Tamten czas, tamte opowieści - pamięć o kresowej tradycji na Pomorzu

Agnieszka Kamińska
Agnieszka Kamińska
Rodzina Borkowskich
Rodzina Borkowskich arch. prywatne
Udostępnij:
- Babcia opowiadała mi, jak musiała sprzedawać rodzinne precjoza w zamian za produkty żywnościowe, i jak na święta robiła placki z brukwi - mówi Michał Rzepiak, prezes Fundacji Pomorskich Kresowian.

Wyobraźmy sobie czasy przedwojenne, jesteśmy na Kresach w domu pana dziadków. Jak wyglądały przygotowania do Wigilii i świąt Bożego Narodzenia?
Uroczysta Wilia na Kresach, bo tak nazywano dzień poprzedzający Boże Narodzenie, odbywała się u moich pradziadków Leontyny i Władysława Borkowskich. W ten szczególny wieczór w kamienicy przy ulicy Zygmuntowskiej w Wilnie spotykała się najbliższa rodzina, prawie trzydzieści osób. Z dalszą rodziną, to podobno byłaby prawie setka ludzi. Pradziadek, znany wileński przedsiębiorca branży papierniczej, był niekwestionowaną, szanowaną głową familii Borkowskich i to właśnie u niego celebrowano święta i inne ważniejsze uroczystości. Nad całością wielodniowych przygotowań do Wigilii czuwała prababcia Leontyna, mając do pomocy służbę. Drzewko świąteczne było pod sufit. Paliły się na nim w lichtarzykach świeczki i wisiały naturalne ozdoby, srebrzone orzechy, pierniki, małe jabłuszka i cukierki w kolorowych opakowaniach. Przypomina mi się fragment ze „Szczenięcych lat” Melchiora Wańkowicza: „Drzewko więc było w dary konkretne zasobne i chodzić mogłeś koło niego, bracie, trzy dni i objadać się gruntownie. Poza świeczkami i lepionymi w domu łańcuchami z różnokolorowego papieru, wszystko tam można było w gębę włożyć”.

Co stało na stole, jakie zwyczaje i obrzędy świąteczne kultywowano?
Tradycja w polskich rodzinach na Kresach była - co jest oczywiste - tradycją polską. U Borkowskich po południu rozstawiano stół na całą długość. Spod blatu stołu wyciągano następne blaty i nogi, w sumie było ich osiem. Pod śnieżnobiałym obrusem kładziono siano, potem wyciągano źdźbła wróżąc na podstawie ich długości, długość życia. Na stole musiało być dwanaście potraw - wszystkie bezmięsne ze względu na post. Mięsiwo i ciasta jadło się dopiero w Boże Narodzenie. Do obowiązkowych potraw wigilijnych należał karp po żydowsku przyrządzany na słodko w dużej ilości marchwi i cebuli. Były także ryby w galarecie, a także gotowane i smażone. W Wigilię podawano barszcz czerwony z uszkami. Brało się je palcami, zjadało i dopiero popijało barszczem. Charakterystyczną wileńską potrawą były także śliżyki - małe, wielkości centymetra, pieczone drobne ciasteczka podawane w mleku makowym, w którym był miód i różne bakalie. Na stół stawiano także kompot z suszu i obowiązkowo kwaskowaty kisiel żurawinowy, który przynosił ulgę po obfitej wieczerzy. Nikt się nie spieszył, rozmawiano, a podczas jedzenia wspomnianych śliżyków rozlegał się dzwonek i wchodził Święty Mikołaj, czyli wytypowany do tej roli członek rodziny. Jak głoszą rodzinne wspomnienia, najpierw była reprymenda skierowana do niegrzecznych dzieci, potem chóralne wołanie, że wszystkie dzieci były grzeczne. Na to dictum Święty Mikołaj obdarowywał dziatwę prezentami, a ta z wdzięczności całowała go w rękę. Do tego były odpowiednie komentarze, które wywoływały wiele śmiechu i radości.

Proszę opowiedzieć o wymiarze religijnym.
W Wigilię po modlitwie, na początku wieczerzy, uroczyście łamano się opłatkiem. Ceremonię rozpoczynał pradziadek Władysław i kolejno, według starszeństwa, łamał się ze wszystkimi, potem następowało wzajemne składanie życzeń. To on pierwszy intonował kolędę. Po kilkugodzinnej Wigilii o północy dorośli szli na pasterkę, najczęściej do pobliskiej katedry św. Stanisława i Władysława. Co ciekawe, w Wilnie obchodzono nie tylko drugi, ale także i trzeci dzień Bożego Narodzenia. To wówczas odbywały się wizyty krewnych, znajomych i przyjaciół. Wuj Andrzej Kotecki, rocznik 1926, w swoich wspomnieniach pisał: „Drzwi u dziadków dosłownie się nie zamykały, jedni wchodzili, drudzy wychodzili. Mam wrażenie, że gdyby nawet przyszedł ktoś obcy, to by go w tłoku nie zauważono, tylko posadzono przy stole, nakarmiono i napojono dokumentnie”.

Domyślam się, że dziś Kresowianom i ich potomkom tamten czas i tamte opowieści kojarzą się z bajkową krainą dzieciństwa, ale też niewątpliwie z krainą utraconą. Ma pan podobne uczucie?
Mam poczucie ogromnej historycznej niesprawiedliwości, jaka spotkała Kresowian. Opowieści dotyczące międzywojnia, które słyszałem, były rzeczywiście rodzinną sielanką. Zazwyczaj mamy takie przekonanie, że jak byliśmy młodzi, to wszystko było lepsze i piękniejsze. Jestem przekonany, że w przypadku Kresowian to było coś znacznie więcej, niż tylko kwestia sentymentu do lat minionych. Ci ludzie, żyjący w zgodzie z sąsiadami - przedstawicielami innych narodowości i wyznań - doznali, moim zdaniem jak nikt inny, ogromnej wojennej traumy. I to nie tylko wywołanej przez Niemców czy Sowietów, którzy kilkukrotnie okupowali Kresy, ale także przez Litwinów i Ukraińców. Tych Kresowian, którzy przeżyli i nie trafili na Syberię, załadowano z niewielkim dobytkiem do bydlęcych wagonów i wypędzono z Ziemi Ojczystej, co jeszcze dziś nazywane jest błędnie repatriacją lub, eufemistycznie, przesiedleniem. Na tzw. Ziemiach Odzyskanych, na które trafili, często odnoszono się do nich z pogardą, nazywając ruskimi albo bosymi antkami. Z kolei dla komunistów Kresowianie stanowili element niepewny. Aparat represji z zaciekłością likwidował żołnierzy wileńskiej drugiej konspiracji, którzy na Pomorzu prowadzili działalność niepodległościową. Proszę sobie wyobrazić, że wileńskie środowiska poakowskie inwigilowano aż do początku lat 80. XX wieku. Warto przypomnieć, że do 1989 roku, pomijając tzw. festiwal „Solidarności”, Kresy w oficjalnej przestrzeni nie istniały, a dziś w wolnej Polsce przywracanie pamięci o tamtych ludziach i tamtych czasach niejednokrotnie zderza się z niezrozumieniem historii i poprawnością polityczną. Reasumując, życie na wielokulturowych Kresach - mimo trudności - było niezwykłe. Tę bajeczność - jak to pani określiła, a jednocześnie nostalgię widać wyraźnie w „Dolinie Issy” Czesława Miłosza czy „Lawie” według „Dziadów” Adama Mickiewicza, które zekranizował, urodzony w Nowej Wilejce, Tadeusz Konwicki. Ciągle za mało o tym wiemy, za mało o tym mówimy i za mało z fenomenu Kresów czerpiemy.

Jak radzili sobie pana przodkowie w najtrudniejszych, wojennych latach?
Wojna była traumą dla wszystkich, także Kresowian, w tym mojej rodziny. Wprawdzie wśród setek tysięcy Polaków z Kresów wywiezionych na nieludzką ziemię nie było moich bliskich, ale ich świat legł w gruzach w czerwcu 1940 roku. Wówczas zmarł Władysław Borkowski, głowa i ostoja finansowa rodziny. W tym samym roku Litwini znacjonalizowali sklep pradziadka na ulicy Mickiewicza w Wilnie, a rodzina została wysiedlona do drewnianego domku na peryferiach miasta, na Zarzeczu. Babcia opowiadała mi, jak musiała sprzedawać rodzinne precjoza w zamian za produkty żywnościowe, i jak na święta robiła placki z brukwi i obierek ziemniaków.

Kiedyś pewna osoba z Kresów powiedziała mi krótko: „w czasie wojny byliśmy głodni, a po wojnie przede wszystkim bezdomni”.
Tak było. W 1945 roku z dobytkiem mieszczącym się w bydlęcym wagonie rodzina przyjechała do Włocławka. W pierwszych miesiącach mieszkała z innymi ekspatriantami w hali fabrycznej. Mąż babci zaangażowany w czasie wojny w działalność konspiracyjną zginął w Auschwitz, mąż jej siostry zmarł niedługo po powrocie z niemieckiego oflagu. W takich warunkach przyszło trzem kobietom - prababci Leontynie, babci Władysławie i jej siostrze Stanisławie, z pomocą brata Kazimierza, mierzyć się z nową rzeczywistością.

Czy mimo trudnego czasu, udawało im się wykrzesać radość?
Tak, mimo bardzo trudnej sytuacji, zachowali pogodę ducha. Sądzę, że wpływ na to miały silne więzi rodzinne, ich kresowa odporność i determinacja. Mój wuj Kazimierz, mający zdolności artystyczne, założył we Włocławku firmę produkującą lalki, w której pracowała moja babcia. W 1950 roku firma została znacjonalizowana. Do anegdot rodzinnych przeszło spotkanie babci z kierownikiem z partyjnego nadania. Siedząc za biurkiem instruował ją, jednocześnie zagryzając kiełbasę i ogórka, z którego sok ściekał mu po rękawie. Na szczęście siła wartości, w których moi przodkowie wzrastali w międzywojniu, pozwoliła im przezwyciężyć absurd PRL-owskiej rzeczywistości. Nie bez znaczenia było także to, że środowiska kresowe „na wygnaniu” trzymały się razem. Będąc w szkole podstawowej pamiętam, jak w Gdańsku moją babcię i ciotkę odwiedzali znajomi, m.in. pani Loda (nazwiska, niestety, nie pamiętam), pani Wanda Ziółkowska. Jeszcze mam w uszach ten - wówczas dla mnie nieco oryginalny - kresowy zaśpiew i tę piękną polszczyznę. Dziś kolejne pokolenia Borkowskich rozsiane są na Pomorzu, mieszkają w Warszawie i we Włocławku. Mamy ze sobą kontakt, a kilka dni temu wymienialiśmy się rodzinnymi przepisami na śliżyki, żeby nic nie uronić z tradycyjnej receptury. Więzi rodzinne, serdeczność i życzliwość to najlepsza szczepionka na bolączki świata.

Ile dziś zostało z kultury kresowej? Wiele pomorskich rodzin ma przecież kresowe korzenie. Czy o tych korzeniach się pamięta?
Ostatnie, jakie znam, dostępne badania przeprowadzone przez CBOS prawie dziesięć lat temu, dotyczące kresowych korzeni Polaków wskazywały, że w województwie pomorskim mieszkało 17 proc. osób, które urodziły się na dawnych polskich Kresach Wschodnich. Wśród nich, po 1945 roku, znaleźli się profesorowie i asystenci Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, którzy tworzyli Akademię Medyczną. Lwowiacy współtworzyli z kolei Politechnikę Gdańską i dzisiejszą Akademię Sztuk Pięknych, która na początku mieściła się w Sopocie. Do Gdyni przyjechali słynni fotografowie wileńscy Bolesława i Edmund Zdanowscy, związani przez lata ze szkołą plastyczną, a to przecież tylko jednostkowe przykłady.

Czy nie jest tak, że jednak za mało robi się, żeby o tych ludziach i o kulturze kresowej nie zapomnieć?
Odpowiedź jest oczywista - zdecydowanie za mało! Pamięć o wschodnich ziemiach II Rzeczypospolitej przechowują na Pomorzu środowiska Kresowian zrzeszone w stowarzyszeniach Wilnian, Lwowian, Lidzian, Wołkowyszczan i innych. Powstały one zazwyczaj w 1989 roku i przez te lata na wiele sposobów kultywowały pamięć o Kresach oraz pomagały naszym rodakom żyjącym za wschodnią granicą. Problem w tym, że czas biegnie nieubłaganie, oni odchodzą, a ja otrzymuję książki, zdjęcia, dokumenty, osobiste zapiski. Przyjmuję je z wdzięcznością, ale jestem tylko ich depozytariuszem.

Może trzeba podjąć jakieś inicjatywy mające na celu utrwalenie tego dziedzictwa?
W przestrzeni publicznej na Pomorzu pojawiają się cyklicznie i okazjonalnie wydarzenia, dotyczące Kresów, organizowane przez placówki muzealne, instytucje kultury i samorządy. Nierzadko dzieje się to we współpracy ze wspomnianymi organizacjami kresowymi. Staram się także dołożyć swoją cegiełkę. Od kilku lat popularyzuję Kresy w regionalnej rozgłośni, współprowadząc sobotnią audycję Kresowy Salonik Radia Gdańsk. Społecznie prowadziłem projekt „Dom Kresy” w ramach pomorskiego oddziału Stowarzyszenia „Wspólnota Polska”. Projekt został zawieszony ze względu na pandemię. W ostatnich miesiącach zmaterializowała się nowa inicjatywa, która jest wynikiem spotkań i rozmów z Kresowianami, a także osobami mającymi kresowe korzenie. Uznaliśmy, że istnieje pilna potrzeba zebrania i opracowania rozproszonego kresowego pomorskiego dziedzictwa. Dlatego powołaliśmy Fundację Pomorskich Kresowian.

Czym konkretnie zajmuje się lub zamierza zajmować się ta fundacja?
Będziemy opowiadać, że na przykład w Wołkowysku, niedużym kresowym miasteczku ze znaczącym węzłem kolejowym, zatrzymywał się ekspres Moskwa-Paryż, aby załadować świeży transport wołkowyskich raków. A wiem to od 90-letniego mieszkańca Gdańska, pochodzącego właśnie z Wołkowyska. To trochę żartobliwa odpowiedź na pani pytanie i jednocześnie fragment interesującej historii. A takich i podobnych opowieści jest wiele. I radosnych i bardzo trudnych. Tego kresowego świata już nie ma, ale została spuścizna, którą chcemy zebrać i ocalić od zapomnienia.

W jaki sposób chcecie państwo to zrobić?
Nagrywamy rozmowy, kopiujemy stare zdjęcia i dokumenty z nadzieją, że znajdą one docelowo swoje godne miejsce w Muzeum Pomorskich Kresowian, które zamierzamy stworzyć. Tam będziemy pokazywać Pomorzanom, w tym młodemu pokoleniu, różnorodny, fascynujący świat Kresów i opowiadać o losach pomorskich Kresowian. Każda opowieść jest dla nas bezcenna, stąd prosimy Czytelników o kontakt z naszą fundacją. I jeszcze jedno: za pośrednictwem „Dziennika Bałtyckiego” chciałbym złożyć wszystkim pomorskim Kresowianom i ich rodzinom życzenia zdrowia, radosnych świąt Bożego Narodzenia i nieustającej opieki Matki Boskiej Ostrobramskiej.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

miejsce #1

EcoBike

Ecobike X City Cappuccino 28 2022

6 699,00 zł6 199,00 zł-7%
miejsce #3

MBM

MBM E1200 Karios U16 Czarny 27.5 2022

12 599,00 zł
miejsce #4

Indiana

Indiana E4000 Czarny 26 2021

3 499,00 zł
miejsce #5

Torpado

Torpado Era Czarny 28 2022

6 799,00 zł
miejsce #6

Esperia

Esperia Bretagne D18 Czarny 26 2022

4 199,00 zł
Materiały promocyjne partnera

Jak żołnierz dawca ratuje ludzkie życie

Materiał oryginalny: Tamten czas, tamte opowieści - pamięć o kresowej tradycji na Pomorzu - Dziennik Bałtycki

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Nasza Historia
Dodaj ogłoszenie