Wojciech Rodak

Waffen-SS. Legia cudzoziemska III Rzeszy

Żołnierze 13 Dywizji SS Handschar w 1943 roku. Fot. Wikimedia Commons Żołnierze 13 Dywizji SS Handschar w 1943 roku.
Wojciech Rodak

Według założeń jed-nostki Waffen-SS miały być aryjskim rycerstwem Tysiąclet-niej Rzeszy. Jednak wojenna potrzeba chwili sprawiła, że w ich szeregach służyli obywatele wielu nacji

Położone w południowej Francji urokliwe miasteczko Villefranche-de-Rouergue na ogół spało spokojnie. Jednak nie w nocy z 16 na 17 września 1943 r. W kwaterach bośniackiej 13. Dywizji SS „Handschar" wybuchł bunt. Tuż po północy bałkańscy rekruci, głównie wyznania muzułmańskiego, zaczęli budzić i wyciągać z kwater swoich niemieckich kolegów i przełożonych. Rozbroili ich i umieścili w jednym z pokojów pod silną strażą.

Liderem antyniemieckiego sprzysiężenia był Bośniak Ferid Dżanić. Zanim w obozie jenieckim zgłosił się do służ¬by w SS, walczył w partyzantce Josipa Broz „Tity" w Jugosławii. W szeregach 13. Dywizji znalazł trzech przyjaciół: Bożo Jelenka, Nicolę Vukelicia, Lutfiję Dizdarevicia, którzy także nie zamierzali ginąć za III Rzeszę. Postanowili zdezerterować lub wszcząć bunt przy pierwszej nadarzającej się okazji. Będąc na szkoleniu w południowej Francji, zdecydowali się na tę drugą opcję. Ich plan był prosty. Chcieli opanować garnizony - kolejno w Villefranche-de-Rouergue i pobliskim Rodez - a następnie rozstrzelać wszystkich rozbrojonych niemieckich żołnierzy. Potem chcieli uciec w kierunku Włoch, by dołączyć do aliantów lub przebić się do Afryki Północnej.

Owej feralnej nocy powstały warunki wręcz idealne do wprowadzenia ich planu w życie. Dżanić był wyznaczony na szefa warty, a wszyscy strażnicy na zmianie byli wiernymi towarzyszami Dizdarevida. Dlatego też bez trudu udało im się opanować garnizon. Żeby uzyskać poparcie zdezorientowanych rekrutów, wmówiono im, że „wojna się kończy, a do miasteczka zbliżają się jednostki angielskie i siły Wolnej Francji". To poskutkowało. Bez szemrania żołnierze wykonywali rozkazy kierowniczej czwórki.

Buntownicy rozpoczęli rozstrzeliwanie niemieckich oficerów. Zabili pięciu z nich, w tym komendanta batalionu SS-Oberstrumbannführera Oskara Kirchbauma. Tymczasem rekruci zbierali się w pełnym rynsztunku na dziedzińcu i szykowali do wymarszu w kierunku garnizonu w Rodez. Wtedy właśnie podszedł do nich Halim Malkoc, wojskowy imam przychylny Niemcom. Zaznajomił się z sytuacją i po cichu wytłumaczył zebranym, że zostali oszukani. Nie trzeba było wiele perswazji, żeby ich przekonać. Więzionych Niemców uzbrojono i ruszono do rozprawy z buntownikami.

O poranku w mieście rozległa się strzelanina. Dżanić i Dizdarevic zginęli w walce, Vukelicia schwytano, a Jelenkowi udało się uciec. Ich stronników aresztowano. Zaalarmowano także pobliskie niemieckie garnizony, które natychmiast przysłały posiłki. Rewolta została stłumiona, choć jeszcze kilka dni później wyłapywano na okolicznych wzgórzach ukrywających się Bośniaków.

Hitlerowcy rozpoczęli krwawe represje. Według szacunków różnych historyków rozstrzelano od kilkudziesięciu do stu pojmanych rebeliantów. Następnych ośmiuset oceniono jako „element politycznie niepewny", wydalono z armii i wysłano na roboty przymusowe na terenie Rzeszy. Ponad dwustu z nich odmówiło pracy - tych skierowano do obozu koncentracyjnego w Neuengamme, gdzie wielu poniosło śmierć.

Za zasługi w tłumieniu buntu imam Halim Malkoc otrzymał Żelazny Krzyż II Klasy. Heinrich Himmler, szef SS, nie krył rozczarowania postawą jego rodaków, którzy dzielnie służyli w armii Austro-Węgier w czasie I wojny światowej. - Wiem, że kilku zdrajców mogło przeniknąć w szeregi SS, ale nie spodziewałem się tego ze strony Bośniaków - mówił współpracownikom. - Byli lojalni wobec nas 20 lat temu, dlaczego meli się nagle zmienić? - zastanawiał się.

Zajścia w Villefranche-de-Rouergue byłyjedynym buntem w historii Waffen- SS. Formacja ta w toku II wojny światowej z czystej rasowo aryjskiej gwardii przeistoczyła się w prawdziwą legię cudzoziemską, w której szeregach można było znaleźć Hiszpanów, Kozaków, Łotyszy, Belgów, a nawet Hindusów. Oto jak do doszło do sformowania tej jednostki.

Niebieskooka gwardia Hitlera

Schutzstaffel, czyli w skrócie SS, powstała jeszcze wiatach dwudziestych jako paramilitarna formacja NSDAP. Początkowo miała się zajmować ochroną przywództwa partii przed wewnętrznymi wrogami. Potwierdziła swą skuteczność i wierność Adolfowi Hitlerowi w 1934 r. podczas tzw. nocy długich noży. To głównie esesmani odpowiadali za krwawą rozprawę z zagrażającą przywódcy III Rzeszy frakcją bojówkarzy SA i ich przywódcą Ernstem Róhmem.

Od 1930 r. na czele SS stał Heinrich Himmler, fanatyczny bawarski nazista o przeciętnej powierzchowności i wybujałych ambicjach. W snach widział podległą sobie organizację nie tylko jako podegłą bezpośrednio Führerowi partyjną gwardię, ale także jako przyszłą elitę pangermańskiej Europy. Dlatego też wszyscy ochotnicy zaciągający się w jej szeregi musieli spełniać rygorystyczne kryteria fizjonomiczne i psychofizyczne (co najmniej 174 cm wzrostu), stanowić nienaganny wzór pod względem charakterologicznym (nie mogli być karani) i rasowym (udowodnione aryjskie pochodzenie od co najmniej 1800 roku.). A przede wszystkim być gotowym, żeby zabijać dla Hitlera - lub zginąć za niego.

SS zaczęło się przeobrażać ze swoistych wojsk wewnętrznych w formację frontową w 1934 r. Wtedy właśnie utworzono pierwsze jednostki SS-Verfügungstruppe - takie jak SS „Germania" i SS „Deutschland" - które stanowiły zalążek przyszłej Waffen-SS. Żołnierze ci przechodzi dokładnie takie samo szkolenie jak rekruci Wehrmachtu. Od jednostek frontowych różnił je jeden szczegół - podlegali bezpośrednio rozkazom Führera.

Wzrost siły tych jednostek budził niepokój konserwatywnych oficerów Wehrmachtu. Dlatego też skutecznie hamowali szeroki napływ nowych rekrutów do SS poprzez ograniczanie ich przydziału w komisjach poborowych. Co więcej, nie dopuszczali, by SS-VT było wyposażone w najnowocześniejszą artylerię i czołgi.

Rozkwit potęgi jednostek frontowych SS nastąpił po pierwszych zwycięskich kampaniach w Polsce i Europie Zachodniej. Co prawda ich wkład w sukces nie był olbrzymi - w walkach uczestniczyły tylko cztery elitarne pułki - jednak wykazały się niezwykłą wprost odwagą i skutecznością. Himmler pękał z dumy. Był zdeterminowany, by poszerzać szeregi swojego „rycerstwa". W maju 1940 r. przemianował SS-VT na Waffen-SS. Za zmianą nazwy poszła też redefinicja jej formuły. SS-Obergruppenfuhrer Gottlob Berger, „ekspert" SS ds. kwestii rasowych, rozpoczął poszukiwanie rekrutów tam, gdzie Wehrmacht nie mógł im wejść w drogę - poza granicami Niemiec.

Czyści rasowo Nordycy

Początkowo jednostki ochotnicze werbowano w podbitych krajach nordyckich - jak Holandia, Norwegia czy Dania - wykorzystując do tego miejscowe partie faszystowskie, jak np. Duńska Narodowo-Socjalistyczna Partia Robot-nicza (DNSAP) czy Nasjonal Samling (NS) Vidkuna Quislinga. Między innymi z tej partii rekrutów utworzono np. słynną „żelazną" dywizję SS „Wiking", którą dowodził legendarny Felix Steiner. Jeszcze do 1943 r. SS utrzymywało kryterium aryjskości ochotników. Jednostki niegermańskie, z Walonii, Hiszpanii czy Francji, w czasie niemieckiej ofensywy na Związek Radziecki mogły walczyć tylko u boku Wehrmachtu.

Punktem zwrotnym w rasowej polityce Waffen-SS były pierwsze porażki na froncie wschodnim. Germanów było za mało, by wypełnić zapotrzebowanie wysiłku militarnego III Rzeszy. Oddziały frontowe ponosiły ciężkie straty, partyzantka na tyłach zwiększyła swą aktywność, brakowało rąk do pracy w jednostkach wykonujących zadania policyjne. Olbrzymie zapotrzebowanie na ludzi spowodowało, że w do niedawna elitarnej organizacji znalazły się setki tysięcy untermenschów, chętnych do walki z bolszewikami i ich sojusznikami.

Wśród ochotników z tej grupy można było spotkać m.in. Rosjan, Serbów, Albańczyków, Łotyszy czy Estończyków. Co ciekawe, pierwszym niearyjskim oddziałem Waffen-SS była opisana na początku artykułu bośniacka 13. Dywizja SS „Handschar". W stosunku do niej Himmler naciągnął dość mocno pierwotne kryteria SS. Nie dość, że byli Słowianami, to do tego praktykującymi muzułmanami. Uszanowano to. Pozwolono im nosić orientalne fezy, akceptowano ich specyficzną dietę (halal) i pozwolono utrzymywać wojskowych imamów. Należy dodać, że SS „Handschar", oprócz wywołania wspomnianego buntu, „wsławiła się" również krwawymi czystkami etnicznymi, które przeprowadzała w ramach działań antypartyzanckich na Bałkanach.

Według szacunków historyków w szczytowym momencie II wojny światowej w SS służyło około 900 tys. żołnierzy rozdzielonych pomiędzy 39 dywizji. Co najwyżej połowa z nich mogła być Niemcami bądź volksdeutschami. Resztę, czyli może nawet pół miliona ludzi, stanowili cudzoziemcy. Do służby z bronią w ręku u boku hitlerowców pchnęły ich różne motywacje. Z grubsza można podzielić ich na trzy grupy: kolaborantów, patriotów i ideowców.

Kolaboranci

Do tej grupy można zaliczyć ochotników pochodzących z krajów podbitych przez III Rzeszę, w których działały jakieś nacjonalistyczne ugrupowania kolaboracyjne. Najczęściej to przy pomocy takich partii SS inicjowało nabór rekrutów. W okupowanej Europie Himmler mógł liczyć na współpracę faszystów i nazistów m.in. z Danii (DNSAP), Francji (PPF, Francuska Partia Ludowa), Norwegii (NS), Holandii (NSB, Narodowy Ruch Socjalistyczny), Chorwacji (ustasze Antę Pavelicia), Belgii (VNV, Flamandzki Związek Narodowy).

Teoretycznie z takich źródeł powinien napływać tylko bitny i pewny ideologicznie element. W praktyce bywało różnie. Rzadko się wspomina, że jednym z największych dostawców rekruta do Waffen-SS była Holandia. Animatorem akcji werbunkowej był lider NSB Anton Mussert. Poszedł on z Niemcami na głęboką współpracę, licząc, że podbije serca swoich rodaków „krucjatą przeciw bolszewizmowi". Co prawda rządu dusz tym nie zdobył, ale ocenia się, że przyciągnął w szeregi III Rzeszy ok. 50 tys. ochotników. Służyli oni głównie we wspomnianej międzynarodowej dywizji SS „Wiking", SS „Nordland", a także w 23. Dywizji Grenadierów Pancernych SS „Nederland". Ta ostatnia, choć powstała w dopiero w styczniu 1945 r., zdążyła okryć się „wielką chwałą". Za efektywną i brawurową walkę pod Szczecinem i Berlinem jej żołnierze otrzymali do końca wojny aż 20 orderów Żelaznego Krzyża (dla porównania, uchodząca za elitarną SS-Leibstandarte Adolf Hitler przez całą wojnę zebrała ich 58).

Niewielu weteranów z tej formacji przeżyło. Większość wolała zginąć, niż „dopuścić Sowietów w pobliże swoich domostw". Dziś Holendrzy, apostołowie tolerancji, woleliby zapomnieć, że ich rodacy tworzyli także kolaboracyjny Batalion Wartowniczy SS „Nordwest". Służbę w nim pełniło ok. 1200 ludzi. Wykorzystywano ich jako strażników w niemieckich obozach koncentracyjnych funkcjonujących na terenie ich kraju. Cieszyli się jak najgorszą sławą.

- Żołnierze notorycznie łamali dyscyplinę - wspominał po wojnie jeden z oficerów dochodzeniowych SS. - Łamali też wszelkie przepisy prawa karnego: dopuszczali się kradzieży, plądrowania, szalbierstw i szantażu. Poza tym w 1944 r., u progu wyzwolenia, wachmani rozstrzeliwali więźniów obozu koncentracyjnego Hertogenbosch, w którym przetrzymywano Żydów, a także członków holenderskiego ruchu oporu.

Barwną postacią, która może nawet dorównywała nazistowską ortodoksją Himmlerowi, był Walończyk Leon Degrelle. Karierę zaczynał jako reporter. Potem liderował finansowanej przez NSDAP faszystowsko-katolickiej partii reksistów (Christus Rex). Był zagorzałym skrajnym antykomunistą. Dzięki jego wysiłkom wiecie 1941 r. sformowano Legion Waloński, który walczył u boku Wehrmachtu na froncie wschodnim. W 1943 r. jednostka ta weszła w skład SS, zmieniając nazwę na SS „Wallonien". Toczyła ciężkie boje m.in. nad Dnieprem, w kotle czerkaskim ipod Wrocławiem, gdzie została rozbita.

Degrelle służył w niej od początku na pierwszej linii, wykazując niezwykłą odwagę i ofiarność. Zaczynając od najniższej rangi, dosłużył się stopnia SS-Obersturmbannfuhrera (odpowiednik podpułkownika w Wehrmachcie). Wyróżniono go także najwyższym odznaczeniem III Rzeszy, Krzyżem Rycerskim, które otrzymał z rąk samego Adolfa Hitlera. Utrzymywał później, że wódz skomplementował go wtedy słowami: „Gdybym miał syna, chciałbym, żeby był taki jak ty". Po wojnie, jak wielu zbiegłych esesmanów, Degrelle osiadł w Hiszpanii. Dużo pisał. W swoich tekstach, głównie wspomnieniowych, gloryfikował nazizm, „piękną krucjatę" SS na Wschodzie, a także ostro negował Holokaust.

Patrioci

Tę grupę tworzyli żołnierze Waffen-SS z tych nacji, które przyłączały się do Niemców, gdyż tymczasowo widziały w nich swoich protektorów. Mieli nadzieję, że u ich boku uda im się odbudować lub ochronić przed wrogiem swoje ojczyzny. Do takich można zaliczyć ochotników lub poborowych pochodzących głównie z terenów Związku Radzieckiego, np. z Estonii, Łotwy, Ukrainy czy Kaukazu. Wszystkie te nacje miały wątpliwą przyjemność egzystować pod butem Stalina. Zaznały okrucieństw komunistycznego terroru - wywózek czy Wielkiego Głodu. Często, przystając do Hitlera, mieli nadzieję, że zburzy on „ojczyznę proletariatu" lub po prostu chcieli przeżyć. Niemcy niezbyt im ufali. Dlatego większość z nich służyła na tyłach, w jednostkach pomocniczych, policyjnych, wartowniczych i przeciwpartyzanckich.

Jedną z ciekawszych słowiańskich jednostek SS był XV Kozacki Korpus Kawalerii. Został on utworzony z Kozaków dońskich i kubańskich, którzy mieli nadzieję na odbudowę, przy pomocy Niemców, swoich niezależnych republik, brutalnie spacyfikowanych przez Sowietów po zwycięstwie rewolucji październikowej. Zalążek ich oddziału został sformowany w 1943 r. pod Mławą. Dowodził nimi Niemiec Helmuth von Pannwitz, stary śląski szlachcic i były żołnierz Freikorps. Cieszył się wśród Kozaków wielką popularnością. Ciągle zabiegał o rozwój tej formacji. W szczytowym momencie oddział Uczył, według różnych szacunków, pomiędzy 30 a 50 tys. ludzi. Wielu kawalerzystów zdołało wywieźć ze Związku Radzieckiego swoje rodziny, które podróżowały po Europie razem nimi.

Korpus walczył początkowo nad Drawą z partyzantami „Tity", potem toczył ciężkie walki z wojskami bułgarskimi i sowieckimi. Na początku maja 1945 r. Kozacy poddali się Brytyjczykom na terenie Austrii. Ci zwodzili ich, zapewniając, że nie wydadzą ich Stalinowi. Niestety zrobili odwrotnie. Ponad 20 tys. ludzi, Kozaków z rodzinami, trafiło do swojej ojczyzny, gdzie czekał ich los zdrajców. Razem z nimi, choć mógł z łatwością uciec, w ręce NKWD oddał się von Pannwitz. W 1947 r. został powieszony w Moskwie. Dramatyczne losy Kozaków opisał Józef Mackiewicz w książce „Kontra".

Były też takie nacje, które wykorzystywały służbę w Waffen-SS do załatwiania swoich własnych porachunków. Do takich należeli Albańczycy stanowiący trzon 10-tysięcznej 21. Dywizji Górskiej SS „Skanderbeg". Niemcy chcieli ich wykorzystywać do operacji przeciwpartyzanckich. Oni mieli jednak swoje plany. Zaczęli wprowadzać w życie idee utworzenia Wielkiej Albanii. W 1944 r. dokonali masakry serbskiej ludności Kosowa, zmuszając do ucieczki ok. 10 tys. mieszkańców tego regionu „Oczyszczone" domy i wioski zajmowali albańscy koloniści. Podobne czystki etniczne przeprowadzili także na terenie zachodniej Macedonii. Są to ważne historyczne fakty, o których warto pamiętać analizując bieżącą sytuację polityczną na Bałkanach.

Ideowcy

Tę grupę tworzyli antykomunistyczni fanatycy z krajów neutralnych, którzy dołączyli do Waffen-SS tylko po to, by walczyć z Sowietami. Przybywali z Hiszpanii, Szwecji i Szwajcarii. Po kilkuset ochotników z dwóch ostatnich krajów walczyło w dywizjach SS „Wiking", SS „Nordland" i SS „Nederland". Tysiące Hiszpanów trafiło na front wschodni ze słynną ochotniczą Błękitną Dywizją. Gdy jednak generał Franco, pragnący zachować neutralność swego państwa, postanowił w 1943 r. wycofać jednostkę z Rosji, natrafił na sprzeciw. Setki żołnierzy nie miało zamiaru wycofywać się z „krucjaty przeciw judeo-bolszewii". To właśnie dla nich znalazło się miejsce w jednostkach Waffen-SS. Hiszpańskie bataliony można było znaleźć w różnych oddziałach. Walczyły m.in. w szeregach SS „Wallonien" i SS „Nordland".

O krok od Legionu Góralskiego

Waffen-SS była organizacją odpowiedzialną za wiele zbrodni wojennych. Przykładów nie trzeba wcale daleko szukać. To oddziały tej formacji, m.in. RONA i SS „Dirlewanger" topiły we krwi powstanie warszawskie. Poza tym zdarzało im się mordować pojmanych jeńców alianckich, Żydów, a także przeprowadzać brutalne akcje antypartyzanckie w stylu SS „Skanderbeg".

Polacy, właściwie jako jedyny naród w okupowanej Europie, nie mieli swojego brunatnego legionu narodowego. Przypomnijmy - był taki pomysł, ale skończył się kompromitacją podhalańskich kolaborantów z grupy Wacława Krzeptowskiego. W 1942 r. chcieli oni wysłać reprezentantów „bliskiego etnicznie Niemcom" Goralenvolku do SS i utworzyć Góralski Legion Ochotniczy (Goralische Freilivigen SS Legion). Chętnych brakowało, więc kazano każdej wsi wystawić kontyngent „ochotników". Następnie wyselekcjonowano 300 osobników i wysłano na przeszkolenie do obozu w Trawnikach. Połowa z nich zbiegła, wyskakując z pociągu po drodze. Pozostali albo zdezerterowali, albo zwyczajnie odmówili służby w szeregach okupanta.

Możemy być dumni z tego, że nie zhańbiliśmy się wystawieniem własnych oddziałów SS. Pamiętajmy o tym, gdy intelektualiści z Europy Zachodniej będą nam udzielać lekcji na temat "nieprzepracowanych mrocznych epizodów" w naszej historii. Warto im wtedy przypomnieć o legionach narodowych i batalionach wartowniczych Waffen-SS sformowanych z przedstawicieli ich państw.

Wojciech Rodak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.