Zima stulecia z 1979 roku

Redakcja
Stefan Arczyński, wystawa "Ulice świata”
Stefan Arczyński, wystawa "Ulice świata” Stefan Arczyński
Udostępnij:
Zasypane drogi, problem z komunikacją, zimno i nieprzyjemnie. Tak co roku wygląda zima w mieście, ale żadna z ostatnich nie może równać się z tymi sprzed kilkudziesięciu lat

Wrocławianie do dziś wspominają "zimę stulecia" z 1979 roku. Zaczęło się zupełnie niewinnie.

Jesień minęła bez szczególnych sensacji pogodowych, a i Boże Narodzenie 1978 roku było takie jak zwykle, czyli bez śniegu. W sylwestra trochę zaczął padać deszcz, który stopniowo przeszedł w śnieg. W Nowy Rok miasto było już całe białe i bardziej przypominało Władywostok niż Wrocław.

To, co spadło z nieba, ściął mróz, bo temperatura z dnia na dzień spadła poniżej 10 stopni. Tak zaczęła się "zima stulecia" i choć trwała tylko tydzień, to paraliż, jaki wywołała, stał się wrocławską legendą. W innym okresie pewnie udałoby się uniknąć wielu niedogodności, ale pech chciał, że opady śniegu i mróz zaczęły się akurat w Sylwestra, a jak nietrudno się domyślić, pracownicy Miejskiego Przedsiębiorstwa Oczyszczania w większości mieli wtedy wolne, bo jak całe miasto świętowali koniec roku.

Śnieg miał więc dużo czasu, by skutecznie pokryć miasto białą czapą. Gdy nad ranem pługi wyjechały z baz, sytuacja był już nie do uratowania. Te, które nie ugrzęzły w śnieżnych zaspach, nie nadążały z odśnieżaniem ulic lub stawały przyblokowane przez całkowicie zasypane samochody osobowe zastawiające ulice i przejazdy.

Z każdą godziną sytuacja w mieście pogarszała się. W Urzędzie Wojewódzkim powołano specjalny sztab kryzysowy, ale jego obrady były znacznie utrudnione, bo w prawie całym Wrocławiu zabrakło prądu. Linie wysokiego napięcia nie wytrzymywały pod naporem śniegu. Szpitale i ważniejsze urzędy miały co prawda agregaty, ale i te ledwo działały. W prywatnych mieszkaniach nawet na agregaty nie można było liczyć, dlatego na pewien czas świeczki stały się wyjątkowo pożądanym towarem w mieście.

Jednak bardziej niż brak prądu uciążliwy był brak ogrzewania. Co prawda węgla nie brakowało, ale zamarzły taśmociągi, którymi transportowano go z hałd do wielkich pieców. Konieczne okazało się wezwanie wojska, które pomagało dostarczyć węgiel do pieców. Choć jeden problem rozwiązano, to sytuacja nadal była dramatyczna. Komunikacja miejska praktycznie przestała działać, z powodu przerw w dostawie prądu nie jeździły tramwaje, autobusy grzęzły w zaspach, a te, którym udało się uniknąć zakopania w śniegu, jeździły bez żadnego planu. Stanęła część fabryk, bo nawet tam, gdzie był prąd z agregatów, nie było...
pracowników.

Nie mogli oni dotrzeć do pracy. Na domiar złego zaczęło brakować produktów spożywczych i realnym zagrożeniem stał się wybuch paniki wśród mieszkańców. Szkoły nie mogły przyjąć uczniów, a teatry i kina odwołały wszystkie seanse i przedstawienia. Tysiące ludzi z pomocą wojska odśnieżało miasto. Gdy wydawało się, że sytuacja jest już tragiczna, niespodziewanie mroźny front znad Skandynawii ustąpił i temperatura błyskawicznie skoczyła do góry.

Maciej Łagiewski
GAZETA WROCŁAWKA

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Nasza Historia
Dodaj ogłoszenie