Zolytnicy na motorze. Felieton Marka Szołtyska, historyka i znawcy Śląska

Marek Szołtysek
Dawno już na Śląsku minęły czasy, gdy gorszono się narzeczonymi jeżdżącymi razem na motorze
Dawno już na Śląsku minęły czasy, gdy gorszono się narzeczonymi jeżdżącymi razem na motorze Archiwum Marka Szołtyska
W dawnej tradycji śląskiej świętem zakochanych były zolyty, czyli zaloty, narzeczeństwo. Na zaloty kawalyr do libsty chodził w środy oraz w soboty. Okres ten trwał od kilku miesięcy do nawet kilku lat.

Kiedy już rodzina libsty, czyli narzeczonej dobrze poznała kawalyra, zwanego też szacym czy galanym, dochodziło do zrynkowin, zwanych też zorynczynami. Były one punktem przełomowym w czasie zolytów. Po nich już wypadało, by przyszła młoda para prowadziła wspólne życie towarzyskie. Chodzili razem do kościoła, na odpusty, na urodziny do krewnych albo na muzyka, czyli na zabawy taneczne. Do kalendarza zolytów dochodził też dodatkowy dzień.

Po środzie i sobocie kawalyr był zapraszany w niedziele na obiady lub „na popołednie”. W dobrym tonie było przynieść libście jakiś kwiatek, zaś przyszłemu teściowi kwaterka gorzołki, czyli 0,25 litra. Kiedy zaś w domu były jakieś dzieci, to czekały już w laubie przed domem na tytka bombonów, czyli na cukierki. Oczywiście, kawaler nie mógł chodzić na zolyty nie mając stałego zatrudnienia(!). Podczas tych spotkań siedziało się w izbie wraz z wszystkimi domownikami. Zolyty w tych okolicznościach były dosyć kłopotliwe. Ale za to latem narzeczeni wyruszali na spacerki. Wtedy mogli się poczuć swobodniej!

Czy tam pozwalali sobie na pierwsze pocałunki? To zależało czy z nimi szła na spacer jakaś przyzwoitka w osobie babci czy rodzeństwa. Tak wspomina ten okres pani Zyta ze Świętochłowic. Na jej ślubie w 1936 roku babcia powiedziała do niej z dumą: „Wiela jo sie to dziołcha napilnowała tego twoigo wionka, czyli panieństwa, żebyś nie została zowitką, czyli panną z dzieckiem”. Ale dziś takie zolyty to już zamierzchła przeszłość, bo przyszły czasy nowomodne. Najpierw libsta z kawalerem jeździli na zolytne spacery na kołach, czyli na rowerach.

Potem na motorze albo autem. I wtedy już żadna przyzwoitka za narzeczonymi nie nadążyła. Na kształt zolytów miał też wpływ wydłużający okres kształcenia i robienia karier zawodowych. Ostatecznie około 2000 roku masowo zolytnicy przed ślubem zaczynają żyć na kryka, czyli bez ślubu. Na tym jednak nie koniec zmian. Współcześnie ta skala nowomodności ciągle się poszerza. To ma swoje konsekwencje społeczne, etyczne, religijne, ale regionalne też. W tej sytuacji tradycyjne regionalne znaczenie przestają mieć takie dawne śląskie pojęcie jak: zolyty, wionek, życie na kryka czy zowitka.

Nie przeocz

Musisz to wiedzieć

od 7 lat
Wideo

Jak głosujemy w II turze wyborów samorządowych

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Materiał oryginalny: Zolytnicy na motorze. Felieton Marka Szołtyska, historyka i znawcy Śląska - Dziennik Zachodni

Wróć na naszahistoria.pl Nasza Historia