłali go z kwitkiem. „Stoję wobec tragicznej zagadki. Gdzie są zwłoko mojego syna?” - pytał zrozpaczony starzec w „Robotniku”. Gdyby tylko znał prawdę…

Tymczasem Josek Mützenmacher, cały i zdrów, śledził następstwa swojej sfingowanej śmierci z kryjówki, w której umieściła go policja. Zrealizował misję wyznaczoną przez komisarza Henryka Kaweckiego. Proces samozniszczenia w KPP został uruchomiony. W pięć lat później tysiące jej członków zginęło w stalinowskich czystkach, a partia ta przestała istnieć. Jak do tego doszło? Oto kulisy najbardziej udanej prowokacji polskiego kontrwywiadu w okresie międzywojennym.

Piąta kolumna

Od początku swoich rządów w Rosji bolszewicy podejmowali wiele działań na rzecz szybkiego eksportu komunizmu na zachód. Jednak po niepowodzeniach ruchów rewolucyjnych w Niemczech (1918 r.), na Węgrzech (1919 r.) i klęsce w wojnie z Polską (1920 r.) Lenin i jego świta musieli zmienić priorytety. Najpierw zajęli się przebudową na marksistowską modłę wyniszczonej bratobójczymi walkami Rosji. Ekspansja rewolucji miała być prowadzona, ale już inną metodą - poprzez tworzenie i wspieranie partii komunistycznych na całym świecie. Organizmem, który koordynował te działania, była utworzona w Moskwie w 1919 r. Międzynarodówka Komunistyczna (Komintern). Oczywiście czynny udział w jej pracach brali także polscy zwolennicy i propagatorzy idei Marksa i Lenina.

Powstała w grudniu 1918 r. Komunistyczna Partia Polski (do 1925 r. działająca jako Komunistyczna Partia Robotnicza Polski) za główny cel programowy stawiała sobie obalenie w drodze rewolucji „burżuazyjnych władz” II Rzeczypospolitej. Następnie, według ich wizji, kraj miał zostać przyłączony, na tych samych zasadach co Białoruska SRR czy Ukraińska SRR, do „ojczyzny proletariatu”. Nic więc dziwnego, że tę partię zdelegalizowano już w 1919 r. Od tamtej pory działała w podziemiu.

W odrodzonej Polsce - gdzie uczucia patriotyczne wciąż były gorące, a wiedza o sowieckim „dobrobycie” rozpowszechniona w społeczeństwie - wersja lewicowego światopoglądu prezentowana przez KPP nie była zanadto popularna. Mimo to organizacja miała w porywach nawet ok. 30 tys. członków (1932 r.), w tym wielu wywodzących się z mniejszości narodowych zamieszkujących II RP. Jej działacze w różny sposób starali się zdestabilizować sytuację w kraju. Organizowali strajki, zamieszki, dokonywali aktów sabotażu, a nawet przeprowadzali zamachy terrorystyczne, jak ten w warszawskiej Cytadeli w 1923 r. Poza tym siatka kompartii stanowiła oparcie dla sowieckich służb specjalnych na terenie Polski. Nie wspominając o tym, że była niewyczerpanym rezerwuarem informatorów i kandydatów na agentów.

Słowem, KPP zagrażała stabilności II Rzeczypospolitej, osłabionej kryzysem gospodarczym i targanej wewnętrznymi sporami. Dlatego też polskie siły bezpieczeństwa starały się rozbić jej struktury. Dopiero po zamachu majowym uczyniono to skutecznie.

Komisarz łgarz

Po przewrocie w 1926 r. piłsudczycy przystąpili do rozprawy z radykalnymi partiami, które według nich zagrażały bezpieczeństwu wewnętrznemu kraju. Na pierwszy ogień poszły komunizujące Niezależna Partia Chłopska i białoruska Hromada. Potem zreformowana policja polityczna zaczęła coraz mocniej infiltrować KPP.

Operacją przeciw czerwonym dowodził Henryk Kawecki. Ów warszawski prawnik i weteran Polskiej Organizacji Wojskowej związany był z resortem od 1921 r. Uważano go za wybitnego specjalistę w swoim fachu. W lutym 1927 r. został naczelnikiem Wydziału Bezpieczeństwa MSW i udowodnił, że opinia o jego zdolnościach nie jest ani na jotę przesadzona.

W latach dwudziestych, oprócz aresztowań i innych represji, polskie służby starały się prowadzić wobec komunistów mniej konwencjonalne działania operacyjno-śledcze. Chodziło o to, by zasiać w ich szeregach zamęt, panikę lub rozpalić bratobójczą walkę. Pierwszorzędną rolę odgrywały w tych działaniach „przypadkowo wypływające” różne spisy rzekomych prowokatorów, rozsiewane plotki i kłamliwe kampanie prasowe. To właśnie Kawecki zintensyfikował tego rodzaju operacje. Zresztą sam spotykał się jawnie z dostojnikami KPP, przekazując im np. nieaktualne lub drugorzędne raporty wywiadowcze czy wskazując swoje niby-wtyki w ich organizacji. Komuniści chętnie z nim rozmawiali, bo - jak zaznaczali - chcieli mieć „orientację w robocie wroga”. Zamiast zyskiwać wiedzę, częściej padali ofiarami manipulacji. Dawali się nabrać Kaweckiemu, a potem ten czy inny w istocie niewinny aktywista wskazany jako szpicel musiał się ukrywać przed swoimi niedawnymi współpracownikami.

Jednak prawdziwym kontrwywiadowczym majstersztykiem naczelnika MSW była prowokacja, której dokonał przy udziale wspomnianego Joska Mützenmachera. Jak to często w życiu bywa, dopomógł mu przypadek.

Czerwony tapicer

Josek Mützenmacher urodził się 18 kwietnia 1903 r. w Mławie. Matka zmarła tuż po jego urodzeniu. Wychowywał go ojciec, ubogi żydowski powroźnik.

W 1918 r. zaczął terminować u tapicera, jednak nie zamierzał wiązać się z tą profesją i całe życie klepać biedę w rodzinnym miasteczku. Jego wyobraźnię rozpalały idee stworzone przez Marksa i Engelsa, a wprowadzane w czyn na wschodzie przez Lenina. Dlatego też Josek zaczął działać najpierw w lokalnym związku zawodowym, a potem, od maja 1920 r., w zakonspirowanej Komunistycznej Partii Robotniczej Polski.

10 sierpnia 1920 r., gdy Armia Czerwona zajęła Mławę, był w ekstazie. Od razu zgłosił się, by służyć rewolucji. Został sekretarzem kolaborującej z bolszewikami Milicji Ludowej. Jedenaście dni później zapewne już gorzko tego żałował. Polska armia wyparła krasnoarmiejców z miasta. Wpadł w ręce żandarmerii polowej. Przez kilka tygodni siedział w więzieniu, czekając na rozstrzelanie. Z nerwów odchodził od zmysłów. Gdy go ułaskawiono i wypuszczono na wolność, był mocno osłabiony. Od tego momentu, jak pisze jego biograf Bogdan Gadomski, prawdopodobnie cierpiał na PTSD.

W 1922 r. Mützenmacher trafił do Moskwy, gdzie rozpoczął studia na Komunistycznym Uniwersytecie Mniejszości Narodowych Zachodu (KUMNZ), który miał kształcić przyszłą elitę rewolucyjną Europy. Tutaj przybrał partyjny pseudonim Mietek Redyko (był to, jak sam potem opowiadał, akronim od słów rewolucja, dyktatura, komunizm).

Podczas studiów wyróżniał się aktywnością polityczną i celującymi ocenami. Zdarzało mu się popadać w taką ideologiczną egzaltację, iż zadziwiał nawet największych bolszewików. „Zdolny, bystry, o skłonnościach ekstremalnych człowiek” - opisywał go kolega z roku Stanisław Radkiewicz, późniejszy szef bezpieki w PRL.

Działacze Komunistycznej Partii Polski podczas VI zjazdu partii w 1932 r. Z lewej zakreślono twarz Joska Mützenmachera
AAN Działacze Komunistycznej Partii Polski podczas VI zjazdu partii w 1932 r. Z lewej zakreślono twarz Joska Mützenmachera

Po ukończeniu kursu na KUMNZ we wrześniu 1924 r. przerzucono go do Warszawy. Tu został sekretarzem KC Związku Młodzieży Komunistycznej, młodzieżówki KPP. Zajmował się głównie agitacją, organizowaniem komórek partyjnych i redagowaniem pism propagandowych. W ciągu następnego roku podobne misje prowadził z polecenia Moskwy na Kresach.

W 1925 r., wracając z podróży do Berlina, wpadł w ręce czeskiej żandarmerii. Osadzono go więzieniu w Czeskiej Ostrawie. Przy niewielkim nacisku (zagrożono mu postawieniem zarzutu szpiegostwa) od razu wyznał Czechom swoją prawdziwą tożsamość i funkcję, jaką pełnił w międzynarodowym ruchu komunistycznym. Po ośmiu miesiącach wyszedł na wolność i trafił do Moskwy.

Latem 1926 r. znów wrócił do Polski z fałszywymi dokumentami na nazwisko Robert Granit. Tutaj poznał niejaką Kazańską, u której zamieszkał jako sublokator na ul. Pawiej 92 w Warszawie. Nie wiedział jednak, że jej mąż Aron jest znanym w półświatku paserem. 5 listopada 1926 r. w mieszkaniu zjawił się policjant, który zamierzał dorwać pana domu. Zamiast niego zastał młodzieńca wyposażonego w stosy komunistycznej bibuły. Aresztował go bez namysłu i przekazał kolegom z policji politycznej. I wtedy, tak jak w Czechosłowacji, u Mützenmachera odezwał się stres posttraumatyczny.

Łowca prowokatorów

W spreparowanym dowodzie osobistym tow. Redyko miał napisane, że pochodzi z Będzina. Niestety śledczy, który go przesłuchiwał, znał to miasto na wylot. Szybko ustalono, że zatrzymany kłamie, a jego dokumenty są trefne. I wtedy natychmiast Mützenmacher wyznał swoją prawdziwą tożsamość. W ciągu następnych miesięcy policji udało się ustalić jego prawdziwy życiorys i całkiem wysoką pozycję, jaką zajmował w ruchu komunistycznym. Gdy w pojedynczej celi Pawiaka oczekiwał na proces, a trwało to dwa lata, co rusz policja polityczna składała mu propozycję współpracy. W końcu, prawdopodobnie gdzieś w 1928 r., ostatecznie się złamał i przystał na warunki podyktowane mu osobiście przez Henryka Kaweckiego. Oprócz pozyskiwania informacji z życia kompartii wyznaczono mu zadanie specjalne. Miał przekonywać towarzyszy partyjnych (najpierw w więzieniu, potem na wolności), że w KPP funkcjonuje wielu prowokatorów i że trzeba podjąć przeciwko nim walkę. Słowem - udając łowcę prowokatorów, miał siać nieufność i wywołać „polowanie na czarownice” wewnątrz sterowanego z Moskwy ruchu.

Mützenmacher rozpoczął swoją misję w czasie odsiadywania wyroku sześciu lat ciężkiego więzienia, który otrzymał za działalność komunistyczną. Przebywając w zakładach karnych w Rawiczu i Wronkach, między „czerwoną bracią”, umiejętnie inicjował rozmowy na temat prowokacji wewnątrz KPP. Trafiały one na nadzwyczaj podatny grunt. Partia była wtedy mocno wewnętrznie zantagonizowana. Bój toczyły ze sobą dwie frakcje. „Większościowcy” chcieli działać w porozumieniu z socjalistami, by razem, „szerokim frontem walczyć z faszyzmem”. „Mniejszościowcy”, z Julianem Leńskim na czele, byli radykalnymi sekciarzami zapatrzonymi w Stalina. Towarzysz Redyko grał sympatyka tych drugich, wskazując tych pierwszych jako prowokatorów.

W lutym 1931 r. Mützenmacher, zapewne po interwencji Kaweckiego, został wypuszczony na wolność - niby ze względu na stan zdrowia pozwolono mu przerwać odbywanie kary. Po opuszczeniu więziennych murów Redyko rzucił się w wir pracy dla partii. Kursował pomiędzy Polską a Sowietami. Powierzano mu ważne funkcje. Został szefem Centralnej Techniki KPP (podziemnych drukarni). Potem, na VI zjeździe partii w 1932 r., został wybrany na zastępcę członka KC. Jednocześnie jeszcze mocniej zaangażował się w powierzoną przez polskie MSW misję. Ciągle rozsiewał pogłoski o setkach prowokatorów w KPP, co w obliczu nasilających się w Polsce wsyp napawało Kreml niepokojem. Szczególnie mocno oddał się „szyciu butów” Alfredowi Lampemu ps. Marek - „mniejszościowcowi” oddanemu partii. Rozpowiadał towarzyszom, że to właśnie ów człowiek stoi za jego aresztowaniem w 1926 r. i jest „policyjnym szpiclem”. W 1932 r. złożył na niego donos do OGPU (poprzedniczki NKWD).

Tym starannie odgrywanym antyprowokatorskim zaangażowaniem Mützenmacher zwrócił na siebie uwagę OGPU. Prawdopodobnie wtedy moskiewskie służby zwerbowały go do współpracy. Zapewne rekrutował go sam Gienrich Jagoda, przyszły pierwszy z katów wielkiej czystki. Sowieci chcieli, by pod przykrywką misji partyjnej w Polsce tropił zdrajców w organizacji, a potem sporządził na ten temat stosowny raport. Redyko przystał na tę propozycję.

Wiosną 1933 r. przybył do Warszawy i objął stanowisko szefa Sekretariatu Krajowego KPP. Od razu skontaktował się z Kaweckim. Ten zdecydował się zakończyć prowokację wedle wcześniej przygotowanego planu.

Najpierw, na podstawie informacji od Mützenmachera, namierzono i rozbito kierownictwo KPP w Polsce. W maju 1933 r. zlikwidowano Centralny Związek Zawodowy KC KPP, wydział Propagandy i Agitacji KC KPP, skład literatury partyjnej Centralnej Techniki KC KPP. Aresztowano przy tym słynnego członka KC KPP Mariana Buczka, późniejszego bohatera PRL. W lipcu zatrzymano 32 komunistów związanych z kluczową podziemną drukarnią. Jednak najważniejszą akcję przeprowadzono 17 sierpnia, kiedy w Warszawie aresztowano niemal wszystkich członków krajowej centrali KPP. W następnych dniach zatrzymywano kluczowych komunistycznych aktywistów także na prowincji. „Aresztowania nie mają mieć charakteru masowego, mają jedynie wywołać zamęt w szeregach komuny” - pisał w instrukcji dla policjantów Kawecki.

Po zadaniu KPP silnego ciosu Mützenmachera należało wycofać z gry tak, by nie wzbudzić podejrzeń co do jego podwójnej roli wśród aktywu KPP, ani w centrali OGPU, ani w Kominternie. W związku z tym Kawecki postanowił upozorować jego śmierć. Całą akcję przeprowadziła w najgłębszej tajemnicy specjalnie wyznaczona grupa funkcjonariuszy. Znaleziono denata, który fizycznie przypominał Redykę z tuszy i wzrostu. Ubrali go w prążkowany garnitur Mützenmachera. Zmasakrowali twarz, by uniemożliwić jego identyfikację. A na koniec podrzucili do jednej ze szczęśliwickich glinianek.

Zaśmiecona KPP

Józef Stalin i politbiuro CK WKP(b) patrzyli podejrzliwie na działania KPP już od 1926 r., gdy część jego działaczy poparło zamach majowy Piłsudskiego. Irytowały ich prowadzone latami walki frakcyjne wewnątrz tej partii. Jednak nasilające się wsypy i masowe aresztowania kluczowych działaczy, szczególnie te z 1933 r., upewniły Stalina, i bez tego niepałającego do Polaków ciepłymi uczuciami, że KPP „jest zaśmiecona szpiegami i prowokatorami”. Maniakalnie podejrzliwy władca Kremla zlecił OGPU/NKWD rozprawę z „niebezpiecznym elementem”. Trwała ona aż do końca wielkiej czystki.

W latach 30. aresztowano setki polskich komunistów mieszkających w Sowietach. Potem wyłapywano działaczy KPP, którzy przebijali się do „ojczyzny proletariatu”, by uniknąć zatrzymania w Polsce. Dla „trójek” NKWD, które wydawały wyroki na podejrzanych o szpiegostwo i sabotaż działaczach polskiej kompartii, brak dowodów winy nie oznaczał niewinności danej osoby. Zeznania fabrykowano. Podpisy pod nimi wymuszano torturami. Większość zatrzymanych szybko skazywano na śmierć i rozstrzeliwano w więzieniu lub w łagrze. W rezultacie stalinowskiej kampanii terroru zamordowano, jak podaje Lucjan Kieszczyński, około 70 proc. najważniejszych działaczy KPP z lat 1918-1936, członków KC i ich zastępców. W tej grupie znaleźli się tacy komunistyczni weterani jak m.in.: Julian Leński, Jerzy Sochacki, Stanisław Mertens czy poeta Bruno Jasieński. Koniec końców, w 1938 r. Kreml uznał KPP za „gniazdo zdrajców” i rozwiązał ją. I tak to II RP pozbyła się niebezpiecznego wroga jego własnymi rękami.

Życie po życiu

Ironią losu jest, że jeszcze kilka lat po wojnie tow. Mietek Redyko, w odróżnieniu od reszty kapepowców, uznawany był za bohatera. Jego życie to materiał na kilka książek sensacyjnych. Po swojej sfingowanej śmierci Josek Mützenmacher nadal współpracował z MSW. Pod nowym nazwiskiem, z nową rodziną, zaczął nowe życie w Bydgoszczy, a potem w Warszawie. Pisał demaskatorskie antykomunistyczne książki (w tym słynną „Historię KPP” jako Jan Alfred Reguła), publikował w katolickich pismach. W toku II wojny światowej też kilkakrotnie zmienił tożsamość. Współpracował wtedy i z gestapo, i z podziemiem. Po wojnie, już jako Jan Roszkowski, wstąpił do PPR. Zmarł nierozpoznany w 1947 r. we Wrocławiu. Zagadkę jego prawdziwej tożsamości rozwiązało dopiero kilka miesięcy później UB.

Henryk Kawecki został doceniony za przechytrzenie komunistów - awansował w MSW na sekretarza stanu, potem był nawet senatorem. W czasie wojny aresztowało go gestapo. Wtedy uratowała mu życie szabla, którą otrzymał przed wojną od samego Heinricha Himmlera. Na jej widok Niemcy wykonali telefon do Berlina. Po konsultacji z szefem puścili go wolno. Zmarł w 1942 r. na serce.

Bibliografia:

Wojciech Rodak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.